środa, 24 maja 2017
Od Michaela CD Anny
Otwierając drzwi do pokoju, przyrzekłem sobie w duchu, że następnym razem nie zapomnę. Ale dobre pytanie, kiedy w sumie się spotkamy następnym razem. Akademia była ogromna, a ja, jako osoba bynajmniej nie grzesząca zbyt dobrą pamięcią do twarzy, każdego dnia miałem wrażenie, że trzy czwartych twarzy, które mijam na korytarzu, jest zupełnie nowych. Równocześnie jednak byłem pewien, że Annę rozpoznam - w końcu nie będzie już kolejną anonimową osobą przewijającą się jak klatka filmu. Kiedyś trzeba ją będzie namówić na to, żeby godziła się pozować do obrazu. Może portretu? Miałem mnóstwo pomysłów, jak mógłbym wykorzystać moje skojarzenie drobnej dziewczyny z krukami.
Skrzyp! Zaalarmowany nagłym dźwiękiem, odwróciłem głowę w kierunku okna, skąd dobiegał hałas - na wąskim parapecie przysiadł czarnopióry ptak, wpatrując się we mnie paciorkowatymi oczami błyszczącymi inteligencją. Na oko zwierz zdawał się być nieco większy od swoich pobratymców - łebkiem sięgał niemal do połowy okna, a licząc od twardego dzioba do błyszczącego ogona, zajmował niemal cały parapet. Drapał pazurzastą łapą biały tynk, patrząc a to na mnie, a to na niebo, jakby próbował zdecydować się, co robić. Nie, to złe słowo - on wiedział doskonale, co chce zrobić. Spoglądał tylko w moją stronę z pewną wyższością. Gdyby mógł mówiąc, z pewnością byłaby to jakaś sarkastyczna uwaga. Na przykład o moich wątpliwych umiejętnościach latania.
Zgarnąłem z miski resztki bułki, jaką skubnęła wcześniej Immi. Wolno jąłem podchodzić w stronę kruka, ostrożnie stawiając kroki, by nie spłoszyć ptaka. Ten jednak, całkowicie niewzruszony, czekał na mnie. Kiedy jednak zacząłem otwierać okno, spojrzał na mnie i okruszki - dałbym sobie rękę uciąć - z pogardą i zaskrzeczał z oburzeniem, bo czym rozłożył duże, czarne jak noc skrzydła i po chwili był już tylko plamką na tle nieboskłonu. Obserwowałem go, póki całkowicie nie zniknął mi z oczu, a kotka, dotąd skryta w cieniu krzesła, teraz wspięła się na parapet po mojej stronie i razem ze mną utkwiła oczy gdzieś daleko. Mechanicznie zacząłem głaskać jej aksamitną, białą sierść, tak odmienną od kruczych skrzydeł. Mimo, że po drugiej stronie nikogo nie było, rozsypałem tam okruchy. Może potem znajdą się na mnie jakiś gołębi amatorzy.
Wyprostowałem rękę, a drugą położyłem na łokieć, przeciągając się. Może wreszcie się trochę pouczę, skoro na jutro mamy zapowiedzianą klasówkę z geografii, a ja obiecałem mamie, że w tej szkole nie będę olewał lekcji. Przynajmniej większości. Tęsknie spojrzałem na płótno i farby ułożone obok. Dziś raczej nie zrobię z nich użytku.
Zanim jednak zdążyłem wyciągnąć podręcznik, zza uchylonego okna ponownie rozległ się szum skrzydeł. Zaintrygowany, uniosłem wzrok - może to gołębi dostrzegły okruszyny? O dziwo jednak, przysiadł tam kruk. Byłem niemal pewien, że to ten sam, co wcześniej - miał dość podobne wymiary, co poprzedni. Spojrzał na kawałki bułki, ale nie sięgnął po nie. W sumie, było to do przewidzenia. Dumna bestia. Podniosłem się, odkładając podręcznik i siadając za stołek przed płótnem, po czym ująłem pędzel. Rzadko kiedy malowałem jakieś zwierzęta, oczywiście, poza Immi. Kruk nie poruszał się za dużo, jakby doskonale wiedział, o co mi chodzi. Co jakiś czas nawet zamachiwał się skrzydłami, dlatego właśnie w takiej pozie go uwieczniłem. Kiedy skończyłem, byłem cały umazany farbą, ale zadowolony z efektów. Rozmyty obraz czarnopiórego zwierzęcia wyglądającego, jakby za chwilę miał odlecieć, został utrwalony na płótnie. Usłyszałem zniecierpliwiony skrzek i ptak odleciał, pozostawiając na parapecie jedno, spore pióro, które zaraz wniosłem do pokoju. Całkiem ładne.
Zerknąłem na zegar. Pora kolacji, dziwnie szybko zleciało, a to znaczyło, że nad książką pewnie posiedzę później. Jak informował mnie burczący żołądek, chwilowo moim priorytetem było jedzenie.
< Anna? Przepraszam, że dopiero odpisuję, no i że opko takie nijakie - wena postanowiła ogłosić protest >
niedziela, 7 maja 2017
Od Anny CD Michaela
- Poczytał, popatrzył, podziękował i upomniał – odpowiedziałam Micheal'owi, który stał pod ścianą, na moje przyjście odsunął się od niej. Jestem ciekawa, czy coś chce ode mnie, czy po prostu najzwyczajniej w świecie nie ma nic lepszego do roboty, jak łażenie za mną. Gdyby nie fakt, że nie mogę bić ludzi za wcześniejsze przewinienia, pewnie on by wylądował na ten liście osób, które z chęcią bym skrzywdziła. Ale po części nie mam za co, w końcu pożyczył mi książkę, w której wszystko było, a ja nie musiałam się męczyć z szukaniem konkretnych informacji w tej grubej książce z biblioteki.
- O co upomniał? - zapytał zaciekawiony chłopak. Ruszyłam w kierunku swojego pokoju, a Michael nie wiadomo po co poszedł za mną.
- Abym się nie biła na lekcjach - schowałam ręce do kieszeni, mówiąc to zgryźliwie. Jak go miałam nie kopnąć, skoro mi przeszkadzał i ciągle kopał w krzesło? Nauczyciele są na prawdę głupi! Wszystkim wierzą, tylko nie mi. No dobra, rozumiem, ze mają powody, bo to zawsze ja się ze wszystkimi biłam, ale czasem mogliby spojrzeć na sytuację jakimś innym sposobem i albo ukarać obie strony, albo pozwolić się pobić, tak jak to kiedyś robił mój ojciec: kiedy biłam się z jakimś sąsiadem, zapraszał nas to garażu i tam się kazał nawalać. To było bardzo ciekawe wychowanie, co ciekawsze, dzięki czemuś takiemu coraz rzadziej wpadałam w kłopoty, bo ja potrafiłam się opanować, a inny ludzie po części bali się mojego ojca.
- Gdzie teraz idziesz? - zapytał. Przeszłam przez cały korytarz ignorując wszystkich, którzy przez niego szli i czasem na mnie wpadali. czy ja jestem aż taka mała? Tak czy siak glany dodają mi te dwa centymetry, tyle dobrego.
- Do pokoju - skierowałam się na schody ignorując chłopaka, który dalej za mną lazł. Jak tak dalej pójdzie, to sama go zwale ze schodów mówiąc, że o coś się potknął, a ja go niby nie zdążyłam złapać, chociaż w rzeczywistości pewnie bym na niego nie zwróciła uwagi. Po za tym nic z tych rzeczy nie było potrzebne, ponieważ kiedy doszłam na korytarz z pokojami, on się ulotnił. Odetchnęłam z ulgą i szybko skierowałam się do swojego pokoju, nim by się znowu pojawił obok mnie i niepotrzebnie zawracał tyłek.
Weszłam do pokoju zamykając się na klucz, po czym opadłam bez sił na łóżko. Leżałam tak parę minut, aż udało mi się z niego wyleźć i włączyć laptopa. Włączyłam na słuchawkach swoje zespoły i sprawdzałam nowości.
