Ksywka: Gdy Dominique był jeszcze dzieckiem, dla którego piaskownica była drugim domem jego przyjaciel zwracał się do niego ,,Łabędź’’ i tak zostało, aż do rozdzielenia tych dwóch pokrewnych dusz. Przezwisko specyficzne, które zrodziło się w umyśle również osobliwej postaci ze zdziwieniem zostało przyjęte przez wtedy jeszcze kilkuletniego chłopca, ale ksywce tej już nikt nie pamięta.
Otworzyłam oczy.
Chwila, chwila, czemu jest tak jasno....?
Spojrzałam na zegarek, stojący na szafeczce przy łóżku. Przez kilka chwil starałam się zmusić swój mózg do odczytania godziny na cyferblacie...
A gdy mi się wreszcie udało, zerwałam się, wręcz przerażona. Zaspałam!
Dziko przebierając nogami starałam się pobiec do łazienki, lecz zaplątałam się w kołdrę na wpół leżącą na podłodze i przeżyłam bliskie spotkanie z podłogą. Ugh, aua.
Nie próbując nawet wstawać przeczołgałam się do szafki i wyłowiłam z niej pierwsze z brzegu ciuchy, i na wszystkich czterech wreszcie dotarłam do łazienki. Chyba jeszcze nigdy nie ubierałam się tak szybko, nie miałam nawet czasu żeby umyć zębów ani zrobić cokolwiek z włosami, mogłam je jedynie rozczesać.
Znów wpadłam do pokoju, zgarnęłam torbę i dorwałam buty. Przy zakładaniu jednego z nich znów zaliczyłam glebę... Tym razem ucierpiało moje siedzenie. Uh, to będzie zły dzień.
Wybiegłam z pokoju, zatrzaskując drzwi. Nie zamknęłam ich na klucz, telefon i portfel miałam przy sobie, więc nie było czego ukraść...
Chyba że jakiś zboczeniec połasi się na moją bieliznę, której wciąż nie schowałam do szafki.....
- Nie myśl, tylko biegnij - syknęłam sama do siebie, przyspieszając.
Wybiegłam na zewnątrz, oddychając szybko. Zerknęłam jeszcze na telefon, by sprawdzić, jak źle jest z czasem, i....
Stanęłam jak wryta.
Przeczytałam datę jeszcze jakieś dziesięć razy....
Sobota.
S-O-B-O-T-A. Musiałam to sobie przeliterować, żeby wreszcie ogarnąć, że budzik nie zadzwonił, by była sobota.
Miałam ochotę uderzyć w coś głową, ale to by było już zbyt dziwne.
Wzięłam kilka głębokich wdechów. Wiedziałam już nawet, czemu zapomniałam o weekendzie. Wszystko przez głupi sen, że przygotowuję się do zajęć... Eh. To naprawdę zły dzień.
Stałam tak na środku ulicy, myśląc, co mogłabym zrobić. Właściwie mogłam jedynie iść do kawiarni, czy gdzieś, i coś zjeść.
Westchnęłam. Czułam się masakrycznie głupio.
Odwróciłam się na pięcie, by ruszyć na 'polowanie'. Znów się jednak zatrzymałam, bo kilka metrów dalej, na murku, zauważyłam kota. Nie mogłam się powstrzymać przed podejściem i pogłaskaniem go... Może i będę miała podrapaną rękę, ale to kot. Bycie kotem usprawiedliwia wszystko.
Powoli podeszłam do zwierzaka, kici-kiciając go. Kot patrzył na mnie, leniwie mrużąc śliczne oczka.
Powoli wyciągnęłam dłoń, by pogłaskać go po mięciutko wyglądającym futerku. Chyba nie miał nic przeciwko, więc kontynuowałam, przysiadając obok.
Po kilku chwilach, rozanielona mruczącą kulką futra, usłyszałam szybkie kroki, zbliżające się...
Obserwowanie zachowania istot ludzkich, to dla mnie rutynowa czynność.
Poprzez wiele czasu przypatrywania się ludziom znam wystarczająco ich
naturę. Uzyskiwanie informacji z ich postawy jest drobiazgiem.
Manipulowanie nimi także nie sprawia mi problemów. Dana ofiara nawet się
nie zorientuje iż wszystko idzie pomyślnie dla mnie i moich korzyści.
To wręcz urocze kiedy się opierają, nie sprawia mi żadnej trudności
przełamanie ich ‘oporu’.
