- Czy ja się nie przesłyszałam? Idę na lody ze swym oficjalnie,
nieoficjalnym udawanym chłopakiem? - spytałam, przechylając głowę lekko
na bok.
- Tak? - chyba nie bardzo rozumiał, co powiedziałam.
- Ekstra… - rzuciłam i ruszyłam w stronę bramy. - Prowadź zatem.
- Czekaj, co?! - zawołał, doganiając mnie. - Miałem wrażenie, że wybitnie cię to irytowało.
- Zrozumiesz w swoim czasie. - wzruszyłam ramionami, ale wyraz twarzy
Collina praktycznie się nie zmienił. Jednak o nic więcej nie pytał. Po
drodze opowiadał mi dużo o szkole, jej historii, życiu towarzyskim,
klubach i kółkach… Chyba najbardziej lubił sport, bo o Szkolnym Kole
Sportowym rozgadał się najbardziej.
- Sam też do niego należysz? Chodzisz na SKS? - spytałam nagle, wyrywając go najwyraźniej z jakiejś sportowej opowieści.
- Słucham? - ocknął się, a w jego o czach dostrzegłam dezorientację.
- Pytałam o kluby, do których należysz. - odparłam spokojnie.
- Do Szkolnego Klubu Sportowego, ale czasem wpadam też na kółko chemiczne. A ty?
- Chcę przychodzić na SKS, ale cóż… - wyciągnęłam z kieszeni inhalator i
użyłam go. - cholerna astma pokrzyżowała nieco moje plany. - przed nami
było widać pierwsze budynki, a po kilku metrach całkiem wyszliśmy z
parku.
- Mowa o jakichś konkretnych planach, czy ogólnie o ograniczeniu uprawiania sportu?
- Moje predyspozycje były raczej wszechstronne, więc trudno mówić o nie
wiadomo jakich planach. Piłka nożna, siatkówka, motocross, snowboard,
łucznictwo, boks, sztuki walki, gimnastyka artystyczna… - wyliczałam na
palcach. - Innymi słowy ta cholerna astma mnie ogranicza. Czasem czuję
się jak niepełnosprawna, ale to – tu wskazałam na inhalator. - jest
niczym w porównaniu do problemów ludzi, którzy rzeczywiście zaliczają
się do tego grona. Ja pierdolę, ale ze mnie egoistka… - fuknęłam, bardzo
na siebie zła i zamilkłam. Także Collin nie drążył tematu, bo
dotarliśmy na miejsce. Bardzo ładnie urządzona, raczej stosunkowo nowa
Lodziarnia „lodowa”. Gentleman nazwiskiem Conner, jak na mężczyznę swego
pokroju przystało, otworzył przede mną drzwi. Popatrzyłam na niego z
lekko zażenowaną miną, a lewą brew uniosłam w górę.
- Anglik z krwi i kości. - rzuciłam z ledwo wyczuwalnym uznaniem i minęłam chłopaka.
- Skąd ty…? - momentalnie stał przy ladzie, obok mnie.
- Zgadywałam. - wzruszyłam ramionami. - Dobre maniery, nieco wyczuwalny
akcent, płynny angielski, a nawet typ urody. Pasowało mi. - odparłam i
wróciłam do wyboru smaku gałek. Wzięłam dwie – truskawkę i malinę w
rożku, po czym zajęłam wolne miejsce przy stoliku. Po kilku minutach
dołączył do mnie Collin i usiadł naprzeciwko.
- Moja kolej! - oznajmił lustrując mnie wzrokiem.
- Powodzenia, choć wątpię, abyś odgadł. Tylko nie wymieniaj wszystkich narodowości, jak leci.
- Laponia, Grenlandia albo Alaska. Te białe włosy mają jakieś znaczenie… - przybrał pozę myśliciela.
- Jesteś bardzo blisko. - pokiwałam głową z sarkastycznym wyrazem twarzy.
- Ej! Przecież się staram! - skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
Chwilę poudawał obrażonego, po czym szybko wrócił do swoich lodów. Nim
się zorientowałam z deseru Collina nic nie zostało. Patrzyłam ze
zdziwieniem to na niego, to na swoją zaczętą porcję.
- Talent! - wyszczerzył się. - A teraz proszę wybaczyć, panienko Grant, udam się umyć ręce.
- Proszę uprzejmie, paniczu Conner. Z radością dokończę ten posiłek w
ciszy i samotności. - mruknęłam bardziej do siebie, niż do niego. Przez
cały nasz pobyt w lodziarni Collin zasłaniał mi widok za oknem. Wreszcie
widziałam, co dzieje się przed budynkiem i… szybko tego pożałowałam.
Stał tam bowiem Scott wraz zresztą paczki.
- Cholera… oby mnie nie… - za późno. Zobaczyli mnie i weszli do środka. Zrezygnowana położyłam głowę na blacie stolika.
- Cześć, Beast! - usłyszałam znajomy, męski głos. Przysiedli się, ale wciąż nie podnosiłam głowy.
- Fajnie witasz swoich kumpli, naprawdę! - odezwał się inny, także
znajomy i należący do mężczyzny, ale teatralnie oburzony głos. Już
zdążyłam zapomnieć, że Tom jest niespełnionym aktorem. Zdążyłam też
zapomnieć, jak bardzo potrafią być irytujący.
- To zabawne, że akurat gdy pragnę ciszy i spokoju, pojawia się zgraja
wrzeszczących i wkurzających orangutanów-mechaników. - mruknęłam,
spoglądając wreszcie na nich.
- Zapomniałaś dodać, że jesteśmy niespełnionymi w zawodzie duszami artystycznymi. - zauważył Casper.
- A ty zapomniałeś, że nasza Mack jest kochana i życzy nam jak
najlepiej, a co za tym idzie nie ma w naturze dobijania leżącego. -
odparł mój ulubiony kuzyn, Scott.
- Czegóż tu szuka to wdzięczne stado niewychowanych pawianów? - spytałam, siadając głębiej w fotelu.
- Czekamy na James’a. Do tej pory nie wrócił z nocnej zmiany za barem.
Martwimy się. - oparł Louis. Jedyny, którego naprawdę szanowałam za
własne zdanie. Jak zwykle, dostał za taką odpowiedź po głowie od Tom’a,
ale przynajmniej mówił krótko, w prost i na temat.
- Rozumiem, że po imprezie organizowanej przez klub, Jamie sam zorganizował sobie drugą?
- Wiesz, jaki on jest… - westchnął Casper.
- Ja ci chyba tu tylko zawadzamy, co? - usłyszałam za plecami głos Collina.
- Ojojoj! I teraz wszystko jasne! To dlatego tak nas stąd wyrzucałaś! - wyszczerzył się Tom.
- Kuzynko, muszę ci pogratulować szybkiego zaaklimatyzowania się! To dla ciebie nietypowe!
- Tłumaczą się tylko winni, Scott. - wzruszyłam ramionami. - Nie będę
ośmieszać ciebie, ani żadnego z chłopaków, wypominając porażki z
przeszłości. To nie daje mi satysfakcji, więc szkoda mi marnować na to
czas i powietrze. - fuknęłam i wstałam z miejsca. Lou wyciągnął dłonie
na boki, prawą w stronę Tom’a, a lewą w stronę Casper’a. Po chwili każdy
z nich wręczył mu po pięć funtów. Pokręciłam głową z politowaniem na
widok min tamtej dwójki.
- Obstawiłem, że przy najbliższym spotkaniu dowalisz swojemu kuzynowi. -
wzruszył ramionami blondyn. Uśmiechnęłam się lekko i wyszłam z
lodziarni, a za mną Collin.
- Może teraz choć częściowo zrozumiesz, dlaczego w klasie zareagowałam
zażenowaniem, a na dziedzińcu niemal całkiem odwrotnie. - rzuciłam do
chłopaka, jednak na jego twarzy znów gościło zdziwienie i dezorientacja.