<Michael? Brak czasu i weny>
piątek, 5 maja 2017
Od Michaela CD Anny
- Nie ma za co. Ja z kolei dziękuję za muzykę. Nieźli byli ci...- przez chwilę szukałem w pamięci nazwy grupy- coś chyba raz śpiewali o legendach czy coś.
- Fall Out Boy?- mruknęła.- Pewnie o nich ci chodzi, ale lepiej wsłuchuj się w tekst na przyszłość.
- Aye, proszę pani!- w myślach zanotowałem sobie, by ich posłuchać. Całkiem ciekawe brzmienie mieli, a mi przyda się jakaś odmiana od pianina. Immi jakoś to może przeżyje, chociaż obstawiałem, że jeśli nie użyję słuchawek, swoim głośnym miauczeniem pełnym pretensji zagłuszy muzykę. Księżna z krwi i kości, gdybym wierzył w reinkarnację, bez dwóch zdań bym stwierdził, że w poprzednim cieleniu musiała żyć na dworze. Kto wie, może nawet jako cesarzowa?
Anna odwróciła lekko głowę, spoglądając na mnie.
- Poradzę sobie sama.
- Nie wątpię!- doskoczyłem do dziewczyny, równając z nią krok.- Ale wolę się upewnić, że cała zdrowa i w jednym kawałku trafisz pod właściwe drzwi!
Uśmiechnąłem się pod nosem na widok reakcji Anny, ale nie odpuściłem. Jasne, być może do granic możliwości irytowałem ją swoją osobą i w sumie nic dziwnego, Mariś często narzekała, że jestem najbardziej wnerwiającym braciszkiem na świecie. Ciekawe, jak radzi sobie w szkole, tak ogółem, strasznie się stresowała przed pierwszym dniem, ale kiedy już wróciła... na wszystkie świętości, rozgadała się jak nigdy i mówiła więcej, niż ja sam. Ale cieszyłem się z tego, z przyjemnością słuchałem siostrzyczki. To było po prostu urocze, kiedy tak z przejęciem opowiadała, jak niejaki David uśmiechał się do niej przez całą lekcję i podarował jej dużą, mleczną czekoladę z okazji jej urodzin, które przypadały właśnie na dzień rozpoczęcia roku szkolnego. "Mały romantyk, pilnuj go sobie!", skomentowała ze śmiechem mama, zajęta wtedy obieraniem ziemniaków na obiad.
Nie mogłem się już doczekać, kiedy przyjadę do domu, choć na kilka dni. Wiedziałem jednak, że jeszcze trochę sobie poczekam, w końcu niedawno przyjechałem.
Anna w końcu zatrzymała się pod jakimiś drzwiami.
- To tutaj- powiedziała.
- Rozumiem- uśmiechnąłem się szeroko.- Poczekać może na ciebie?
- Nie trzeba- energicznie zapukała po dwakroć i weszła, nie czekając na "proszę" po drugiej stronie - w sumie, mało kto tak robił, bo zazwyczaj i tak mało co było słychać. Przez kilka dobrych chwil stałem tak, oparty luźno o kremową ścianę. Taksowałem wzrokiem dyplomy na niej zawieszone. Za pierwsze miejsce w zawodach pływackich, wyróżnienie w konkursie recytatorskim, za udział w przeglądzie grup tanecznych, druga nagroda w konkursie na najlepszy pejzaż jesienny. O, to może być ciekawe. Zawiesiłem nieco dłużej wzrok na papierze i o mało nie zakrztusiłem się własną śliną. ozdobną, czarną kursywą były tam wypisane personalia laureata: "Michael Rosenthal". Hm, nazwisko mam dość rzadkie, a w żadnym konkursie udziału jeszcze nie wziąłem. Może dziadek tu chodził? W duchu obiecałem sobie wspomnieć o tym w następnym liście do niego.
Skrzypnięcie drzwi. Odwróciłem wzrok w tamtą stronę - Anna wyszła na korytarz, biorąc głęboki wdech. Zaciekawiony, odbiłem się stopą od ściany i podszedłem do niej.
- Jak poszło?
< Anna? >
niedziela, 30 kwietnia 2017
Od Anny CD Michaela
- Nie mów w ten sposób do mnie – poradziłam mu. Spojrzał na mnie wzrokiem, z którym spotykam się codziennie, ale u niego szybko on minął. Jakby próbował to wszystko ignorować. Jeśli mu się uda i nie pęknie, tak jak każdy, że ma już dosyć moich odzywek i charakteru, będę z niego dumna. A tak na prawdę stwierdzę, że nie wszyscy są tak słabi.
- Anna? - zapytał, a ja pokręciłam głową otwierając książkę na pierwszej stronie. Sprawdziłam spis treści, aż udało mi się znaleźć odpowiedni wiek. Sprawdziłam stronę i zaczęłam przelatywać przez kartki szukając odpowiedniej strony.
- Nie. Chodzi mi o takie optymistyczne podejście. To denerwujące - powiedziałam całkowicie bez uczuć i nawet nie zwracając już na chłopaka uwagę. Tak, jakbym mówiła sama do siebie, a jego tu wcale nie było. Temat, pod którym znajdowały się wojny Francuskie nazywał się "Będąc wszystkim". Zgadzam się z tą nazwą, Francja była wszystkim po kolei, jakby szukała sobie odpowiedniego ustroju. W rzeczywistości żaden z nich nie był dobry, nawet ten, który powinien, w ręku ich władców okazał się beznadziejny. Bynajmniej to jest moja opinia. - Do kiedy mogę przetrzymać książkę? - zapytałam wertując słowa i szukając odpowiednich haseł, jak "wojna". Chłopak chwilę myślał, jakby znowu się nad czymś rozmarzył, albo nie chciał odpowiadać.
- W sumie to nie wiem, nie pamiętam planu. Ale może ci pomóc? - zaproponował, ale ja pokręciłam przecząco głową.
- Poradzę sobie - odpowiedziałam. Wyjęłam z torby piórnik.
- Na pewno? - czyli co? Będzie się upierał, aż zgodzę? W sumie...
- Dobra, jeśli chcesz pomóc - wstałam z krzesła. - posiedź tutaj i popilnuj rzeczy. Ja muszę iść po dużą kartkę - dokończyłam i nie czekając na jego słowa ruszyłam w kierunku wyjścia.
Szybko znalazłam sekretariat, tam byłam parę sekund, wzięłam tylko potrzebną mi kartkę A3 i zaczęłam wracać do biblioteki dość szybko. Nie chodziło o to, że nie chciałam, aby chłopak siedział długo sam. Ja po prostu chciałam jak najszybciej skończyć ten cholerny plakat i wrócić sobie do pokoju.
Michael spokojnie siedział na krześle sprawdzając strony w swojej książce. Kiedy mnie zobaczył zostawił ją na odpowiedniej stronie. Położyłam na stół biała kartkę, po czym powyjmowałam cztery zeszyty z torby, które położyłam na wszystkich końcach kartki, aby przypadkiem mi się nie zwinęła w rulonik, kiedy będę na niej pisać, aby wszystko mi się zepsuło.
- To jak? Może coś jeszcze pomóc? - zaproponował, a ja pokręciłam głową. Chłopak westchnął, ale mimo to siedział. - Poczekam, aż skończysz. Bynajmniej nie będziesz musiała się trudzić, żeby mi potem oddać książkę - nie mam pojęcia, czy po prostu nie miał co robić i mówił to w miły sposób, czy chciał mi dogryźć, że jestem leniwa. Nie spojrzałam na niego, tylko wyjęłam z torby telefon i słuchawki do uszne. Podłączyłam kabel do telefonu i miałam już zamiar włożyć obie słuchawki do uszu, kiedy przypomniałam sobie o chłopaku. Chwilę się mnie ruszałam, jakby mnie coś zmroziło, aż w końcu rzuciłam w jego stronę jedną słuchawkę i jakby nigdy nic włożyłam drugą do swojego ucha.