- To może powołam się na solidarność grupową. Rozumiem, że możesz nie
lubić Eleva. To wredny dziad itd, ale tak jakby.... jeśli go teraz
wkurzysz, to cała szkoła będzie miała przerąbane przez cały dzisiejszy
dzień, możliwe, że nawet dłużej. I pozwolę sobie zaznaczyć, że jeśli to
zrobisz, nie omieszkam wspomnieć o tym każdej pokrzywdzonej przez niego
osóbce, co skutecznie sprawi, że staniesz się niechciany popularny. –
płowowłosa z szerokim uśmiechem na twarzy wpatrywała się we mnie. Pff…
Solidarność grupowa. Ta dziewczyna zbytnio wierzy w ludzkość. Zapewne
nie skrzywdzono jej, więc nie wie dużo o utracie i zdradzie. Kiedy moja
reakcja nie nastąpiła nieznacznie opuściła ramiona już wręcz wykończona
moim zachowaniem, lecz mimika jej twarzy pozostała niezmieniona. Pewność
siebie, którą przed chwilą pałała, jakby nagle przygasła, ale uśmiech
już nieco nieszczery promieniał przyjaźnie z niejakim zaufaniem. Zapewne
nie chciała tracić nadziei, że groźba wystarczająco mnie przekona.
Wyraźnie także jej cierpliwość zaczynała się kończyć, a ja nie
zamierzałem wysłuchiwać oburzających wypowiedzi dziewczyny.
- Oczywiście. – odpowiedziałem z sztucznym półuśmiechem, który pomimo niechęci wymusiłem. – Prowadź. – te słowa skierowałem do posłannicy
dyrektora, choć sam bez problemów bym tam dotarł nie pierwszy raz
podążając do jego gabinetu. Powiedziałem to jedynie z powodu iż miałem
ochotę nieco dłużej pomordować błękitnooką. Natomiast wyższa z dziewczyn
z satysfakcją prychnęła cicho, pewnie w głębi duszy ciesząc się z niby
sukcesu. Odnosiłem wrażenie, że nie ustąpi, aby chełpić się swoją
wygraną, więc odpuściłem dalsze negocjacje pokornie odpowiadając jej
oczekiwaniom. Ta zgodnie z moimi przypuszczeniami oznajmiła:
- Ja mogę go poprowadzić. Jeśli chcesz możesz wracać do poprzednich
zajęć. – posłała delikatny uśmiech brunetce, a ja w tej oto chwili
poczułem się niczym przestępca prowadzony na wyrok poprzez
funkcjonariusza policji. Ton głosu dziewczyny był stanowczy, więc
myślałem, że niższa istota odpuści odchodząc, lecz ta pokręciła
przecząco głową odmawiając. Poprawiło mi to humor, który zbledłą trochę
po propozycji płowowłosej. Można uznać, że ucieszyłem się iż moja ofiara
nie ucieknie. Poprzez całą drogę towarzyszyły mi dwie dziewczyny z
triumfującymi postawami, ale jedynie brunetka co jakiś czas spoglądała
na mnie, a wtedy ja omiatałem ją lodowatym wzrokiem, co niemal
przyprawiało ją o dreszcz. Uznałem to za dosyć ciekawą zabawę. Gdy
dotarliśmy do gabinetu Eleva błękitnooka odeszła mrucząc coś pod nosem
niezrozumiale. Zaniepokoiło mnie to, że druga dziewczyna pozostała oraz,
że zbyt pewnie zapukała do drwi pokoju wchodząc natychmiastowo po
usłyszeniu zirytowanego ,,proszę’’ dyrektora. Odetchnąłem wmuszając w
siebie cierpliwość po czym przestąpiłem próg pomieszczenia zaraz za
dziewczyną. Nauczyciel omiótł nas wzrokiem znad sterty dokumentów
mówiąc:
- Aha. To Ty, Castain. Dlaczego tak długo oraz czemu jest tutaj panna
Murphy ? – poddenerwowany mężczyzna ze zmęczeniem wydobywał z siebie
jakiekolwiek słowa. Zauważyłem u niego podkrążone i przekrwione oczy,
pewnie po nieprzespanej nocy, którą spędził na przeglądaniu tych
wszystkich papierów. Jego wygląd jeszcze bardziej zniechęcił mnie do
choćby pomysłu żeby zostać nauczycielem z posadą vice-dyrektora i musieć
zajmować się pokoleniami uczniów, kolejnym gorszym od poprzedniego. Już
miałem otworzyć usta odpowiadając na pytania Eleva, lecz wyprzedziła
mnie płowowłosa:
- Panie dyrektorze, pomogłam uczennicy, którą pan posłał, aby go
przyprowadziła… - wskazała na mnie ruchem głowy po sekundzie wracając do
swej wypowiedzi – początkowo nie chciał współpracować, ale po mojej
zachęcie z oporem ruszył do pana wraz ze mną i drugą uczennicą. Ona
odeszła, ale ja postanowiłam zostać. – kończąc nabrała powietrza w płuca
po chwili wzdychając. Zmarszczyłem brwi unosząc oczy ku górze i patrząc
się w sufit.