Westchnęłam cicho. - Wszystko dzięki tej bandzie kretynów. Dławione
dusze artystyczne i ogromne, niewykorzystane talenty. Całkiem dobrzy i
przesympatyczni chłopcy, tylko specyficzni, inni. Nie zdołam zliczyć,
ile razy udawałam dziewczynę któregoś z nich. Kurde, na ilu balach i
dyskotekach ja byłam. - gdy znów sobie to przypomniałam, po raz kolejny
uznałam to za głupie. - Z jednej strony żałuję i nie wspominam tego
dobrze, ale kilka razy zadziałało. Zażenowanie nieplanowaną powtórką z
rozrywki i pogodzenie się z sytuacją, spowodowane przyzwyczajeniem z
przeszłości. - wzruszyłam ramionami. - To dokąd teraz? Gdziekolwiek,
byle z daleka od moich kochanych mechaników. Na dzisiaj mam ich dosyć.
Collin? (Wybacz, że tyle to zajęło)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Collin A. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Collin A. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 lipca 2017
niedziela, 18 czerwca 2017
Od Miwy CD Collina
- Oki doki.- powiedziałam, lekko podnosząc głos, aby chłopak lepiej mnie usłyszał. Uśmiechnął się.
- To chodź.- odpowiedział idąc przed siebie, potruchtałam za nim, lekko podskakując. Szliśmy do słowie parę sekund, a ja już miałam ochotę obsypać go miliardem pytań na jego temat. No co zaciekawił mnie. Tak jak wszyscy gdy się ze mną przywitają.
- Ej, ej Collin!- zawołałam, zadzierając głowę do góry.
- Słucham?
- Skąd jesteeeeś?- zapytałam z tą nutką dziecięcej ciekawości, która zawsze mi towarzyszy przy zadawaniu podobnych pytań. Nie wiem sama czemu się o to zapytałam. Po prostu nie wiedziałam jak przełamać pierwsze lody. W tym momencie wydawało mi się, że to dobry pomysł zadać takie pytanie i w sumie nie myliłam się.
- Z Anglii, Londynu, a ty?- odpowiedział, spoglądając na mnie, schylając lekko głowę w dół. Heh. Szkoda, że jestem taka niska. Prawie każdy facet musi się nade mną pochylać, żeby zajrzeć mi w oczy. A ja muszę zadzierać głowę do góry. Niby mało uciążliwe, ale kiedy masz już kontakt z dużą ilością ludzi o dużym wzroście zaczyna cię szyja boleć. I to jest w tym najgorsze.
- Z Japonii, z Kobe!- odpowiedziałam dumna. Zgaduję, że Collin nie wie gdzie dokładniej leży Kobe, ale trudno. - A jak mogę na ciebie wołać? No wiesz, ta w skrócie.- dodałam, po nie długiej chwili.
- Możesz mówić mi Coll.- uśmiechnął się lekko. Zastanowiłam się przez chwilę.
- To brzmi głupio. - nadęłam policzki, nie zadowolona. To brzmiało... No po prostu źle. Trochę jak "fajny" z angielskiego. Nie podoba mi się takie określenie i tyle. Wolę coś sama dla niego wymyślić.
- A wymyślisz coś lepszego? - zapytał, zaśmiawszy się cicho.
- Oczywiście, że tak!- krzyknęłam z dumą w głosie.- Tylko daj mi trochę czasu.- chłopak skiną głową i zrobił minę gdyby sobie o czymś przypomniał.
- Zgaduję, że jesteś z pierwszych klas.
- Nom, bo jestem.- podskoczyłam lekko. W między czasie zdążyliśmy już dojść w nieco cichsze miejsce jakim teraz był park. Nie było tu jakoś dużo ludzi. Pewnie dla tego, że był środek tygodnia i niektórzy nie skończyli jeszcze pracy.
Collin?
- To chodź.- odpowiedział idąc przed siebie, potruchtałam za nim, lekko podskakując. Szliśmy do słowie parę sekund, a ja już miałam ochotę obsypać go miliardem pytań na jego temat. No co zaciekawił mnie. Tak jak wszyscy gdy się ze mną przywitają.
- Ej, ej Collin!- zawołałam, zadzierając głowę do góry.
- Słucham?
- Skąd jesteeeeś?- zapytałam z tą nutką dziecięcej ciekawości, która zawsze mi towarzyszy przy zadawaniu podobnych pytań. Nie wiem sama czemu się o to zapytałam. Po prostu nie wiedziałam jak przełamać pierwsze lody. W tym momencie wydawało mi się, że to dobry pomysł zadać takie pytanie i w sumie nie myliłam się.
- Z Anglii, Londynu, a ty?- odpowiedział, spoglądając na mnie, schylając lekko głowę w dół. Heh. Szkoda, że jestem taka niska. Prawie każdy facet musi się nade mną pochylać, żeby zajrzeć mi w oczy. A ja muszę zadzierać głowę do góry. Niby mało uciążliwe, ale kiedy masz już kontakt z dużą ilością ludzi o dużym wzroście zaczyna cię szyja boleć. I to jest w tym najgorsze.
- Z Japonii, z Kobe!- odpowiedziałam dumna. Zgaduję, że Collin nie wie gdzie dokładniej leży Kobe, ale trudno. - A jak mogę na ciebie wołać? No wiesz, ta w skrócie.- dodałam, po nie długiej chwili.
- Możesz mówić mi Coll.- uśmiechnął się lekko. Zastanowiłam się przez chwilę.
- To brzmi głupio. - nadęłam policzki, nie zadowolona. To brzmiało... No po prostu źle. Trochę jak "fajny" z angielskiego. Nie podoba mi się takie określenie i tyle. Wolę coś sama dla niego wymyślić.
- A wymyślisz coś lepszego? - zapytał, zaśmiawszy się cicho.
- Oczywiście, że tak!- krzyknęłam z dumą w głosie.- Tylko daj mi trochę czasu.- chłopak skiną głową i zrobił minę gdyby sobie o czymś przypomniał.
- Zgaduję, że jesteś z pierwszych klas.
- Nom, bo jestem.- podskoczyłam lekko. W między czasie zdążyliśmy już dojść w nieco cichsze miejsce jakim teraz był park. Nie było tu jakoś dużo ludzi. Pewnie dla tego, że był środek tygodnia i niektórzy nie skończyli jeszcze pracy.
Collin?
Od Collina CD Miwy
Zarzuciłem torbę na ramię, szybkim krokiem przeciskając się przez tłumy
uczniów. Dzisiejszy trening koszykówki zaczął się jakieś piętnaście
minut temu, a ja spóźniłem się przez durnego sierściucha, zwanego przeze
mnie 'kotem'. Silver jak zwykle postanowił utrudnić mi życie. Tym razem
zgubił się gdzieś w mieście, przez co poświęciłem ze dwie godziny na
szukanie go. Westchnąłem głęboko, po czym stanąłem w miejscu,
zastanawiając się, czy nie lepiej odpuścić sobie dzisiejsze zajęcia.
Wtem poczułem mocne uderzenie. Zaskoczony opuściłem głowę, aby ujrzeć
pod sobą jakąś dziewczynę.
- Ojej, przepraszam - powiedziałem, pomagając jej wstać.
- Nie, spokojnie, nic nie szkodzi - odparła z uśmiechem, spoglądając do góry.
,,Czy wszystkie dziewczyny w tej szkole są takie niskie?" - przeszło mi przez myśl, gdy zauważyłem różnicę między naszym wzrostem. Nieznajoma była niższa ode mnie o jakieś czterdzieści centymetrów. Co prawda starałem się przywyknąć do faktu, iż znacznie wyróżniam się pod tym względem wśród reszty uczniów, ale ostatnio to drobne przegięcie.