- Chyba ci uszy nie będą krwawić - powiedziałam bardziej sama do siebie włączając na początku Nirvanę. Za trzy pionki włączy się System of a Down, a potem jeśli starczy czasu posłucham jeszcze Fall Out Boy. Jedne z lepszych zespołów na mojej komórce jak i z tych, które znałam.
Wetknęłam nos w książkę i zaczęłam czytać. Na górze kartki napisałam dużymi ozdobnymi literami "Wojny Francji", po czym zaczęłam pisać to, co znajdowało się w książce. Niestety wszystko było długie i nie miałam ochoty tego przepisywać, dlatego wszystko skracałam. Dopiero w ostatniej wojnie miałam problemy, a nie miałam ochoty zaglądać co raz do książki, po zapomniałam, co mam dalej napisać.
- Czytaj mi to - dałam chłopakowi książkę. On czytał, a ja szybko pisałam słowo w słowo. Jeśli się pomylił, ukatrupię go. Kiedy skończył, podpisałam się na samym dole, po czym zwinęłam kartkę w rulon. Zabrałam słuchawki, zeszyty i resztę, co leżało na stole, po czym oddałam chłopakowi książkę. - Dzięki - mruknęłam nieco niewyraźnie. Nie lubiłam tego słowa. Zarzuciłam torbę na ramię i zabierając swój plakat ruszyłam do nauczycielki, aby jej to oddać.
<Michael? Wiem, nudne...>
środa, 26 kwietnia 2017
Od Michaela CD Anny
W duchu cicho westchnąłem, usiłując przypomnieć sobie, co właściwie skrywają czeluści mojego plecaka. Tak właściwie, to jakie lekcje w ogóle miałem? Dobrą chwilę trwało, zanim nie przypomniałem sobie, że przecież na tuż przed najdłuższą przerwą, musiałem pisać na tablicy jakieś daty. Tak, chodziło na pewno o historię, więc i podręcznik do niej powinienem mieć przy sobie, może i zeszyt się nawet znajdzie.
- Tak się składa, że mam- odparłem, ignorując sarkastyczny ton wypowiedzi dziewczyny.- Więc dzisiaj zostaniesz uratowana!
- Książę na białym koniu się znalazł- prychnęła, wyciągając rękę, z której sposobu ułożenia - wewnętrzna strona skierowana w górę - wywnioskowałem, iż chce, abym podał jej książkę. Niezrażony, uścisnąłem lekko wyciągniętą dłoń.
- Michael, miło mi!
Spojrzała na mnie wyczekująco, jednak ona również milczała, zacięcie mierząc mnie spojrzeniem, które mogłoby kroić chleb.
- Anna- warknęła w końcu.
Uśmiechnąłem się szeroko, po czym w końcu puściłem jej dłoń, zaskakująco ciepłą. Swoją chłodną postawą, częściowo nawet wyglądem, przypominała mi Akashi'ego, tyle że w wydaniu żeńskim i nieco mniejszym. Byłem jednak pewien, że zarówno ona, jak i on, kryją w sobie pokłady serdeczności. Nawet kiedy patrzyła na mnie, jakbym irytował ją do granic możliwości, jej oczy nie przypominały lodu. Albo ta sytuacja z rana, kiedy przeganiała chłopaków dręczących kruki - mimo wszystko, jej motywy były szlachetne, chociaż wykonanie dość... hm, brutalne? Z drugiej strony, zastanowiłem się, jak sam bym zareagował, gdyby ktoś zaatakował Immi. Albo, nie daj Boże, Marianne. Krew zawrzała mi w żyłach na samą myśl o tym, że ktoś mógłby choć pchnąć mocniej te dwie kochane, nawet jeśli momentami złośliwe istotki. Tak, zdecydowanie nie dziwiłem się reakcji dziewczyny.
Zdjąłem z ramion znoszony już nieco plecak, muskając palcem zdjęcie siostry ukryte w wewnętrznej kieszonce. W końcu natrafiłem na sporych rozmiarów podręcznik, a także stojący obok niego zeszyt. Rzuciłem wszystko na stół stojący obok i gestem wskazałem dziewczynie, by usiadła na wolnym krześle. Przewróciła oczami, ale klapnęła lekko na siedzisko, a ja po chwili przysunąłem sobie kolejne z pozapisywanymi, nieznanymi mi imionami i obklejone jakimiś małymi obrazkami, podobnymi do tych, jakie można znaleźć w paczkach chipsów. Najwyraźniej miało już swoje lata, ale osobiście całkiem takie lubiłem. Ba, kiedyś nawet namalowałem przynajmniej dwa obrazy, gdzie na główny plan wysuwały się właśnie takie typowo szkolne meble. Nie pamiętałem już, o co dokładniej mi chodziło, chyba o coś z końcem roku szkolnego i klasą, która opuszczała już na zawsze ową placówkę, by podjąć edukację w nowym miejscu. Hm, chyba nawet namalowałem je w przerwie, kiedy miałem pójść do liceum. Pamiętam, że byłem wtedy dość przygnębiony po rozstaniu ze szkolnymi kolegami, z którymi, mimo wszystko, zżyłem się dość mocno przez dziewięć lat. Rzecz jasna, z częścią nadal utrzymywałem słaby kontakt, a kiedy jeszcze mieszkałem w Niemczech, co jakiś czas się nawet spotykaliśmy, ale mimo wszystko, kiedy zostaliśmy wrzuceni w wir nowych doświadczeń w liceum - nowi znajomy, nawał nauki, coraz poważniejsze rozmyślania o przyszłości - nasze relacje nieco się zatarły, a odkąd wyjechałem tutaj, brakowało mi już tej bliskości, świadomości, że wystarczy przejść przez kilka przecznic, by się spotkać w niektórymi. Ciężko przychodziło mi utrzymywanie kontaktów na odległość, szczególnie gdy wynosiła ona ponad 1000 kilometrów! Abstrakcyjną rzeczą było dla mnie czasem, kiedy ja przebywałem na wycieczce szkolnej w pobliżu rodzinnej wsi Zeithain i musiałem kontaktować się za pomocą telefonu z rodziną, co więc, kiedy dzielił nas ocean głęboki i szeroki.... Zdecydowanie byłem typem domatora, z kiedy usłyszałem, że mam szansą na wyjazd jako stypendysta do renomowanej szkoły w Irlandii, o mało nie pochorowałem się ze szczęścia... i strachu. W życiu nie leciałem samolotem, nie płynąłem statkiem, a wyjazd samochodem do stolicy, Berlina, był jak podróż do innego świata. Zastanawiałem się nawet, czy nie zrezygnować, ale wujek Hans w przymierzu z dziadziem, mając do pomocy skaczącą dookoła Mariś i pokrzykującą wesoło z kuchni mamę, prędko wybił mi ten pomysł z głowy.
Wziąłem głęboki oddech i wypuściłem nabrane powietrze z cichym westchnięciem, jak zwykle wtedy, kiedy orientowałem się, że znowu odpłynąłem. Strzyknąłem palcami, powracając do rzeczywistości. O czym to była mowa? Ach tak, wojny, chyba we Francji. Z początku, w gimnazjum, nie przepadałem za tymi tematami, ale kiedy poczytałem o nich nieco więcej i posłuchałem o nich na lekcjach pana Mitchella, zapałałem do nich sympatią - mimo wszystko, okazały się być dość ciekawe, szczególnie ich przebieg i przyczyny.
- No- zacząłem wertować strony książki w poszukiwaniu konkretnego działu- to jak, Anna, gotowa? Walniemy pracę, że mucha nie siada, zobaczysz!
< Anna? >
niedziela, 23 kwietnia 2017
Od Anny CD Michaela
- No dobrze, rozumiem – powiedział bardzo spokojnie, jakby mówił do małego króliczka, który miał się zaraz spłoszyć. Przeszły mnie okropne dreszcze na tą myśl, ponieważ przypomniałam sobie "słodkiego króliczka" ostatnio w zoo. Prawie się na mnie rzucił, bynajmniej miałam takie wrażenie. W rzeczywistości gdy chciałam mu zrobić zdjęcie odwrócił się tyłkiem i zaczął się załatwiać, a potem mi uciekł. Jego towarzysz nie był lepszy, chciał we mnie rzucić marchewką, gdyby nie fakt, że miał za krótkie łapki.