- Hmmm… no dobrze, Ophelio ? – Murphy skinęła potakująco uśmiechając się
z satysfakcją. Dyrektor potarł swoje czoło, a następnie skronie i
przymrużył powieki. – A więc jeżeli już tu jesteś możesz pozostać.
Usiądźcie na tych krzesłach. – rozejrzałem się po gabinecie szukając
wymienionych przez mężczyznę mebli, a widząc jak płowowłosa kieruje się w
stronę dwóch eleganckich foteli podszedłem do nich zasiadając w jednym.
– Dominique Castain, złamanie zasady regulaminu panującego w akademii.
Zasada 6; Od poniedziałku do czwartku, oraz w niedziele, zabrania się
uczniom opuszczać teren Akademii w czasie panowania ciszy nocnej. –
poczułem na sobie spojrzenie dwóch par oczu, więc zacisnąłem usta i
uniosłem lekko głowę – Ponieważ w tej chwili nie posiadam wystarczająco
czasu, aby Cię ukarać… masz przyjść o godzinie siedemnastej trzydzieści.
Jeśli się nie pojawisz kara będzie dodatkowo cięższa. – westchnąłem
cicho i podniosłem się z krzesła powolnie.
- To tyle ? – spytałem bezbarwnym głosem wypranym z emocji oraz pokerową
twarzą lustrując wzrokiem dyrektora. Ten delikatnie uniósł brwi i
nerwowo spojrzał w bok, ale po chwili wyjmując papierosa również
wstając.
- Tak, już, tyle. Idźcie. – mruknął pod nosem wręcz niezrozumiale
wychodząc przed nas prędko znajdując się na korytarzu. Razem z
dziewczyną wyszliśmy za nim, ona żwawo ja nieco mniej uradowany takim
obrotem spraw. Nie wiedziałem co dalej robić, a wizja dostanie kary nie
uszczęśliwiała mnie wcale, lecz zrozumiałem, że tak musi być. Złamanie
zasady – kara. Proste. Moje wykroczenie było błahe, więc zapewne kara
będzie adekwatna do niego. Już miałem odejść do swojego pokoju, ale po
kilku krokach płowowłosa dźgnęła mnie palcem w żebro. Odwróciłem się w
jej stronę zaczynając tracić co do niej cierpliwość.
- Czego jeszcze chcesz ?
< Ophelia? Nie umiem wymyślać kar, więc nie napisałam o niej wręcz nic >
Nie pierwszy raz spędziłam kupę czasu w zabitym deskami w zachodnim skrzydle. Zwykle chodziłam tam, kiedy miałam dosyć zgiełku lub pragnęłam zagłębić się w pokrytej grubą warstwą kurzu bibliotece. Tak jak tej nocy.
Przyznam, że nie bardzo patrzyłam na czas w czasie czytania w regularnie przeze mnie uczęszczanym dalekim kącie starej biblioteki, na jedynym oczyszczonym elemencie umeblowania tego gigantycznego pomieszczenia - obitym zieloną satyną siedzisku wbudowanym w okno, które w miarę upływu czasu wyposażyłam w ledową lampkę przywierconą do ściany nad moją głową, wygodne poduszki w kolorze pasujące do reszty mebla oraz sadzonką bluszczu i paproci, z których pierwsza zwisała niedaleko moich stóp, a druga stała przytulona do okna.