- Jestem Miwa - usłyszałem damski głos, który skutecznie wyrwał mnie z zamyślenia.
- Collin, miło mi - przedstawiłem się, usiłując jakoś usunąć się z drogi hordy rozkrzyczanych uczniów. - Może chodźmy w jakieś spokojniejsze miejsce, co? Strasznie tu tłoczno... - mruknąłem.
[ Miwa? ]
- Ojej, przepraszam - powiedziałem, pomagając jej wstać.
- Nie, spokojnie, nic nie szkodzi - odparła z uśmiechem, spoglądając do góry.
,,Czy wszystkie dziewczyny w tej szkole są takie niskie?" - przeszło mi przez myśl, gdy zauważyłem różnicę między naszym wzrostem. Nieznajoma była niższa ode mnie o jakieś czterdzieści centymetrów. Co prawda starałem się przywyknąć do faktu, iż znacznie wyróżniam się pod tym względem wśród reszty uczniów, ale ostatnio to drobne przegięcie.
- Jestem Miwa - usłyszałem damski głos, który skutecznie wyrwał mnie z zamyślenia.
- Collin, miło mi - przedstawiłem się, usiłując jakoś usunąć się z drogi hordy rozkrzyczanych uczniów. - Może chodźmy w jakieś spokojniejsze miejsce, co? Strasznie tu tłoczno... - mruknąłem.
[ Miwa? ]
sobota, 17 czerwca 2017
Od Collina CD Mackenzie
Uśmiechnąłem się szeroko, zerkając z rozbawieniem na załamaną
dziewczynę. Poprawiłem kwiatową ozdobę na swojej głowie, po czym
przeniosłem wzrok na nauczycielkę, która usiłowała właśnie bezskutecznie
wytłumaczyć coś jednemu z uczniów. Przygryzłem delikatnie końcówkę
ołówka, pozostawiając na niej kolejne odbicie moich siekaczy. Głupi
nawyk, którego wreszcie powinienem się pozbyć. Westchnąłem ciężko,
wyglądając ze znudzeniem przez okno. W końcu usłyszałem upragniony
dźwięk dzwonka, oznajmujący nam koniec dzisiejszych lekcji. Co prawda
odbyło się to w nieco innych okolicznościach niż zazwyczaj, ale efekt
jest przecież najważniejszy. Odetchnąłem z ulgą, unosząc teatralnie ręce
ku górze.
- Niebiosom niech będą dzięki! - krzyknąłem, korzystając z ogólnego zamieszania.
- To jest alarm idioto - zauważyła siedząca obok mnie białowłosa.
- Przecież najważniejsze, że skrócił on nasze cierpienia, czyż nie? - wyszczerzyłem się, podnosząc się z miejsca.
Mack przewróciła oczyma, kręcąc z politowaniem głową. Mimo wszystko odpuściła sobie dalszą dyskusję, co uznałem za przyznanie mi racji.
- Spokojnie! Spokojnie! Bez paniki! - krzyczała nauczycielka, najwyraźniej bardziej przejęta całym zajściem niż większość uczniów. - Wszyscy mają jak najszybciej opuścić budynek Akademii!
Włożyłem ręce do kieszeni spodni i spokojnym krokiem skierowałem się do wyjścia z pomieszczenia. Wszyscy pchali się do drzwi, tratując siebie nawzajem. Jedna dziewczyna zasłabła, ktoś inny uderzył głową w kant ławki... W wielkim skrócie - kontrolę nad klasą IIB przejął chaos. Spojrzałem w stronę Mackenzie, która podobnie jak ja postanowiła przeczekać z boku całe to zamieszanie. Gdy drzwi nareszcie zostały odblokowane, wyszedłem z klasy, a następnie z budynku. Tłumy uczniów w różnym wieku zgromadziły się na dziedzińcu przed szkołą. Nagle, wśród przerażonych głosów, rozległ się rozrywający wrzask.
- Uwaga drodzy uczniowie! - ryknął przez megafon pan Edmund. - W szkole był wyciek gazu, przez co musieliśmy ewakuować was wszystkich! Obecnie proszę was o rozejście się do domów bądź pokoi!
Szturchnąłem lekko łokciem stojącą obok mnie białowłosą, czym najwyraźniej wyrwałem ją z zamyślenia. Uniosła wzrok, spoglądając na mnie pytająco.
- Idziemy na lody? - zapytałem, ignorując wciąż krzyczącego nauczyciela.
[ Mack? Wybacz, że tak długo i za jakość... Po raz kolejny obiecuję poprawę. Tym razem już naprawdę :> ]
- Niebiosom niech będą dzięki! - krzyknąłem, korzystając z ogólnego zamieszania.
- To jest alarm idioto - zauważyła siedząca obok mnie białowłosa.
- Przecież najważniejsze, że skrócił on nasze cierpienia, czyż nie? - wyszczerzyłem się, podnosząc się z miejsca.
Mack przewróciła oczyma, kręcąc z politowaniem głową. Mimo wszystko odpuściła sobie dalszą dyskusję, co uznałem za przyznanie mi racji.
- Spokojnie! Spokojnie! Bez paniki! - krzyczała nauczycielka, najwyraźniej bardziej przejęta całym zajściem niż większość uczniów. - Wszyscy mają jak najszybciej opuścić budynek Akademii!
Włożyłem ręce do kieszeni spodni i spokojnym krokiem skierowałem się do wyjścia z pomieszczenia. Wszyscy pchali się do drzwi, tratując siebie nawzajem. Jedna dziewczyna zasłabła, ktoś inny uderzył głową w kant ławki... W wielkim skrócie - kontrolę nad klasą IIB przejął chaos. Spojrzałem w stronę Mackenzie, która podobnie jak ja postanowiła przeczekać z boku całe to zamieszanie. Gdy drzwi nareszcie zostały odblokowane, wyszedłem z klasy, a następnie z budynku. Tłumy uczniów w różnym wieku zgromadziły się na dziedzińcu przed szkołą. Nagle, wśród przerażonych głosów, rozległ się rozrywający wrzask.
- Uwaga drodzy uczniowie! - ryknął przez megafon pan Edmund. - W szkole był wyciek gazu, przez co musieliśmy ewakuować was wszystkich! Obecnie proszę was o rozejście się do domów bądź pokoi!
Szturchnąłem lekko łokciem stojącą obok mnie białowłosą, czym najwyraźniej wyrwałem ją z zamyślenia. Uniosła wzrok, spoglądając na mnie pytająco.
- Idziemy na lody? - zapytałem, ignorując wciąż krzyczącego nauczyciela.
[ Mack? Wybacz, że tak długo i za jakość... Po raz kolejny obiecuję poprawę. Tym razem już naprawdę :> ]
niedziela, 11 czerwca 2017
Od Mackenzie CD Collina
W tak zwanym międzyczasie, gdy chłopak zbierał się z ziemi, zaczęłam pleść wianek z polnych kwiatów.
- To jak? Poznam wreszcie twoje imię? - zaśmiał się.
- Pewnie to i tak nieuniknione. - westchnęłam cicho - Witaj Collinie, jestem Mack i... trochę mi teraz przeszkadzasz. - mruknęłam, wskazując na zaczętą plecionkę. Przez długi moment patrzył zdziwiony na zaczęty wianek.
- Ktoś jeszcze w ogóle potrafi robić takie wianki? - spytał, przechylając głowę lekko na bok.
- Pffff… Pewnie! - skłamałam. Kwiatowe plecionki są dobre dla małych dziewczynek ze wsi. Dla pasterek, które przez całe dnie wypasają owce. A w międzyczasie plotą wianki i „gwiżdżą” na źdźbłach trawy. Kontynuowałam plecenie, pomimo tego, że Collin uważnie obserwował każdy ruch moich dłoni. Jak ja nienawidzę, gdy ktoś patrzy mi na ręce! Jednak szybko zacisnęłam zęby. Nie, to przecież nic takiego.