- Mówisz do mnie jak do dziecka – założyłam ręce na krzyż, ponieważ moja pidżama była pozbawiona kieszeni. Nie podobał mi się taki spokojny ton chłopaka, tym bardziej, że poruszał się powoli, robił niewielkie kroki w moją stronę, jakbym zaraz się miała na niego rzucić. Czy on myśli, że ja tego nie zauważę? Naprawdę ludzie są jacyś dziwni. - Wybacz, ale muszę iść się przebrać – powiedziałam to całkowicie bez uczuć, także równie dobrze mogłam się obejść bez tego pierwszego słowa.
Nie czekając na jego odpowiedź odwróciłam się i ruszyłam w kierunku drzwi. Gdy byłam blisko nich i złapałam za klamkę, ktoś mnie uprzedził, prawie że uderzając mnie w twarz tymi ogromnymi drzwiami.
- Ku*wa! Uważaj! - warknęłam. Czy ja naprawdę jestem taka mała, że mnie nie widać za szybą? Czy po prostu wszyscy są tak zadufani w sobie, że nie zwracają na nikogo uwagi? Bynajmniej na mnie? Ignorując tą osobę wróciłam do pokoju. Widząc godzinę i tę pięć minut do lekcji szybko zrzuciłam z siebie czarna pidżamę, nałożyłam czarne jeansy i szarą bluzę. Ponieważ już rano się ogarniałam, teraz nie musiała się ani rozczesywać, czy malować. Szare kapcie, na które czasem mówię kapucie, zamieniłam na swoje glany. Chwyciłam jeszcze po drodze torbę i zarzucając ją na ramę weszłam na korytarz. Był już on pusty co świadczyło o tym, ze wszyscy zaczęli już lekcję. Musiałam się nieco pośpieszyć, aby nauczycielka fizyki się na mnie nie rzuciła za kolejne spóźnienie. Podpadłam już dyrektorce, teraz zostało mi tylko słuchać i zapamiętywać, aby mnie nie zaskoczyła jakąś jedynką, dzięki której będzie miała wymówkę mnie zostawić w tej klasie.
Lekcje jak lekcje, tak samo nudne jak zawsze. Chociaż dzisiaj miałam biologię, pani Brooks była moją ulubioną nauczycielką – miałam u niej ciągle dobre oceny, a to tylko dlatego, że gdy brakowało mi punktu, odpytywała mnie. Ponad to świetnie opowiadała, szkoda tylko, że przeważnie o zwierzętach i ani razu nie wspomniała o krukach, ale co zrobisz? Nie wyłączysz się, kiedy jesteś tak słuchany w jej historię. Bynajmniej dzięki temu biologia bardzo łatwo mi wchodzi do głowy.
Na ostatniej lekcji dostałam dodatkową pracę, za uderzenie kolegi (ciągle mi kopał krzesło, więc co miałam zrobić, skoro nauczycielka nas ignorowała, jak i moje słowa?). Miałam zająć się plakatem mówiącym o wojnach Francji. Nie widziałam sensu, potem się jednak okazało, że miałam to zrobić dla młodszej klasy. Oczywiście bez książek z biblioteki się nie obejdzie, nie dysponuje książką do drugiej klasy i nie znam nikogo stamtąd.
Po lekcjach poszłam do biblioteki, gdzie udało mi się znaleźć książkę o wojnach z tamtego wieku. Tylko co gorsza stało na najwyższej półce, a ja ledwo co sięgałam do trzeciej od góry. Obecnie bibliotekarka była zajęta, więc mnie ignorowała. Miałam zamiar wziąć krzesło, ale gdy tylko kobieta widziała, że mam zamiar je zabrać, szybko mi to zabroniła. Jedyne co mi pozostało to wspinanie się po palcach i być może po regałach.
- Może ci pomóc? - usłyszałam z tyłu. Miałam zamiar to zignorować, ale gdy weszłam na pierwszą półkę i poczułam, jak się pode mną ugina, zgodziłam się. Osoba wyciągnęła dla mnie książkę i dopiero wtedy na nią, a raczej na niego spojrzałam.
- To ty? - zapytałam zdziwiona widząc tego chłopaka, z którym się dzisiaj rano spotkałam.
- No tak – odparł z lekkim uśmiechem. - Lubisz historię? - oddał mi książkę.
- Nienawidzę – "nie obchodzi mnie co było" dodałam w myślach. - Taka kara – mruknęłam i wyszłam spomiędzy regałów, aby odłożyć książkę na stoliku. Nie miałam zamiaru jej taszczyć do pokoju, nie będzie mi zaśmiecać szafek.
- Za co? - zapytał idąc za mną.
- Bo uderzyłam chłopaka – fuknęłam pod nosem. Na chwilę się zatrzymał, ale kiedy położyłam książkę na stoliku, a raczej nią rzuciłam (była tak gruba, że sama wydała z siebie taki dźwięk) chłopak znowu pojawił się obok.
- Może pomóc? - zapytał, na co się zaśmiałam w duchu.
- To dla drugiej klasy o wojnach Francji – powiedziałam być może dlatego, że może będę miała szczęście i zna się na tym. Jeśli nie, to niech mnie zostawi w spokoju, ale jeśli tak, być może będę miała mniej pracy.
- Jestem w drugiej klasie i właśnie ta mam – powiedział jakby z siebie dumny. Zamknęłam książkę i spojrzałam na niego zadzierając nieco głowę do góry.
- Świetnie – bez emocji znowu to brzmiało sarkastycznie. - Masz książkę do historii? - zapytałam.
<Michael? Może pomożesz?>
sobota, 22 kwietnia 2017
Od Michaela do Anny
Po drugie, może kierował mną egoizm, chociaż częściowo. Nie chciałem być kojarzony przez pierwszego spotkanego rówieśnika jako "ten nowy, co wywala ludzi i nie patrzy, jak lezie". Wolałem zrobić w miarę pozytywne pierwsze wrażenie. Mariś, kochana siostrzyczka, od początku wiedziała. Jak już wychodziłem ostatni raz, spojrzała na mnie tymi oczkami aniołka i z niezachwianą pewnością stwierdziła, że na pewno już pierwszego dnia palnę jakąś głupotę, podpalę halę sportową albo zrobię komuś krzywdę swoimi wygłupami.
W odpowiedzi usłyszała, że wyrośnie na piękny okaz złośnicy aniołkowej. I że też ją kocham. Ależ będzie triumfować, kiedy odczyta list. A kiedy przyśle odpowiedź, swoim nieco koślawym, dopiero co wyuczonym pismem przekaże, że wiedziała. No wiedziała, co ja zrobię. Przepowiednie aniołków zawsze się sprawdzają, nawet te pesymistyczne. W rodzince dostała jej się fucha wieszcza.
Biegłem przez jasny korytarz, zerkając w przelocie na zegar. Doszedłem do wniosku, że w sumie znowu za wcześnie ustawiłem budziki, bo do lekcji zostało jeszcze sporo czasu, chociaż niektórzy uczniowie wychodzili już z pokoi, kierując się do odpowiednich klas. Lawirowałem między sylwetkami z oczami wbitymi nieraz w podręcznik zapisany drobnymi literami bądź tubkę pasty do zębów.
Niemal z rozpędu przebiłem się przez wysokie, białe drzwi. Momentalnie wyskoczyłem z ciasnego, zatłoczonego pomieszczenia prosto na przestronny dziedziniec porośnięty kiełkującymi kwiatami i wszechobecną zielenią. Poranne słońce delikatnie opromieniało mgiełką tańczącą jeszcze tu i ówdzie, ale nie zdołało jeszcze przepędzić także resztek chłodu. Wiatr delikatnie szumiał między liśćmi drzew, a cały szkolny rozgardiasz pozostawiłem za sobą, oddzielając go od czystego błękitu nieba potężnymi drzwiami, przez które niemal nie miał szans przedostań się żaden dźwięk, nawet ten wydawany przez zaspaną, młodą dziatwę podrostków zmierzających na lekcje. No scena niemal sielankowa...