Starych zasłon pozbyłam się już dawno temu, z faktu, że nawet bez alergii wywoływały u mnie ataki kaszlu i kichanie. Były naprawdę mocno zakurzone i też brzydkie, bo poplamione kiedyś jakimś detergentem i częściowo wyblakłe. Moje miejsce do czytania powinno być nie tylko wygodne, ale i piękne, a przynajmniej przyjemne dla oka, bo przecież nie można napawać się sekretami zapomnianych tomisk bez dopasowania im otoczenia.
Tej nocy zagłębiłam się ponownie w dramatach szekspirowskich, co zawsze było moim ulubionym sposobem na wyłączenie się. Dość rzadko jednak czytałam komedie, tak jak teraz - tym razem oddając się w objęcia Snu nocy letniej.
I tak, kiedy w końcu oderwałam wzrok od liter, a moje oczy skupiły się na widoku za oknem, odkryłam, że niebo pojaśniało informacją, że za chwilę wzejdzie słońce.
Z westchnieniem irytacji zamknęłam książkę i położyłam ją na sześciennej półeczce wbudowanej w siedzisko, po czym wstałam z mebla i przeciągnęłam się, czekając aż wszystkie stawy odpowiednio mi się ustawią.
Rozbudzona tym niewielkim działaniem, zerknęłam na zegarek owinięty wokół mojego nadgarstka i stwierdziwszy, że mam jeszcze trochę czasu, ruszyłam w dół najbliższej alejki półek na książki. Wyszukałam dział historyczny, związany z odkryciami w nauce i wybrałam sobie książkę na później, którą zamierzałam zabrać ze sobą do pokoju.
Z biblioteki wyszłam, kiedy przez okna do pomieszczenia wpadły pierwsze promienie słońca i wolnym krokiem ruszyłam w dół zakurzonego korytarza.
To niesamowite, że do tej pory żaden z nauczycieli nie dowiedział się o moich eskapadach, zważając na fakt, że z jednej strony korytarza w kurzu wydeptana była świeża ścieżka ze śladów stóp o stałej wielkości. Pewnie naprawdę nikt oprócz mnie tu nigdy nie zagląda.
Zatrzymałam się przy masywnych drzwiach prowadzących na główny korytarz i schowałam do zwyczajowego schowka latarkę, której używałam gdy po północy przemierzałam korytarze o dostępie zamkniętym dla wszystkich. Względnie zamkniętym, gdyż istniał sposób, aby podważyć deski prawego skrzydła i z łatwością przedostać się na drugą stronę.
Przez chwilę stałam w bezruchu i nasłuchiwałam, po tym lekko odchyliłam deski, żeby upewnić się, że nikogo nie ma na korytarzu i szybko wyśliznęłam się na zewnątrz. Teraz już tylko wystarczyło, że przemknęłam przez wszystkie ślepe punkty kamer na korytarzu, żeby sprawiać takie wrażenie, jakbym właśnie weszła do budynku przez główne drzwi - błahostka.
Już bezpieczna, spokojnym krokiem ruszyłam w stronę tablicy ogłoszeń, którą zaczęłam od razu wertować w poszukiwaniu jakiejkolwiek nowej istotnej informacji. Nie znalazło się jednak nic, co przykułoby moją uwagę i już miałam ruszyć z powrotem w stronę drzwi frontalnych, gdy ze schodów nagle dobiegła mnie muzyka. Ktoś grał na fortepianie w sali muzycznej i jednocześnie ktoś inny musiał właśnie otworzyć do niej drzwi.
Stwierdziwszy, że i drzemka i tak mi już nic nie da, udałam się na górę, przeskakując po dwa stopnie.
Akurat, kiedy przystanęłam na ostatnim stopniu, muzyka ustała i usłyszałam cichy dziewczęcy głos wołający jakiegoś Dominika. Moje spojrzenie spoczęło na niziutkiej brunetce, którą zdaje mi się widziałam już kilka razy w towarzystwie Eve.
Chwilę po tym, w drzwiach naprzeciwko niej (swoją drogą, jakoś się bardzo spięła chwilę po zawołaniu go) stanął wysoki chłopak, którego zdaje mi się też już kiedyś gdzieś widziałam...
- Dominique Castain?
A, czytałam to nazwisko w aktach IIB, kiedy z nudów włamałam się do księgowości.
Dziewczyna wyglądała jakby chciała uciec, więc skupiłam wzrok na chłopaku, kiedy ta odpowiadała na moje niezadane pytanie, czego mogła od niego chcieć.
- Vice-dyrektor Cię wzywa.