- Ciekawe… - usłyszałam nagle gdzieś z bardzo bliska. Wzdrygnęłam się mimowolnie i kątem oka zauważyłam uśmiechającego się chłopaka. Jakby był z zadowolony z tego, że mnie przestraszył.
- Co jest takie ciekawe?! - prychnęłam, udając, że nic się nie stało. Jednak nie dałam mu skończyć, bo akurat skończyłam swoje dzieło. - No, nieważne! Proszę, ten jest twój, a teraz proszę o zwrot mojej własności. - oznajmiłam, ściągając mu z głowy różowo-biały wianek i zamieniłam na ten z polnych kwiatów. Czym prędzej oddaliłam się w swoją stronę. Cisza temu towarzysząca, była jakaś taka… dziwna i… niespodziewana. Założyłam sobie na głowę odzyskaną ozdobę i zasłoniłam kapturem bluzy. Wróciłam do pokoju, ale odwiedzin kuzyna z przyjaciółmi się nie doczekałam.
~***~
Następnego dnia miałam rozpocząć zajęcia w akademii. Wybrałam klasę "B" ze względu na profil lingwistyczny. Pierwszą lekcją był język hiszpański, na który prawie się spóźniłam. Wszyscy weszli do sali, a nauczycielka już miała zamykać drzwi, gdy akurat (kompletnie zdyszana) się pojawiłam.
- Panienka to pewnie Mackenzie? - spytała kobieta. Skinęłam głową, biorąc dawkę leku z inhalatora. Szybko przekroczyłam próg i zatrzymałam się na środku pomieszczenia, rozglądając za wolnym miejscem.
- Moi Państwo, to panna... - zaczęła nauczycielka, ale przerwałam jej.
- Proszę wybaczyć, pani profesor, ale klasie przedstawię się sama, gdy uznam to za stosowne. - mruknęłam, starając się wypowiedzieć to choć trochę kulturalnie. Kobietę wyraźnie to zaskoczyło, ale nic nie odpowiedziała. Zajęłam jedyne wolne miejsce i dopiero po chwili zauważyłam kto siedzi obok...
- Niech panienka zdaje sobie sprawę, że było to niezbyt grzeczne z panienki strony. - roześmiał się Collin.
- Co ty tu właściwie robisz?! - syknęłam.
- Jestem na zajęciach swojej klasy. - wzruszył ramionami.
- Panno Grant, prosiłabym o zdjęcie z głowy tego kaptura! - usłyszałam głos nauczycielki. Bardzo niechętnie spełniłam jej polecenie i odsłoniłam różowy wianek na białych włosach. I dopiero wtedy zauważyłam coś, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Na głowie chłopaka widniała moja plecionka z poprzedniego dnia!
- Dlaczego to założyłeś?! - spytałam szeptem, kątem oka obserwując blondynkę przy biurku.
- Ale co? Aaaaaa! Cóż... po prostu bardzo mi się podoba! I do twarzy mi w nim! - wyszczerzył się.
- To się nie dzieje... To się nie dzieje... - powtarzałam sobie. Nagle poczułam, że tracę oddech i znów użyłam inhalatora. Jego dźwięk sprowadził na nas spojrzenie kobiety.
- W porządku, Grant? - spytała, a ja skinęłam głową. - To dobrze... - urwała nagle, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Bardzo się cieszę, że tak szybko znalazłaś sobie w szkole kogoś bliskiego! Bardzo ładna z was para! - rzuciła, jakby było to oczywiste. Zasłoniłam twarz dłonią.
- Ja pierdolę... To się nie dzieje... - powtarzałam sobie cicho, chcąc zapaść się pod ziemię. Z tego wszystkiego nawet nie zwróciłam uwagi na reakcję siedzącego obok chłopaka.
Collin? (Ja też nie wiem, co tutaj właściwie się stało XD Nie śpiesz się z odpisem, ja mam czas i chętnie poczekam)
- To jak? Poznam wreszcie twoje imię? - zaśmiał się.
- Pewnie to i tak nieuniknione. - westchnęłam cicho - Witaj Collinie, jestem Mack i... trochę mi teraz przeszkadzasz. - mruknęłam, wskazując na zaczętą plecionkę. Przez długi moment patrzył zdziwiony na zaczęty wianek.
- Ktoś jeszcze w ogóle potrafi robić takie wianki? - spytał, przechylając głowę lekko na bok.
- Pffff… Pewnie! - skłamałam. Kwiatowe plecionki są dobre dla małych dziewczynek ze wsi. Dla pasterek, które przez całe dnie wypasają owce. A w międzyczasie plotą wianki i „gwiżdżą” na źdźbłach trawy. Kontynuowałam plecenie, pomimo tego, że Collin uważnie obserwował każdy ruch moich dłoni. Jak ja nienawidzę, gdy ktoś patrzy mi na ręce! Jednak szybko zacisnęłam zęby. Nie, to przecież nic takiego.
- Ciekawe… - usłyszałam nagle gdzieś z bardzo bliska. Wzdrygnęłam się mimowolnie i kątem oka zauważyłam uśmiechającego się chłopaka. Jakby był z zadowolony z tego, że mnie przestraszył.
- Co jest takie ciekawe?! - prychnęłam, udając, że nic się nie stało. Jednak nie dałam mu skończyć, bo akurat skończyłam swoje dzieło. - No, nieważne! Proszę, ten jest twój, a teraz proszę o zwrot mojej własności. - oznajmiłam, ściągając mu z głowy różowo-biały wianek i zamieniłam na ten z polnych kwiatów. Czym prędzej oddaliłam się w swoją stronę. Cisza temu towarzysząca, była jakaś taka… dziwna i… niespodziewana. Założyłam sobie na głowę odzyskaną ozdobę i zasłoniłam kapturem bluzy. Wróciłam do pokoju, ale odwiedzin kuzyna z przyjaciółmi się nie doczekałam.
~***~
Następnego dnia miałam rozpocząć zajęcia w akademii. Wybrałam klasę "B" ze względu na profil lingwistyczny. Pierwszą lekcją był język hiszpański, na który prawie się spóźniłam. Wszyscy weszli do sali, a nauczycielka już miała zamykać drzwi, gdy akurat (kompletnie zdyszana) się pojawiłam.
- Panienka to pewnie Mackenzie? - spytała kobieta. Skinęłam głową, biorąc dawkę leku z inhalatora. Szybko przekroczyłam próg i zatrzymałam się na środku pomieszczenia, rozglądając za wolnym miejscem.
- Moi Państwo, to panna... - zaczęła nauczycielka, ale przerwałam jej.
- Proszę wybaczyć, pani profesor, ale klasie przedstawię się sama, gdy uznam to za stosowne. - mruknęłam, starając się wypowiedzieć to choć trochę kulturalnie. Kobietę wyraźnie to zaskoczyło, ale nic nie odpowiedziała. Zajęłam jedyne wolne miejsce i dopiero po chwili zauważyłam kto siedzi obok...
- Niech panienka zdaje sobie sprawę, że było to niezbyt grzeczne z panienki strony. - roześmiał się Collin.
- Co ty tu właściwie robisz?! - syknęłam.
- Jestem na zajęciach swojej klasy. - wzruszył ramionami.
- Panno Grant, prosiłabym o zdjęcie z głowy tego kaptura! - usłyszałam głos nauczycielki. Bardzo niechętnie spełniłam jej polecenie i odsłoniłam różowy wianek na białych włosach. I dopiero wtedy zauważyłam coś, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Na głowie chłopaka widniała moja plecionka z poprzedniego dnia!