Więc tym bardziej zaskoczy mnie widok dziewczyny, rzucającej bluzgami, bynajmniej nie pod nosem, i mierzącej z zatrważającą celnością w dwójkę uciekających chłopaków. Z pobliskiej gałęzi, obrośniętej młodymi pąkami kwiatów wiśni, zakrakał kruk, jakby z pewną satysfakcją, utkwiwszy błyszczące oczy w oddalających się sylwetkach. Po kilku sekundach obok niego przysiadł drugi czarnopióry ptak, dołączając się do chórku.
Dziewczyna po chwili odwróciła się w moją stronę, cała czerwona ze złości. Jej oczy dosłownie błyszczały, trochę jak ślepia stworzeń kraczących obok. W czarnej, dwuczęściowej piżamie wyglądała, jakby zaraz miała zrzucić ludzką skórę i przywdziać czarne, aksamitne skrzydła, by dołączyć do grona pobratymców. Zmierzyła mnie wrogim spojrzeniem i uniosła ręce, jakby chciała wsadzić je do kieszeni. Zaraz jednak odkryła, że jest ich pozbawiona i dłonie ponownie opadły swobodnie wzdłuż jej boku. Albo jakby szykowała się do lotu, ale w ostatniej chwili sobie przypomniała, że nie ma skrzydeł.
Przypominała mi trochę zwierzątko. Nie, żeby to słowo miało jakiś negatywny wydźwięk, po prostu odniosłem wrażenie, jakby była trochę... oddalona? Wahałem się przed podejściem, jakby mogła się spłoszyć, mimo że pokaz, jaki przed chwilą zademonstrowała, dowiódł, że zapewne w starciu nie miałbym zbyt wielkich szans. Z niesmakiem w dalszym ciągu mnie obserwowała, jakby próbując przewiedzieć mój następny ruch. Na całe szczęście, w dłoni nie trzymała już kamieni.
- Wszystko w porządku?- zapytałem po chwili milczenia, powoli zmniejszając dystans dzielący mnie od dziewczyny, próbując mówić jak najspokojniej.- Co takiego przeskrobali tamci, że tak ich przepędziłaś?
< Anna? >
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Od Anny CD Michaela
Schowałam wszystkie książki do plecaka, gdy tylko odrobiłam to, co miałam zadane, oraz to, co umiałam, a raczej zapamiętałam z lekcji. Jeśli o czymś nie powiedział, to nie moja wina, to on ma mnie uczyć, nie ja samą siebie. Położyłam czarny plecak pod ścianę i wskoczyłam na łóżko ze słuchawkami w uszach. Do lekcji miałam jeszcze czas. Z biurka po drodze zabrałam biała kartkę oraz mały węgielek, który powoli mi się kończył. Narysował szkic niewielkiego drzewa z grubą gałęzią. Na dole kot, który przednimi łapami opierał się o pień, a na gałęzi piękny czarny kruk. Potem jeszcze to wszystko wypełniłam, rozmazałam, dodałam detale i tak o to ukończony obrazek włożyłam do swojej teczki, w której była masa innych pomalowanych kartek. Podeszłam do okna i oglądałam to, co widziałam. Czyli duże miasto, nic więcej. Ludzie na chodniku, samochody na ulicy, zmieniające się światła, bezpańskie sierściuchy, budynki. A co było tłem? Niebo pokryte szarymi chmurami, które najwidoczniej miały ochotę dać o sobie znać w postaci deszczu. Zniżyłam wzrok na ziemię, gdzie zobaczyłam drzewa, a na jednym z nich dwa kruki. Oparłam łokieć o parapet i z muzyką w uszach oglądałam to cudowne stworzenie, gdy nie zobaczyłam jak w jego stronę leciał kamień. Jeden ptak się wzniósł i zakrakał głośno. Dopiero wtedy zobaczyłam dwóch chłopaków, którzy bezkarnie rzucali w ptaki kamieniami. Od razu wyjęłam słuchawki nie przejmując się melodią i wybiegłam z pokoju. Nie zwracałam uwagi na ludzi, w głowie jedynie snułam plan, jak mogłabym torturować tą dójkę. Najpierw będzie trzeba ich mocno przywiązać, a potem wziąć nóż i pomalutku rozcinać im skórę. Lepiej! Najpierw ostrze nadstawić nad płomień, a potem gorącym metalem robić im krzywdę. O tak! Z takimi właśnie wyobrażeniami biegłam w kierunku wyjścia, gdy nagle jakiś cień stanął przede mną i zamienił się w człowieka. Nie uniknęłam upadku na tyłek. Leżałam tak parę sekund, aż osoba, na którą wpadłam, ale on na mnie (czy to ważne w tym momencie?!) zaczął machać mi przed oczami ręką i pytał ile widzę palców.
- Nie mam czasu - mruknęłam niewyraźnie odsuwając jego rękę i twarz od siebie, po czym szybko wstałam i nieco chwiejnym krokiem dobiegłam do owego miejsca. Jeden kruk postanowił już odlecieć, a drugi dalej krakał na nich. Widząc jak się z tego śmieją, coś we mnie pękło. Chwyciłam byle jaki kamień i rzuciłam nim mocno w klatkę piersiową. Zaczęłam się na nich wydzierać, wyzywać nie wiadomo od czego, a przy okazji obrzucać kamieniami gdzie popadnie. Co zabawniejsze, zawsze trafiałam.
- Jak jeszcze raz zobaczę coś takiego, to was pozabijam! - krzyknęłam gdy uciekali, a po drodze jeszcze rzuciłam pociskiem trafiając jednemu w łeb. Spojrzałam w stronę ptaka, który to wszystko obserwował. W głowie miałam jedynie najpodlejsze wyzwiska i przekleństwa kierowane w stronę tej dwójki, gdy nie poczułam na sobie czyjegoś wzroku. Odwróciłam głowę i spojrzałam w kierunku osoby, która stała i najwidoczniej wszystko widziała. Ponadto był to ten sam chłopak z którym wcześniej się zderzyłam. - Co się gapisz? - warknęłam chowając ręce do kieszeni. Kieszeni... zaraz... ja ich nie mam! Jestem w pidżamie! Mam na sobie czarną dwuczęściową pidżamę, a na nogach szare kapcie. O chole*a...
<Michael?>
niedziela, 16 kwietnia 2017
Od Anny CD Akashiego
Na te dwa wspomnienia poczułam przypływającą złość na to dziecko, bo to właśnie przez niego wspomnienie wróciło. A nie chciałam tego. Zacisnęłam palce na krześle i postawiłam nogi na ziemi.
- Pytajcie jego, ja zaraz przyjdę - oznajmiłam małym chłopcom. - Idę do łazienki - powiedziałam do Akashiego i skierowałam się do wyjścia. Może to było złe zostawiając go samego z czymś, czego równie jak ja nienawidzi, ale nie miałam innego wyboru. Za pobicie dziecka mogło by mi się dostać, a tłumaczenie, że mnie zdenerwowało, nic by nie dało. Tak jak moje wcześniejsze tłumaczenie, całkowicie zignorowane przez dyrektora.
Weszłam na korytarz i się rozejrzałam. Pusto, a łazienki nie będę szukać. Po prostu oparłam się o ścianę i w milczeniu wyciszałam się w środku. Miałam ochotę krzyczeć, wziąć krzesło o porozwalać wszystkie ściany, porwać wszystkie kolorowe rysuneczki... Dopiero teraz uświadomiłam sobie, dlaczego tak bardzo nienawidziłam dzieci; większość z nich miała normalny dom, matkę i ojca, a nie jakieś wojskowego idiotę, który zabraniał wszystkiego.