Aha, czyli to nie wyznanie miłosne. Aczkolwiek wątpię, aby takie maleństwo (nawet w porównaniu do mnie), które widocznie gustuje w czymś zupełnie innym, miało jakieś większe uczucia do gościa z takim lodowatym wyrazem twarzy.
Ciekawe, że jeszcze nic jej nie odpowiedział, ani nie ruszył się z miejsca, żeby iść do Eleva. Pomyślałby ktoś, że albo jest głuchy (ale wtedy by tak ładnie nie grał.... chyba), albo tępy, albo nie boi się, że za nie usłuchanie nakazu vice wyleci ze szkoły - bo to też się już zdarzało, gdy "staruszek" miał zły dzień.
Widząc, że starania dziewczyny idą na marne, stwierdziłam, że równie dobrze mogę jej pomóc - w końcu przyjaciel mojego przyjaciela.... a właściwie przyjaciela mojego kuzyna, to mój przyjaciel. A może bardziej sojusznik.
Wypuściwszy powietrze, ruszyłam w ich kierunku pewnym krokiem, zastanawiając się czy jestem w stanie coś wskórać w tej sytuacji i pomóc dziewczynie.
- To może powołam się na solidarność grupową - zaproponowałam, kładąc dziewczynie dłoń na ramieniu. Ta wzdrygnęła się, rzuciła mi zdziwione spojrzenie i cofnęła się, tym samym otwierając szerzej drzwi, o które się opierała.
Spojrzenie chłopaka przeniosło się z niej na mnie, co wyraźnie ją ucieszyło, bo od razu się rozluźniła, chyba nawet zapominając, że nadal trzymam rękę na jej ramieniu.
Swoją drogą, nie dziwię się, że tak na niego zareagowała. Ów brak okazywanych emocji mógł rzeczywiście przyprawić o ciarki. Tyle, że mnie i tak nigdy nic takiego nie ruszało, więc nadal uśmiechając się przyjaźnie, kontynuowałam wypowiedź.
- Rozumiem, że możesz nie lubić Eleva. To wredny dziad itd, ale tak jakby.... jeśli go teraz wkurzysz, to cała szkoła będzie miała przerąbane przez cały dzisiejszy dzień, możliwe, że nawet dłużej. I pozwolę sobie zaznaczyć, że jeśli to zrobisz, nie omieszkam wspomnieć o tym każdej pokrzywdzonej przez niego osóbce, co skutecznie sprawi, że staniesz się niechcianie popularny. - to powiedziawszy, uśmiechnęłam się jeszcze szczerzej, absolutnie mając na myśli to co powiedziałam. Jak to się mówi, nie rzucam słów na wiatr, a taka groźba trafiłaby chyba do nawet najbardziej tępego pustaka.
Dominique? (Albo Cynthia, kto tam woli) czy oczekiwałeś takiego obrotu zdarzeń :'>?
Kolejna bezsenna noc. Kiedy zamykam oczy czuję, że znikam unicestwiony
przez mrok. Jeżeli natomiast zasnę Morfeusz wciąż sprawia, że zamiast
pięknych snów przed mymi oczyma rozgrywają się koszmary, które
zadziwiająco przypominają szarą rzeczywistość. Wpatruję się więc
milcząc w sufit i oddycham płytko. Niczym człowiek, który za niedługo
dosięgnie śmierci, tak i ja żywy wyglądam niczym nieboszczyk.
Spojrzałem na zegar, właśnie wybiła godzina piąta, więc ze zmęczeniem
podniosłem się z łóżka rozglądając po pokoju. Nie mam jeszcze
współlokatora i jest we mnie nikła nadzieja, że chwila kiedy nieznana
mi osoba nie przejmie części początkowo przeznaczonej dla mnie
przestrzeni. Dzielenie z obcym człowiekiem tego miejsca byłoby według
mnie dalszym ciągiem zachcianek okrutnego losu. Już jako dziecko
traktowałem swój pokoik jak własny kąt prawie nikogo do niego nie
wpuszczając. Wszakże mógłbym przenieść się do mieszkania w Tombstown,
lecz ilekroć wspomnę o tym rodzicom, oni mówię, że się zastanowią.