- Dlaczego to założyłeś?! - spytałam szeptem, kątem oka obserwując blondynkę przy biurku.
- Ale co? Aaaaaa! Cóż... po prostu bardzo mi się podoba! I do twarzy mi w nim! - wyszczerzył się.
- To się nie dzieje... To się nie dzieje... - powtarzałam sobie. Nagle poczułam, że tracę oddech i znów użyłam inhalatora. Jego dźwięk sprowadził na nas spojrzenie kobiety.
- W porządku, Grant? - spytała, a ja skinęłam głową. - To dobrze... - urwała nagle, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Bardzo się cieszę, że tak szybko znalazłaś sobie w szkole kogoś bliskiego! Bardzo ładna z was para! - rzuciła, jakby było to oczywiste. Zasłoniłam twarz dłonią.
- Ja pierdolę... To się nie dzieje... - powtarzałam sobie cicho, chcąc zapaść się pod ziemię. Z tego wszystkiego nawet nie zwróciłam uwagi na reakcję siedzącego obok chłopaka.
Collin? (Ja też nie wiem, co tutaj właściwie się stało XD Nie śpiesz się z odpisem, ja mam czas i chętnie poczekam)
sobota, 10 czerwca 2017
Od Collina CD Isil
Oprałem się plecami o pień drzewa i leniwie uniosłem głowę, spoglądając
w górę. Puchate obłoczki powoli sunęły po błękitnym niebie, co jakiś
czas na kilka sekund przysłaniając słońce, które dzisiejszego dnia
prażyło niemiłosiernie. Gałęzie rozłożystego dębu dawały mi choć trochę
cienia, a przyjemny, letni wietrzyk muskał moje ciało przyjemnym
chłodem. Przymknąłem powieki, rozkoszując się melodyjnym świergotem
ptaków, które najwyraźniej postanowiły urządzić sobie koncert wśród
gałęzi drzew. Wtem usłyszałem dość głośne chrząknięcie. Odruchowo
otworzyłem oczy, unosząc wzrok. Nade mną stała pani Caroline Sparks,
nasza wychowawczyni. Miała kamienny, a wręcz grobowy wyraz twarzy. W jej
oczach bez problemu można było wykryć wyraźny smutek oraz troskę. W
takim stanie zupełnie nie przypominała tej wiecznie uśmiechniętej,
pogodnej kobiety, która z anielską cierpliwością usiłuje nauczyć mnie
wymowy hiszpańskich słówek. Momentalnie podniosłem się z ziemi, aby
okazać nauczycielce należyty szacunek.
- Dzień dobry - przywitałem się niepewnie. - Czy... Czy coś się stało, proszę pani?
Pani Sparks wzięła głęboki wdech, unosząc lekko głowę, żeby móc spojrzeć mi w oczy. Tak, bycie wyższym od swoich nauczycieli to zdecydowanie kiepska sprawa. Szybko odtrąciłem od siebie niepotrzebne myśli, chcąc w pełnym skupieniu wysłuchać wypowiedzi kobiety.
- Widzisz Collinie... Chodzi o twoją koleżankę, Isil... Widziałam, że siedzicie razem w ławce, więc pewnie dobrze się dogadujecie. Ale do rzeczy. Parę dni temu wydarzyła się okropna tragedia... Matka tej biednej dziewczyny zmarła - powiedziała w końcu, z trudem wypowiadając owe zdanie. - Co gorsza, wiąże się z tym wiele innych problemów - kontynuowała po krótkiej przerwie. - Isil nie ma ojca, ani żadnego innego opiekuna. Jest co prawda już pełnoletnia, ale w obecnej sytuacji nie ma kto opłacić jej pobytu w Akademii... To tylko jedna ze spraw... Nie chcę zawracać ci głowy tego typu rzeczami, a proszę jedynie, abyś... No wiesz, spróbował pomóc jej jakoś przez to przejść...
Stałem w osłupieniu jak przysłowiowy słup soli. Kompletnie nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Westchnąłem głęboko, masując się dłonią po karku.
- Porozmawiam z nią... Zrobię co w mojej mocy, żeby pomóc - zapewniłem wreszcie.
Moja wychowawczyni skinęła głową z wyraźną ulgą wymalowaną na twarzy. Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu znajomej szatynki. Po chwili ujrzałem ją nieco dalej, stojącą z twarzą ukrytą w drżących dłoniach. Podszedłem do dziewczyny, kładąc jej rękę na ramieniu. Isil gwałtownie odwróciła głowę, unosząc spojrzenie. Uśmiechnąłem się słabo, nie wiedząc, jak powinienem postąpić w obecnej sytuacji. Zapewnienie, że "wszystko będzie dobrze" nie wydawało się odpowiednią wypowiedzią. Bez dłuższego namysłu objąłem szatynkę ramieniem i bez słowa przytuliłem ją do siebie. Nie protestowała. Najpewniej nie miała na do ani ochoty, ani siły. Potrzebowała wsparcia, a ja nie byłem na chwilę obecną w stanie zrobić nic innego. Taki najprostszy gest współczucia.
- Chcesz o tym porozmawiać? - zapytałem, odsuwając się wreszcie od dziewczyny. - Mogę pomóc...
[ Isil? Kiepskie takie to... Nie wyszło T^T ]
- Dzień dobry - przywitałem się niepewnie. - Czy... Czy coś się stało, proszę pani?
Pani Sparks wzięła głęboki wdech, unosząc lekko głowę, żeby móc spojrzeć mi w oczy. Tak, bycie wyższym od swoich nauczycieli to zdecydowanie kiepska sprawa. Szybko odtrąciłem od siebie niepotrzebne myśli, chcąc w pełnym skupieniu wysłuchać wypowiedzi kobiety.
- Widzisz Collinie... Chodzi o twoją koleżankę, Isil... Widziałam, że siedzicie razem w ławce, więc pewnie dobrze się dogadujecie. Ale do rzeczy. Parę dni temu wydarzyła się okropna tragedia... Matka tej biednej dziewczyny zmarła - powiedziała w końcu, z trudem wypowiadając owe zdanie. - Co gorsza, wiąże się z tym wiele innych problemów - kontynuowała po krótkiej przerwie. - Isil nie ma ojca, ani żadnego innego opiekuna. Jest co prawda już pełnoletnia, ale w obecnej sytuacji nie ma kto opłacić jej pobytu w Akademii... To tylko jedna ze spraw... Nie chcę zawracać ci głowy tego typu rzeczami, a proszę jedynie, abyś... No wiesz, spróbował pomóc jej jakoś przez to przejść...
Stałem w osłupieniu jak przysłowiowy słup soli. Kompletnie nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Westchnąłem głęboko, masując się dłonią po karku.
- Porozmawiam z nią... Zrobię co w mojej mocy, żeby pomóc - zapewniłem wreszcie.
Moja wychowawczyni skinęła głową z wyraźną ulgą wymalowaną na twarzy. Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu znajomej szatynki. Po chwili ujrzałem ją nieco dalej, stojącą z twarzą ukrytą w drżących dłoniach. Podszedłem do dziewczyny, kładąc jej rękę na ramieniu. Isil gwałtownie odwróciła głowę, unosząc spojrzenie. Uśmiechnąłem się słabo, nie wiedząc, jak powinienem postąpić w obecnej sytuacji. Zapewnienie, że "wszystko będzie dobrze" nie wydawało się odpowiednią wypowiedzią. Bez dłuższego namysłu objąłem szatynkę ramieniem i bez słowa przytuliłem ją do siebie. Nie protestowała. Najpewniej nie miała na do ani ochoty, ani siły. Potrzebowała wsparcia, a ja nie byłem na chwilę obecną w stanie zrobić nic innego. Taki najprostszy gest współczucia.