Po pięciu minutach stwierdziłam, że jestem już spokojna, dlatego mogłam wrócić do środka. Dwóch chłopców, którzy wcześniej stali obok Akashiego bawili się z innymi, a chłopak za to zajął moje siedzenie. Podeszłam do niego iw skoczyłam na biurko, czyli na jego wcześniejsze miejsce.
- Uspokoiłaś się? - zapytał. Czyli tak bardzo było widać, że miałam ochotę je pozabijać?
- Ta - mruknęłam jakby od niechcenia. - Ile jeszcze mamy tu siedzieć?
- Dopiero pół godziny minęło - powiedział, na co jęknęłam przeciągle. Czyli jeszcze półtora godziny... i co? I to tyle?
- Skąd jesteś? - zapytałam mając zamiar zacząć jakiś temat, aby nie umrzeć tutaj z nudów.
<Akashi?>
Od Akashiego CD Anny
-Prawda, że dzieciaczki są urocze?- ironia, jaka rozbrzmiała w jej głosie była wręcz zabójcza, a postawa, jaką przyjęła idealnie dopełniała cały obrazek
-Niesamowicie...ciekawe kiedy któryś z nich postanowi zeżreć własne kredki.- prychnąłem, lustrując otoczenie, by sprawdzić, czy wszystkie wciąż są żywe
W odpowiedzi usłyszałem jedynie prychnięcie, by po chwili do moich uszu dobiegł, jakże irytujący, płacz dziecka. Westchnąłem, przecierając skronie. Czy one naprawdę nie mogą usiedzieć w spokoju chociaż pięciu minut? Mimowolnie poderwałem się do pionu, poszukując wzrokiem owej beksy, która zakłóciła chwilowy spokój. Już po chwili na mojej drodze stanęła niezwykle drobna dziewczynka, której czerwone od płaczu oczy idealnie współgrały z równie ognistymi włosami.
-Zgubiłam ją...- zawodziła, tupiąc nogami we wszystko, w co tylko się dało
-Co zgubiłaś?- zapytałem, jakby od niechcenia, siląc się na jakkolwiek uprzejmy ton głosu
-Lalkę...miała taką czarną sukienkę, jak włosy tamtej pani.- wskazała palcem na siedzącą w kącie Annę, która wyraźnie zmierzyła wzrokiem małolatę
-Rozglądałaś się chociaż za nią, czy może postanowiłaś od razu wrzeszczeć na całą salę?- kolejne pytanie, może nawet bardziej nieprzyjemne, niż wcześniejsze
Nie odpowiedziała nic, spuszczając głowę. No tak, więc od razu wznieciła awanturę. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej przypominała mi miniaturową wersję Blanci. Zachowywały się dokładnie tak samo, z tą różnicą, że moja kuzynka ma lat siedemnaście, a ten rudzielec tutaj niecałe cztery. Prychnąłem po raz kolejny, powracając na swoje wcześniejsze miejsce. Ponownie oparłem się o biurko, wsuwając dłonie do kieszeni i przymrużyłem oczy, próbując choć trochę się wyciszyć.
-Całkiem nieźle sobie radzisz jako niańka.- skomentowała czarnowłosa, bębniąc palcami w blat biurka- Szybko ci z nią poszło.
-Obym więcej nie musiał reagować.- uśmiechnąłem się ironicznie, kręcąc głową na boki- Mam cholerną ochotę zapalić...mają tu w ogóle jakieś przerwy?- zapytałem, wyciągając z kieszeni czerwoną zapalniczkę
-To walone przedszkole. Cała ich edukacja to jedna wielka przerwa.- podsumowała, śledząc wzrokiem jaskrawy płomień
Ponownie westchnąłem, chowając przedmiot do jednej z kieszeni. Cieszyłem się chwilową ciszą, póki jeszcze miałem okazję jej doznać. Nie trwała, jednak długo, bowiem wkrótce podbiegło do nas dwóch, wyjątkowo wyrośniętych jak na cztery lata, chłopców. Wyraźnie czymś zaciekawieni przenosili wzrok między mną, a czarnowłosą, by po chwili wskazać palcem przed siebie.
-Co masz w nosie? A ty w brwi? Bolało?- w końcu jeden z nich przemówił, ponownie lustrując nas wzrokiem
Z początku nie rozumiałem o co mu chodzi, by po chwili zdać sobie sprawę, że wyjątkowo nie zdjąłem kolczyka. Spojrzałem na Annę, której gniewny wyraz twarzy nie oznaczał raczej nic dobrego.
<Anna?>
sobota, 15 kwietnia 2017
Od Anny CD Akashiego
Pierwszy raz poczułam, że kara, jaką dyrektor nam wymyślił, może na mnie zadziałać. Zazwyczaj było tak: on wymyśla jakąś karę, ja to wypełniam i wszystko się powtarza. Ale teraz stwierdzam, że jednak dyrektor nie znał litości, bynajmniej dla nas. Nie mógł nas wysłać w jakieś góry, żeby taszczyć po pionowej ścianie wielki głaz na sam szczyt?
- Cudownie - westchnęłam. - Nienawidzę dzieci - mruknęłam chowając ręce do kieszeni, kiedy wyszliśmy z gabinetu.
- Bynajmniej się rozumiemy - mruknął najwidoczniej niezadowolony tak samo jak ja. W sumie szkoda, że nie lubił dzieci, gdyby było odwrotnie, ja bym sobie siedziała i czekała na koniec kary, a on by się zajął nimi wszystkimi.
- Też masz ochotę niektórym pourywać główki? - podniosłam nieco wzrok i spojrzałam na niego kątem oka.
- Gorzej - taka odpowiedź mi wystarczyła, ponieważ w mojej głowie rodziły się gorsze myśli, że samo oderwanie głowy.
Dyrektor zaprowadził nas do pobliskiego przedszkola, które znajdowało się po drugiej stronie ulicy. Plac zabaw był aktualnie pusty, co oznaczało, ze pewnie wszyscy siedzą w środku. Nie byłam pewna czy uznać to za szczęście, czy może największego pecha. Weszliśmy do środka budynku, od razu zraziły mnie kolorowe ściany, które po prostu się do mnie śmiały, oblepione milionem rysunków dzieci. Gdyby nie fakt, że mogłam w coś uderzyć, szłabym z zamkniętymi oczami. Byle tego nie oglądać.
Weszliśmy do jakiejś klasy, gdzie wszystkie dzieci siedziały spokojnie w ławkach słuchając nauczycielki. Dyrektor podszedł do kobiety, porozmawiał z nią chwilę, po czym podeszli do nas.
- Zajmiecie się nimi przez dwie godziny. Po tym czasie wszystkie powinny zostać odebrane przez rodziców - powiedziała nauczycielka.
- Jesteście za nie odpowiedzialni, wiec radziłbym wam się nimi dobrze zająć. Najmniejsza skarga będzie miała wpływ na wasze oceny - zagroził dyrektor. Nauczycielka jeszcze przedstawiła sytuację dzieciom, po czym oboje wyszli, pozostawiając nas samych z dzieciakami, które nagle się poderwały i ruszyły do zabawek. Bez namysłu zajęłam sobie miejsce przy biurku, bo tam było wygodne krzesło. Chłopak za to usiadł na biurku, bo w sumie to było jedyne miejsce zdatne do siedzenia. Bynajmniej lepsze niż te malutkie krzesełka.
Po paru minutach zaczęła mnie denerwować taka jedna mała dziewczynka. Jeździła z wózkiem dla lalek po całej sali, niczym mała wyścigówka. Nie było by w tym nic złego gdyby nie fakt, że ciągle przejeżdżała obok mnie, a dwa razy po mojej stopie, przez co musiałam usiąść po turecku, a na krześle były nie wygodnie przez glany.
- Ej, mała - zatrzymała dziewczynkę, która spojrzała na mnie zdziwiona. - Jak będziesz tak dalej biegać, pogubisz wszystkie zęby - poradziłam. Nie sądziłam, że to zadziała, raczej chciałam sprawdzić jej reakcję. Zamiast tego dotknęła swoich zębów, a raczej pustego miejsca, w którym owy ząb powinien być. Zostawiła wózek gdzie stał i pobiegła do klocków. Odsunęłam ten cholern* wózek.