Jestem pewny tego, że kiedy kończę rozmowę z ulgą naciskając czerwony
przycisk rozłączenia się zapominają o mnie i o wszystkim co mnie
dotyczy. Nie mają czasu dla jedynego syna, czego przykładem jest
pozbycie się mnie przez nich, czyli wysłanie do akademii. Pobyt w niej
został ustalony bez mojej wiedzy, tydzień przed odjazdem powiedziano
mi, że wyjeżdżam. Następnie w przeddzień powierzono resztę szczegółów.
Protest był zbędny, nawet jeśli sprzeciwiłbym się nie zmieniłoby to
nic. Moje zdanie dla nich się nie liczy. Kiedy odjeżdżałem byli
pogodni nie z powodu tego, że jechałem do renomowanej szkoły z wysokim
poziomem nauczania, lecz dlatego, że właśnie wypełniał się kolejny
punkt ich planu mającego na celu usunięcie mnie z ich życia.
Wsłuchałem się w zegar odliczając spokojnie sekundy. Kiedy minęła
minuta prychnąłem bezsensownie. Na ten dźwięk Haruki otworzył jedno
oko patrząc na mnie z politowaniem. Kocur to leniwa kulka, ale jeżeli
nadarzy się okazja ukazują się chytrość i spryt. Zwyczajny dachowiec,
który nawet nie zdążył poznać ulicznego życia, od kiedy przygarnąłem
go żyje w luksusach. Jest jedynym stworzeniem zadowolonym z mojego
towarzystwa, a także tylko on jest mi bliski. Wiem, że moi rodziciele
nie mają pojęcia o żywocie Harukiego. Gdy przyniosłem go do domu,
odwodnionego ledwo dyszącego oni nie zwrócili na niego najmniejszej
uwagi. Potrząsnąłem głową otrząsając się ze specyficznych myśli, które
nasunął mi odgłos mijającego czasu i otworzyłem szafę wyjmując z niej
ubrania. Westchnąłem patrząc na żałobne stroje świadczące o śmierci
mej naiwności dotyczącej szczęścia życiowego. Przejechałem palcem po
wieszakach i pospiesznie przeprałem się we wcześniej naszykowane
odzienie wychodząc z pokoju. Znalazłem się na korytarzu dormitorium
męskiego, który o tej porze był opustoszały i całkowicie pogrążony w
ciszy. Choć jestem tu już od roku, wciąż nie jestem w stanie
przyzwyczaić się do ilości osób w akademii. Codziennie na korytarzach
znajdują się tłumy uczniów, którzy wręcz doskonale orientują się w
panującym wtedy rozgardiaszu. Szum rozmów oraz śmiechów jest według
mnie jedną z wielu wad tej placówki. Spokój i cisza to rzadkie
zjawisko, więc czas jeszcze przed zakończeniem ciszy nocnej jest
okresem idealnym dla mnie. Rozejrzałem się wokół upewniając czy nikogo
nie ma, a kiedy byłem pewny, że znajduję się tutaj sam zacząłem iść w
stronę sali muzycznej. Mijane przeze mnie drzwi sali uczniowskich
wydawały się być inne bez młodzieży z przeróżnych klas gromadzących
się przed pracowniami w oczekiwaniu na następującą lekcję. Zawładnęło
mną pragnienie wpatrywania się w nuty muzyczne muskając klawisze
pianina i wsłuchując się w wydobywane przez nie dźwięki. Chęć zagrania
na tym instrumencie była zbyt wielka, żebym mógł ją ignorować. Chociaż
sztukę obojętności opanowałem do perfekcji, niestety są na świecie
rzeczy, których nie mogę zignorować. Jak zahipnotyzowany szedłem w
kierunku wschodniego skrzydła, piętra głównego budynku, aby tylko
zasiąść przy pianinie i zagrać na nim. Przymknąłem powieki
przypominając sobie pierwszą lekcję gry na tym instrumencie: wymuszony
śmiech matki, która patrzyła na mnie ze sztucznym zainteresowaniem,
nauczyciela próbującego wpoić mi do umysłu podstawy, a robił to tylko
dlatego, że pieniądze wypłacane dla niego przez mych rodziców były
niewyobrażalne oraz pierwsze obojętnie grane przeze mnie dźwięki i swą
niechęć do pianina, która później przerodziła się w wielką pasję do
gry na nim. Wtem czyjaś dłoń ścisnęła mi ramię i instynktownie
cofnąłem się o krok otwierając oczy natychmiastowo. Przede mną
pojawiła się postać vice-dyrektora, który z surowym wyrazem twarzy i
zaciśniętymi w irytacji ustami świdrował mnie wzrokiem. Większość
uczniów boi się go, a szczególnie jego uosobienia, kategorycznie
omijają go nie chcąc wejść mu w drogę.