- Chcesz o tym porozmawiać? - zapytałem, odsuwając się wreszcie od dziewczyny. - Mogę pomóc...
[ Isil? Kiepskie takie to... Nie wyszło T^T ]
czwartek, 8 czerwca 2017
Od Isil CD Collina
Chłopak musiał być bardzo dobry z francuskiego, bo bezbłędnie
odpowiedział na wszystkie zadane pytania. Odetchnęłam z ulgą. Ja też
mogłam mieć przez to kłopoty... W końcu Collin usiadł z powrotem.
-Na pewno nie chcesz tych żelków? -spytał.
Zawahałam się. Wiedziałam, że nie powinnam, ale... Chłopak musiał zobaczyć coś po mojej minie, bo z uśmiechem podał pod stołem paczkę. Poczęstowałam się jednym i oddałam.
-Dzięki... -szepnęłam tylko.
Pani w tym czasie skończyła lekcję i poinformowała nas o pracy w grupach. Pracy w grupach... Jak ja nienawidziłam pracy w grupach. I wycieczek szkolnych. No bo... Po co to komu? Odciąga od nauki, rozprasza, stresuje... Okropnie stresuje...
-Chodźmy zobaczyć ten projekt -uśmiechnął się do mnie Collin. To było dziwne. On się cały czas uśmiechał. Może jest na coś chory? Wstałam. Siedzący w ławce przed nami Michael odwrócił się akurat i zagwizdał.
-Naprawdę pracujecie razem? Zróbcie sobie zdjęcie, wyglądacie genialnie! -zaśmiał się i odszedł gdzieś z Czeslavem.
Westchnęłam i zdałam sobie sprawę, że mój ,,towarzysz’’ jest już pod tablicą. Przecisnęłam się do niego i spytałam:
-To jaki mamy temat?
<Collin? >
-Na pewno nie chcesz tych żelków? -spytał.
Zawahałam się. Wiedziałam, że nie powinnam, ale... Chłopak musiał zobaczyć coś po mojej minie, bo z uśmiechem podał pod stołem paczkę. Poczęstowałam się jednym i oddałam.
-Dzięki... -szepnęłam tylko.
Pani w tym czasie skończyła lekcję i poinformowała nas o pracy w grupach. Pracy w grupach... Jak ja nienawidziłam pracy w grupach. I wycieczek szkolnych. No bo... Po co to komu? Odciąga od nauki, rozprasza, stresuje... Okropnie stresuje...
-Chodźmy zobaczyć ten projekt -uśmiechnął się do mnie Collin. To było dziwne. On się cały czas uśmiechał. Może jest na coś chory? Wstałam. Siedzący w ławce przed nami Michael odwrócił się akurat i zagwizdał.
-Naprawdę pracujecie razem? Zróbcie sobie zdjęcie, wyglądacie genialnie! -zaśmiał się i odszedł gdzieś z Czeslavem.
Westchnęłam i zdałam sobie sprawę, że mój ,,towarzysz’’ jest już pod tablicą. Przecisnęłam się do niego i spytałam:
-To jaki mamy temat?
<Collin? >
środa, 7 czerwca 2017
Od Collina CD Mackenzie
Informacja od Collina
Na wstępie powiem, że nie mam teraz możliwości dopisywać regularnie. Cudem udało mi się znaleźć chwilę na napisanie tego opowiadania, dlatego też jest takie krótkie. Na szczęście od piątku wracam do regularnej aktywności.
Przewróciłem oczyma, podając dziewczynie 'skradziony' przedmiot.
- A co z wiankiem? - zapytała, unosząc jedną brew.
- Do twarzy mi z nim, więc jeszcze chwilę go sobie zachowam - wyszczerzyłem się.
Nieznajoma westchnęła z głęboko, z rezygnacją siadając pod drzewem. Oparła się plecami o twardą korę i bez dłuższego zwlekania postanowiła użyć inhalatora. Po krótkim namyśle zająłem miejsce obok białowłosej, opierając łokcie na miękkiej trawie.
- Lepiej? - spytałem, zerkając na nią wyczekująco.
Otrzymawszy twierdzącą odpowiedź w postaci skinienia głową, mimowolnie na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Cieszę się. Jestem Collin - przedstawiłem się, podając dziewczynie dłoń na powitanie.
Owy manewr jednak pozbawił mnie równowagi, przez co zaryłem twarzą w glebę. Wymamrotałem pod nosem kilka słów wyklinających grawitację, po czym podniosłem się do pozycji siedzącej i zacząłem masować obolałą szczękę. Poprawiłem jedną ręką kwiatowy wianek, upewniwszy się, że pozostał na swoim miejscu. Nieznajoma pokręciła z politowaniem głową, aczkolwiek z jej twarzy ciężko było odczytać jakiekolwiek emocje.
- To jak? Poznam wreszcie twoje imię? - zaśmiałem się, kiedy udało mi się już całkiem pozbierać z ziemi.
[ Mackenzie? ]
Na wstępie powiem, że nie mam teraz możliwości dopisywać regularnie. Cudem udało mi się znaleźć chwilę na napisanie tego opowiadania, dlatego też jest takie krótkie. Na szczęście od piątku wracam do regularnej aktywności.
Przewróciłem oczyma, podając dziewczynie 'skradziony' przedmiot.
- A co z wiankiem? - zapytała, unosząc jedną brew.
- Do twarzy mi z nim, więc jeszcze chwilę go sobie zachowam - wyszczerzyłem się.
Nieznajoma westchnęła z głęboko, z rezygnacją siadając pod drzewem. Oparła się plecami o twardą korę i bez dłuższego zwlekania postanowiła użyć inhalatora. Po krótkim namyśle zająłem miejsce obok białowłosej, opierając łokcie na miękkiej trawie.
- Lepiej? - spytałem, zerkając na nią wyczekująco.
Otrzymawszy twierdzącą odpowiedź w postaci skinienia głową, mimowolnie na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Cieszę się. Jestem Collin - przedstawiłem się, podając dziewczynie dłoń na powitanie.
Owy manewr jednak pozbawił mnie równowagi, przez co zaryłem twarzą w glebę. Wymamrotałem pod nosem kilka słów wyklinających grawitację, po czym podniosłem się do pozycji siedzącej i zacząłem masować obolałą szczękę. Poprawiłem jedną ręką kwiatowy wianek, upewniwszy się, że pozostał na swoim miejscu. Nieznajoma pokręciła z politowaniem głową, aczkolwiek z jej twarzy ciężko było odczytać jakiekolwiek emocje.
- To jak? Poznam wreszcie twoje imię? - zaśmiałem się, kiedy udało mi się już całkiem pozbierać z ziemi.
[ Mackenzie? ]
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Od Collina CD Isil
Uśmiechnąłem się szeroko, skinąwszy delikatnie głową.
- Byłoby mi naprawdę miło - przyznałem, zerkając na szatynkę. - Chętnie przeczytam jakąś dobrą książkę...
Naszą rozmowę przerwał donośny dźwięk szkolnego dzwonka, niosący się echem po korytarzu. Skrzywiłem się nieznacznie, gdyż bębenki w moich uszach wyraźnie nie były zadowolone z owego przeraźliwie głośnego odgłosu. Zarówno ja, jak i Isil wstaliśmy niemalże równocześnie, przez co ukazała się nasza różnica wzrostu. Dziewczyna uniosła zszokowana głowę, aby móc mi się lepiej przyjrzeć. Ja natomiast spoglądałem na nią z góry, co musiało wprawić ją w lekkie zakłopotanie. Wśród reszty uczniów stojących za nami rozległ się wesoły szmer, dotyczący zapewne naszej dwójki. ,,Widzicie to? Ale się dobrali!" czy ,,Między nimi jest chyba z pół metra różnicy!" Isil wbiła wzrok w ziemię, czerwieniąc się jak przysłowiowy burak. Wreszcie weszliśmy do sali i ponownie zajęliśmy swoje miejsca. Francuski. Na luzie, potrafię biegle posługiwać się tym językiem od dawna, więc na tych lekcjach mogę sobie spokojnie wyluzować. Dyskretnie wyciągnąłem z plecaka paczkę żelków i wziąłem jednego do ust. Ukrywając jedzenie pod ławką, zwróciłem się do mojej 'współlokatorki'.