- Prawda, że dzieciaczki są urocze? - powiedziałam tak ironicznym głosem, że nawet idiota by zrozumiał podtekst, czyli "Dzieciaki są upierdliwe".
<Akashi?>
Od Akashiego CD Anny
Wzruszyłem ramionami, opierając się o ścianę, której chłód wywołał przyjemne dreszcze na całym ciele. Byłem wściekły, zawiedziony i całkiem szczęśliwy w tym samym czasie. Dzisiejsze zajście utwierdziło mnie w przekonaniu, że grono pedagogiczne faktycznie nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w akademii, a nawet jeśli się zainteresują, nie potrafią prawidłowo ocenić sytuacji, faworyzując jedną ze stron konfliktu. Prychnąłem, wsuwając dłonie do kieszeni czarnych dresów, których najwidoczniej zapomniałem zmienić po całej tej porannej awanturze.
-Tak swoją drogą czego ten gość od ciebie chciał?- zagadnąłem, nawiązując kontakt wzrokowy między mną, a Anną
-Sprawy prywatne, mało ważne.- wzruszyła ramionami, wyraźnie uciekając od tematu
Nie zamierzałem naciskać, jednak nie zamierzałem też odpuścić nieznajomemu bucowi, który tak chytrze uniknął kary. Odchyliłem głowę, próbując w jakiś sposób się wyciszyć, jednak bezskutecznie, poranek oraz sytuacja z dyrektorem perfekcyjnie wyprowadziły mnie z równowagi. Od zawsze byłem typem mściciela, który nie potrafi odpuścić, więc w mojej głowie już teraz pojawiało się tysiące różnych pomysłów na upokorzenie tego zidiociałego szczeniaka.
-Cieszę się, że poczekaliście. No więc zostaniecie po lekcjach. Przygotowałem dla was małą niespodziankę...mam nadzieję, że to oduczy was kłamstw i wszczynania bójek.- znów ten nieprzyjemny uśmiech, którym próbował wyrobić sobie szacunek, niestety bezskutecznie
Ponownie zmierzył nas wzrokiem, by po chwili odejść w tylko sobie znanym kierunku. Nie mając innego zajęcia, rozeszliśmy się z Anną, czekając na to, co przyszykował dla nas dyrektor.
~~~
Szczerze mówiąc cholernie nie chciało mi się tutaj przychodzić. Przez chwilę rozważałem symulanctwo, czy najzwyczajniejsze w świecie pójście spać, jednak wizja późniejszej, jeszcze gorszej kary nie była zbyt obiecująca. Cudem przywlokłem się przed gabinet dyrektora, błagając, by nie zmuszał nas do zbyt wielkiego wysiłku ruchowego, nie miałem obecnie nastroju na zabawy w terenie. Wkrótce pojawiła się również Anna, z tym samym obojętnym wyrazem twarzy. To ciekawe i pocieszające, że nie trafiłem do aresztu z pierwszą lepszą płaczką, której wyżaleń musiałbym wysłuchiwać.
-Jeszcze go nie ma?- zapytała, niezwykle zmęczonym tonem, przypominającym trochę ten, którym sam wyraźnie się odznaczałem
-Nie. Nauczyciele raczej nie słyną z punktualności.- pokręciłem głową, opierając się o ścianę korytarza
Wtem, jak na zawołanie, pojawił się owy blondyn, przez którego nie mogłem pogrążyć się w krainie słodkiego snu.
-Pewnie niezwykle się cieszycie.- sarkastyczny uśmieszek wkradł się na jego twarz, nadając mu wyglądu stereotypowego dupka- Dzisiaj trochę sobie posprzątacie...ale nie byle gdzie moi drodzy.- prychnął pogardliwie, wyciągając z kieszeni zmiętą kartkę papieru- Mam nadzieję, że lubicie dzieci.- wskazał palcem na ogromny napis "Przedszkole" widoczny na owymi zwitku
-Nie ma mowy, prędzej pozabijam tych smarkaczy, niż jakkolwiek im pomogę.- odparłem, ponownie wsuwając ręce do kieszeni spodni
-Wydaje mi się, że jasno udowodniłem ci, że nie masz w tej sprawie nic do gadania Nishimura.- odkaszlnął, zmierzając w stronę wyjścia- No dalej, pospieszcie się...nie chcecie chyba kazać im czekać
<Anna? Pozabijamy je, czy może jednak nie?>
Od Anny CD Akashiego
- Chyba powinienem przeprosić. Jedynie pogorszyłem sytuację - usłyszałam chłopaka o którym w tej chwili zapomniałam pochłonięta myślami. Dopiero wtedy spojrzałam na niego i jedyne co zdążyłam zobaczyć to ogromnie wysoki wzrost i kamienną twarz. "A może zacznę chodzić na wysokich butach?" pomyślałam, kiedy dodał: - Chyba serio powinniśmy iść - być może tak. Spojrzałam w kierunku mężczyzny, który oddalał się od nas oczekując, że pójdziemy za nim i przyjmiemy swoją karę. Bynajmniej ja, ponieważ ja już miałam na dzisiejszy dzień jedno upomnienie. Bez słowa zaczęłam iść w tamtym kierunku chowając ręce do kieszeni.
- Jak się nazywasz? - zapytałam. Chciałam wiedzieć z kim ewentualnie mam się zemścić, albo chociaż z kim mam dzielić karę.
- Akashi Nishimura - przedstawił się i ruszył za mną. Szybko zrównał ze mną kroku i teraz szliśmy za dyrektorem, niczym jego wierne pieski. To głupie określenie zawsze mnie denerwowało, ale nic nie mogłam poradzić na to, że tylko te słowa pasowały na obecnej sytuacji.
- Anna Jonson - powiedziałam i zamilkłam. W tej chwili nie zastanawiałam się nad rozmową, raczej nam planem zniszczenia tego idioty.
W gabinecie dyrektora znowu musiałam wysłuchiwać jego narzekać na to, jacy my to jesteśmy nieodpowiedzialni i tak dalej. Ja dostałam kolejne upomnienie i dopiero po tym oczekiwał od nas wyjaśnień. Ja oczywiście się nie odzywałam, wolałam posłuchać wytłumaczeń Akashiego, który starał się uratować cała sytuację, ale dyrektor był nieugięty i twierdził, że to kłamstwo, a za kłamanie dostaliśmy po uwadze oraz zostanie po lekcjach. Mogło być gorzej, a gdy tylko wyszliśmy z gabinetu usłyszałam pytanie chłopaka:
- Dlaczego nic nie mówiłaś? - czułam się, jakby mnie oskarżał i to ja byłam temu wszystkiemu winna. Ale gdy spojrzałam na niego, miał kamienną twarz nie wyrażającą niczego, co bym mogła rozgryźć. Lubię takich ludzi, nigdy nie muszę wysłuchiwać ich zażaleń czy tego, jaki ten świat jest okropny, a nauczyciele niesprawiedliwi.
- Bo wcześniej nie chciał mnie słuchać, więc teraz też by tak było. Po za tym widziałem, jak zareagował na twoje "kłamstwa" - wzruszyłam ramionami zakładając je na krzyż.
<Akashi?>
środa, 22 marca 2017
Od Anny
-Dwie godziny wcześniej-
Obudziłam się dosyć późno i dopiero wtedy, kiedy ktoś walił w moje drzwi. Był to jakiś mężczyzna z paczką w dłoni. Nie znałam go, wyglądał mi na jakiegoś kuriera. Podpisałam jakąś kartkę i odebrałam przesyłkę. Położyłam ją na stole i otworzyłam ją wtedy, gdy się ogarnęłam; ubrałam, zjadłam i pomalował się. Wpierw przeczytałam karteczkę na samej górze. Była to mama, która chciała o sobie dać znać i jako spóźniony prezent na urodziny przysłała mi łyżwy. Ona przynajmniej coś mi kupiła, tata nawet nie dął o sobie znać. Świetnie, zawsze mi okazują, że mnie kochają.