- Wracaj do dormitorium i swego pokoju. - syknął głosem przesączonym
irytacją i z nutą wściekłości puścił mój bark odchodząc, ale po chwili
odwrócił głowę. - Na co jeszcze czekasz ?
Spuściłem wzrok udając skruszonego i zrobiłem krok w stronę mojej
akademickiej celi. Udawanie wszelkich emocji już weszło mi w krew.
Staram się w razie potrzeby imitować dane uczucia i zachowania. Często
nikt nie zdaje sobie sprawy, że to tylko upozorowanie danego
działania. Nieco uspokojony nauczyciel przestał się już mną przejmować
i poszedł dalej. Niestety w każdym jego ruchu widać było spięcie,
które później będzie wyładowywał na większym niż zazwyczaj zwracaniu
uczniom uwagi oraz poprawiania ich zachowania. Natomiast ja odwróciłem
się na pięcie wzruszając ramionami i ponownie ruszyłem do sali
muzycznej. Gdy znalazłem się nareszcie przy nie z nadzieją nacisnąłem
klamkę pociągając drzwi do siebie, na szczęście otworzyły się
sprawnie, a ja w duchu dziękowałem nauczycielowi mającemu tu wcześniej
zajęcia za to, że nie zamknął drzwi na klucz tym samym nie niszcząc
moich starań. Wszedłem do środka pracowni patrząc na znajdujące się
tam instrumenty, lecz moją uwagę przyciągnęło pianino stojące dumnie w
rogu. W tym obszernym pomieszczeniu jest doskonała akustyka, o czym
przekonałem się niedługo po przybyciu do AGH. Pierwsze wrażenie było
doskonałe, pianino w blasku słońca aż błagało, aby na nim zagrać. Gdy
tylko moje dłonie jak w transie rozpoczęły grę dźwięk rozległ się w
pokoju doznanie niezwykłego uczucia. Usiadłem przy nazywanym przez
niektórych odmianą fortepianu, pianinie naciskając lekko klawisze.
Uniosłem niezauważalnie w górę kąciki ust w mojej wersji uśmiechu.
Takie chwile kiedy na moje usta są w grymasie radości są rzadkością.
Zdarzają się nieczęsto trwając zaledwie kilka sekund i są przeze mnie
niepożądane, lecz nie mogę nad tym całkowicie zapanować. Splotłem
dłonie rozprostowując ręce tym czynem rozciągając palce. Wziąłem w
dłoń zeszyt do nut i otworzyłem go na losowej stronę. Trafiłem na
znanego mi autora i jego dzieło, więc odetchnąłem zaczynając grać.
Kończąc niespodziewanie usłyszałem czyiś głos, więc wstałem odwracając
się niedostrzegalnie. Lodowatym spojrzeniem wpatrywałem się w oczy
nieznajomej postaci. Ta nie wiedząc jak się w tej sytuacji zachować
wzdrygnęła się delikatnie mówiąc:
- Dominique Castain ?
Zastanowiłem się chwilę zanim lekko skinąłem głową potakująco
podchodząc do drzwi. Osoba opierała się o ich framugę ściskając w
dłoni nadgarstek swojej ręki. Gdy podszedłem do niej zmierzyłem ją
wzrokiem chcąc dowiedzieć co sprowadziło tu tego człowieka. Istota
przełknęła ślinę mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. Uniosłem brew
w geście zapytania, na co persona znów się odezwała tym razem
wyraźniej:
- Vice-dyrektor Cię wzywa. – postać zaczęła wpatrywać się we mnie
wyczekująco, a kiedy uniosłem wyżej brodę przeniosła swój wzrok na
pianino wciąż oczekując mojej reakcji.
Ksywka: Gdy Dominique był jeszcze dzieckiem, dla którego piaskownica była drugim domem jego przyjaciel zwracał się do niego ,,Łabędź’’ i tak zostało, aż do rozdzielenia tych dwóch pokrewnych dusz. Przezwisko specyficzne, które zrodziło się w umyśle również osobliwej postaci ze zdziwieniem zostało przyjęte przez wtedy jeszcze kilkuletniego chłopca, ale ksywce tej już nikt nie pamięta.