- Chcesz? - szepnąłem, potrząsając dla zachęty opakowaniem.
Isil zrobiła wielkie oczy, patrząc na mnie z niedowierzaniem. To aż taka rzadkość tutaj?
- Będziemy mieli kłopoty... - pisnęła.
- Conner! - usłyszałem nagle głos nauczyciela. - Może zechciałbyś zdradzić nam ile nauczyłeś się z dzisiejszej lekcji, co?
Kątem oka dostrzegłem spanikowane spojrzenie ciemnowłosej. Bez dłuższego zwlekania podniosłam się z miejsca i bez trudu odpowiedziałem na wszystkie pytania nauczyciela.
- O proszę, czyli jednak źle cię oceniłem - mruknął z uśmiechem oraz nutą podziwu w głosie. - No dobrze, kontynuujemy lekcję. Na przyszły tydzień macie przygotować projekt, szczegóły są zapisane na tablicy. Radzę szybko przepisywać, żeby nie było żadnych wątpliwości. Dobierzcie się w pary, tak jak siedzicie - zarządził, po czym równo z dzwonkiem na przerwę zaczął pakować swoje graty do teczki.
< Isil? >
- Byłoby mi naprawdę miło - przyznałem, zerkając na szatynkę. - Chętnie przeczytam jakąś dobrą książkę...
Naszą rozmowę przerwał donośny dźwięk szkolnego dzwonka, niosący się echem po korytarzu. Skrzywiłem się nieznacznie, gdyż bębenki w moich uszach wyraźnie nie były zadowolone z owego przeraźliwie głośnego odgłosu. Zarówno ja, jak i Isil wstaliśmy niemalże równocześnie, przez co ukazała się nasza różnica wzrostu. Dziewczyna uniosła zszokowana głowę, aby móc mi się lepiej przyjrzeć. Ja natomiast spoglądałem na nią z góry, co musiało wprawić ją w lekkie zakłopotanie. Wśród reszty uczniów stojących za nami rozległ się wesoły szmer, dotyczący zapewne naszej dwójki. ,,Widzicie to? Ale się dobrali!" czy ,,Między nimi jest chyba z pół metra różnicy!" Isil wbiła wzrok w ziemię, czerwieniąc się jak przysłowiowy burak. Wreszcie weszliśmy do sali i ponownie zajęliśmy swoje miejsca. Francuski. Na luzie, potrafię biegle posługiwać się tym językiem od dawna, więc na tych lekcjach mogę sobie spokojnie wyluzować. Dyskretnie wyciągnąłem z plecaka paczkę żelków i wziąłem jednego do ust. Ukrywając jedzenie pod ławką, zwróciłem się do mojej 'współlokatorki'.
- Chcesz? - szepnąłem, potrząsając dla zachęty opakowaniem.
Isil zrobiła wielkie oczy, patrząc na mnie z niedowierzaniem. To aż taka rzadkość tutaj?
- Będziemy mieli kłopoty... - pisnęła.
- Conner! - usłyszałem nagle głos nauczyciela. - Może zechciałbyś zdradzić nam ile nauczyłeś się z dzisiejszej lekcji, co?
Kątem oka dostrzegłem spanikowane spojrzenie ciemnowłosej. Bez dłuższego zwlekania podniosłam się z miejsca i bez trudu odpowiedziałem na wszystkie pytania nauczyciela.
- O proszę, czyli jednak źle cię oceniłem - mruknął z uśmiechem oraz nutą podziwu w głosie. - No dobrze, kontynuujemy lekcję. Na przyszły tydzień macie przygotować projekt, szczegóły są zapisane na tablicy. Radzę szybko przepisywać, żeby nie było żadnych wątpliwości. Dobierzcie się w pary, tak jak siedzicie - zarządził, po czym równo z dzwonkiem na przerwę zaczął pakować swoje graty do teczki.
< Isil? >
niedziela, 4 czerwca 2017
Od Isil CD Collina
Dzwonek. W końcu przerwa. Chłopak, który obok mnie usiadł, bardzo szybko
spakował się i wyszedł z sali. Odetchnęłam. Wciąż byłam trochę zła na
panią, że go usadziła koło mnie. Naprawdę, żaden chłopak nie siedział
sam? No cóż, tak przynajmniej miała pewność, że nie będzie z nikim
gadał. Zaśmiałam się cicho z goryczą, złapałam swoje rzeczy i ruszyłam
na korytarz. Usiadłam na jakiejś wolnej ławce i szybko wyciągnęłam z
plecaka lekturę. Od razu odpłynęłam.
-Co czytasz? -usłyszałam po chwili obok siebie jakiś męski głos.
Podskoczyłam i spojrzałam w prawo, delikatnie się odsuwając. Zobaczyłam tego chłopaka... Collina chyba. Tak się zaczytałam, że nie zauważyłam, jak podchodził i usiadł.
-Dlaczego o to pytasz? -spytałam nieśmiało.
-A dlaczego miałbym nie pytać? -odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Silmarilion -poddałam się.
-Ciekawe? -drążył.
-Bardzo! -powiedziałam z delikatnym uśmiechem. Collin trafił w jedyny temat, który mógł mnie zmusić do mówienia. O książkach potrafiłam się rozwodzić godzinami, bez względu na to, czy ktoś mnie słuchał. -Tolkien był geniuszem. A tak okropnie wielu ludzi go krytykuje... Mówią, że to nie do końca książka, a bardziej zlepek opowiadań. A przecież te wszystkie opowieści łączą się ze sobą, tworząc jedna długą historię. Oni myślą, że bohaterem książki powinien być człowiek... Ale przecież nikt nie powiedział, że głównym bohaterem nie może być świat!
Chłopak popatrzył na mnie trochę zszokowany. Raczej nie tego się spodziewał.
-Wybacz... -speszyłam się trochę.
-Nic nie szkodzi! -uśmiechnął się szeroko. -Ta książka jest w bibliotece? Chętnie wypożyczę, skoro tak zachwalasz.
-Nie wiem. Ja mam swoją. Ale już kończę i mogę pożyczyć, jak coś...
<Collin? TEGO WYWODU SIĘ NIE CZYTA! Musiałam tam coś napisać, a nie miałam pomysłu, więc powypisywałam jakieś głupoty. Na niby rozwodzi się nad czymś mądrzejszym. :P>
-Co czytasz? -usłyszałam po chwili obok siebie jakiś męski głos.
Podskoczyłam i spojrzałam w prawo, delikatnie się odsuwając. Zobaczyłam tego chłopaka... Collina chyba. Tak się zaczytałam, że nie zauważyłam, jak podchodził i usiadł.
-Dlaczego o to pytasz? -spytałam nieśmiało.
-A dlaczego miałbym nie pytać? -odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Silmarilion -poddałam się.
-Ciekawe? -drążył.
-Bardzo! -powiedziałam z delikatnym uśmiechem. Collin trafił w jedyny temat, który mógł mnie zmusić do mówienia. O książkach potrafiłam się rozwodzić godzinami, bez względu na to, czy ktoś mnie słuchał. -Tolkien był geniuszem. A tak okropnie wielu ludzi go krytykuje... Mówią, że to nie do końca książka, a bardziej zlepek opowiadań. A przecież te wszystkie opowieści łączą się ze sobą, tworząc jedna długą historię. Oni myślą, że bohaterem książki powinien być człowiek... Ale przecież nikt nie powiedział, że głównym bohaterem nie może być świat!
Chłopak popatrzył na mnie trochę zszokowany. Raczej nie tego się spodziewał.
-Wybacz... -speszyłam się trochę.
-Nic nie szkodzi! -uśmiechnął się szeroko. -Ta książka jest w bibliotece? Chętnie wypożyczę, skoro tak zachwalasz.
-Nie wiem. Ja mam swoją. Ale już kończę i mogę pożyczyć, jak coś...
<Collin? TEGO WYWODU SIĘ NIE CZYTA! Musiałam tam coś napisać, a nie miałam pomysłu, więc powypisywałam jakieś głupoty. Na niby rozwodzi się nad czymś mądrzejszym. :P>
sobota, 3 czerwca 2017
Od Collina
Z rozmachu rzuciłem walizkę w kąt pokoju, aby zwolnić jedną rękę.
Ostrożnie odłożyłem na podłogę resztę bagaży, zwinnie wymijając przy tym
plączącą się na podłodze kulkę sierści, będącą moim kotem. Usiadłem na
łóżku, opierając głowę o ścianę. Wbiłem wzrok w pusty sufit, po czym
przymknąłem delikatnie powieki. Przeprowadzka już prawie dobiegła końca.
Umeblowałem swoje nowe mieszkanie, rozpakowałem większą część swoich
rzeczy, załatwiłem wszystkie papiery do Akademii Green Heels. Jutro mój
pierwszy dzień w nowej szkole. Zerknąłem na zegar naścienny, wiszący na
przeciwległej ścianie. Wskazówka powoli dobijała do północy. Na ogół
kładę się spać znacznie później, jednak jutro, a raczej dzisiaj, czeka
mnie naprawdę ciężki dzień. Wziąłem szybki prysznic, chcąc uwolnić się
od natłoku emocji. Ciepła woda działała na mnie kojąco. Po kąpieli bez
dłuższego namysłu rzuciłem się na łóżko. Wtuliłem głowę w poduszkę,
zamykając oczy. Nie minęło zbyt wiele czasu, kiedy dobrowolnie oddałem
się w objęcia Morfeusza.
Obudziły mnie pierwsze promienie słońca, rozpoczynającego właśnie swoją codzienną wędrówkę o błękitnym niebie. Leniwie uniosłem powieki, z lekkim trudem podnosząc się do pozycji siedzącej. Zerknąłem na zegar. Jak się okazało, wstałem pół godziny przed budzikiem. Poczułem delikatny dreszczyk satysfakcji. Wreszcie udało mi się przechytrzyć to diabelskie urządzenie. Zwlekłem się z łóżka, po czym pomaszerowałem do łazienki, gdzie wypełniłem wszystkie podstawowe elementy porannej rutyny. Przerzuciłem przez ramię torbę z książkami, a następnie bez dłuższego zwlekania wyszedłem z mieszkania. Budynek szkoły mieścił się zaledwie parę parkowych alejek dalej. Przebrnąłem przez dziedziniec pełen uczniów, przemknąłem równie zatłoczonym korytarzem, aż wreszcie dotarłem do odpowiedniej sali, dopadając do drzwi niemalże równo z dzwonkiem. Uczniowie zajęli swoje miejsca. Rozejrzałem się dookoła. Pomieszczenie nie było zbyt duże, wszyscy siedzieli parami. Na pierwszy rzut oka nie było już wolnych krzeseł. Wtem poczułem czyjś dotyk na ramieniu.
- Collin, prawda? - usłyszałem życzliwy głos mojej nauczycielki. - Może usiądź... O, obok Isil - powiedziała, wskazując wolne miejsce obok szatynki.
Skinąłem głową i usiadłem w ostatniej ławce obok zaskoczonej dziewczyny. Uśmiechnąłem się do niej ciepło.
- Hej - przywitałem się. - Jestem Collin.
- Isil... - odparła szeptem, jak się później okazało, po raz ostatni w ciągu tej godziny.
Większość lekcji spędziłem na bezceremonialnym przygrywaniu ołówka i nuceniu pod nosem ulubionej piosenki. Od czasu do czasu zdarzyło mi się zerknąć na nową znajomą. Isil wydawała się potwornie spięta. W końcu donośny dźwięk dzwonka oznajmił przerwę. Wstałem ze swojego miejsca, wychodząc z sali. W międzyczasie mój wzrok jeszcze raz wylądował na szatynce, przez co mimowolnie uśmiechnąłem się szeroko. W porównaniu do mnie ona była... Niziutka. Oparłem łokcie na parapecie, wyglądając przez okno. Chwilę później również ta czynność zaczęła mnie nudzić, toteż wróciłem pod klasę. Na ławeczce przy drzwiach siedziała Isil, pogrążona w lekturze jakiejś książki. Bez zastanowienia zająłem miejsce obok niej.
- Co czytasz? - zapytałem, zwracając tym samym na siebie uwagę dziewczyny.
< Isil? >
Obudziły mnie pierwsze promienie słońca, rozpoczynającego właśnie swoją codzienną wędrówkę o błękitnym niebie. Leniwie uniosłem powieki, z lekkim trudem podnosząc się do pozycji siedzącej. Zerknąłem na zegar. Jak się okazało, wstałem pół godziny przed budzikiem. Poczułem delikatny dreszczyk satysfakcji. Wreszcie udało mi się przechytrzyć to diabelskie urządzenie. Zwlekłem się z łóżka, po czym pomaszerowałem do łazienki, gdzie wypełniłem wszystkie podstawowe elementy porannej rutyny. Przerzuciłem przez ramię torbę z książkami, a następnie bez dłuższego zwlekania wyszedłem z mieszkania. Budynek szkoły mieścił się zaledwie parę parkowych alejek dalej. Przebrnąłem przez dziedziniec pełen uczniów, przemknąłem równie zatłoczonym korytarzem, aż wreszcie dotarłem do odpowiedniej sali, dopadając do drzwi niemalże równo z dzwonkiem. Uczniowie zajęli swoje miejsca. Rozejrzałem się dookoła. Pomieszczenie nie było zbyt duże, wszyscy siedzieli parami. Na pierwszy rzut oka nie było już wolnych krzeseł. Wtem poczułem czyjś dotyk na ramieniu.
- Collin, prawda? - usłyszałem życzliwy głos mojej nauczycielki. - Może usiądź... O, obok Isil - powiedziała, wskazując wolne miejsce obok szatynki.
Skinąłem głową i usiadłem w ostatniej ławce obok zaskoczonej dziewczyny. Uśmiechnąłem się do niej ciepło.
- Hej - przywitałem się. - Jestem Collin.
- Isil... - odparła szeptem, jak się później okazało, po raz ostatni w ciągu tej godziny.
Większość lekcji spędziłem na bezceremonialnym przygrywaniu ołówka i nuceniu pod nosem ulubionej piosenki. Od czasu do czasu zdarzyło mi się zerknąć na nową znajomą. Isil wydawała się potwornie spięta. W końcu donośny dźwięk dzwonka oznajmił przerwę. Wstałem ze swojego miejsca, wychodząc z sali. W międzyczasie mój wzrok jeszcze raz wylądował na szatynce, przez co mimowolnie uśmiechnąłem się szeroko. W porównaniu do mnie ona była... Niziutka. Oparłem łokcie na parapecie, wyglądając przez okno. Chwilę później również ta czynność zaczęła mnie nudzić, toteż wróciłem pod klasę. Na ławeczce przy drzwiach siedziała Isil, pogrążona w lekturze jakiejś książki. Bez zastanowienia zająłem miejsce obok niej.
- Co czytasz? - zapytałem, zwracając tym samym na siebie uwagę dziewczyny.
< Isil? >
Subskrybuj:
Posty (Atom)