Rozpakowałam prezent i je przymierzyłam. Były idealne, ale od razu musiała je zdjąć ze względu na podłogę. Miałam się nie pakować w kłopoty, prawda? Moja współlokatorka już dawno wstała i postanowiła najwidoczniej mnie opuścić. Ja także postanowiłam wyjść z pokoju, w celu przetestowania łyżew. Ale zrobiłam to o wiele później, ponieważ chciałam pospać jeszcze tą godzinkę.
-Teraz-
Wejść? Nie wejść. Wejść? Nie wejść. Wejść? Weszłam.
Stanęłam w kolejce na dwie minuty, po czym kupiłam sobie jeden razowy bilet, oraz żeton do szafki, aby pochować rzeczy. Przebrałam swoje obuwie, a gdy stanęłam, nogi mi nieco drżały. Tak, te dwa lata dawały po sobie znać, ale tylko przez parę sekund. Gdy wykonywałam pierwsze ruchy, coraz łatwiej mi było złapać równowagę, a moje nosi przyzwyczaiły się do łyżew. Najwidoczniej moja matka jeszcze pamiętała, że noga przestała mi rosnąć i został mi tylko taki numer, który nie zmieniła się przez pięć lat.
Opierałam się o framugę i cierpliwie czekałam, aż będę mogła wejść. Za pięć minut poprzednia grupa wyjdzie z lodowiska i przyjdzie nasza kolej. Tylko pięć minut. Tylko chwila. A jednak mi się dłużyło i to okropnie. Chciałam natychmiast stanąć na śliskim lodzie i sprawdzić, czy tej jazdy się nie zapomina. Usiadłam na ławce i wyjęłam telefon. Włączyłam internet, a następnie wattpada, na którym zaczęłam czytać książkę pod tytułem: "Wieczna". Według mnie to świetna książka. Nawet nie przeszkadzał mi romans w niej zawarty. Była to opowieść o "innej" dziewczynie, która przeżyła próbę samobójstwa. Próbowali z niej zrobić maszynę do zabijania, udało im się, ale ona zaczynała sobie wszystko przypominać. Aktualnie byłam na wątku, w którym obmyślała z przyjacielem plan ucieczki.
- Hej, widzę, że coś czytasz - podniosłam wzrok na jakieś bruneta, który zagląda mi w telefon. Zmarszczyłam brwi.
- Nie zaglądaj mi w ekran - fuknęłam blokując telefon i go chowając do kieszeni. Usłyszałam raptownie ten charakterystyczny dźwięk, który oznaczał, że nadeszła nasza kolej. Gdy wszyscy ludzie z wcześniejszej grupy wyszli z pomieszczenia, przecisnęłam się przez ludzi i znalazłam się na początku kolejki. Nie zwracałam uwagi na jakieś pomruki czy uwagi. Dałam bilet dla mężczyzny i weszłam na lód. Automatycznie złapałam się barierki, ponieważ nogi miały chęć się rozjechać na boki.
- Może pomóc? - usłyszałam ten sam niski, a zarazem radosny głos bruneta. Pokręciłam przecząco głową odpychając się jedną nogą i próbując jechać do przodu. Dwa lata... Czy to nie za dużo?
- Poradzę sobie - mruknęłam bardziej sama do siebie i odepchnęłam się drugą nogą. Mogłam się puścić barierki i przez pierwsze sekundy płynnie jechałam, gdy na mojej drodze nie pojawiła się dziewczyna. Wyglądała na moją rówieśniczkę, jednak z tą różnicą, że była miła. Od razu mnie przeprosiła, a ja tylko mruknęłam coś nie wyraźnie pod nosem, wstałam szybko i nie zwracając na nią uwagi pojechałam dalej.
- Kulturą to ona nie grzeszy - usłyszałam, ale zignorowałam to. Parę mocniejszych i szybszych pchnięć i w końcu złapałam idealnie równowagę. Nie musiałam już trzymać się barierki, tylko swobodnie jechać. Ręce założyłam z tyłu, wyprostowałam się nieco i spokojnie jechałam do przodu, pomału się odpychając, ale bardzo płynnie. Zamknęłam oczy chcąc poczuć ten cały chłód, co było moim błędem. Wpadłam na jakąś osobę, a los znowu chciał mnie poniżyć. Był to znowu ten sam brunet, którego spotkałam wcześniej dwa razy.
- Może jednak chcesz mojej pomocy? - zapytał miło się uśmiechając. Ugh... jak można być takim radosnym człowiekiem? To jest okropne! Ale przyjęłam jego dłoń, po czym pomógł mi wstać. Stałam blisko niego. Za blisko... odepchnęłam się od niego mrucząc cicho pod nosem jakieś podziękowania i ruszyłam do przodu, a on za mną.
- Poczekaj - usłyszałam, ale ja nie zwolniłam, raczej przyspieszyłam. Czego on ode mnie chciał? - Jak się nazywasz? - zapytał, gdy był obok mnie i w pewnym momencie zagrodził mi drogę. Skubaniec, szybki i zwinny.
- Anna - powiedziałam z nadzieją, że da mi spokój, ale to się nie stało.
- Ładne imię - przyznał. - Ja nazywam się Oliver - uśmiechnął się miło. chciał złapać moją dłoń i ucałować, ale ja cofnęłam i ruszyłam przed siebie. - Ej, co taka ponura? - zapytał jadąc tyłem na przeciwko mnie. Dobra, tu akurat mi imponuję, to nie jest łatwe. Sama próbowałam i nawet jeśli umiałam, to jednak ciężko było się tego nauczyć.
- A ty czemu taki wesoły?
- Korzystam z życia - uśmiechnął się. Prychnęłam wymijając go.
Męczyłam się z nim bardzo długo. Praktycznie był obok mnie ciągle, nawet jeśli próbowałam od niego uciec, on mnie doganiał. Gdy się zatrzymywałam, robił to w tym samym momencie. Denerwował mnie, bo próbował na chama nawiązać ze mną rozmowę. Udało mu to się dopiero wtedy, kiedy dowiedziałam się, że także czytał "Wieczną". Nie sądziłam, że trawię na osobę, która także korzysta z wattpada i jeszcze czyta to samo, co ja. Byłem wręcz w stu procentach pewna, że to z powodu romansu, ale gdy powiedział, że lubi walkę, krew i morderstwa, aż przestałam go wyzywać i odpychać. Lepiej! Zaczęłam z nim rozmawiać. Był całkiem miły, co mnie nieco irytowało. Po za tym ciągle się uśmiechał, ale starałam się nie zwracać na to uwagi. Całe swoje skupienie skierowałam na lodowisko, kiedy się ścigaliśmy. Na szczęście nie dawał mi forów, wygrał. Stwierdził, że gdybym nie zrobiła dwuletniej przerwy, nie poradziłby sobie ze mną.
-Następnego dnia-
Ciekawie dosyć było. Poszłam z Olivier'em do baru, aby trochę wypić. Dałam się zaciągnąć na jeden taniec i to było tyle. Wróciłam do siebie jakoś przed północą, bo nie miałam ochoty dłużej siedzieć wśród tylu ludzi. Potem już się z nim nie zobaczyłam. Dlaczego? Był z Anglii. Chyba, że kiedyś bym odwiedziła ojca, który się nie odzywa...
poniedziałek, 13 marca 2017
Od Anny
- Jak jeszcze raz zobaczę coś takiego, to was pozabijam! - krzyknęłam gdy uciekali, a po drodze jeszcze rzuciłam pociskiem trafiając jednemu w łeb. Spojrzałam w stronę ptaka, który to wszystko obserwował. W głowie miałam jedynie najpodlejsze wyzwiska i przekleństwa kierowane w stronę tej dwójki, gdy nie poczułam na sobie czyjegoś wzroku. Odwróciłam głowę i spojrzałam w kierunku osoby, która stała i najwidoczniej wszystko widziała. - Co się gapisz? - warknęłam chowając ręce do kieszeni. Kieszeni... zaraz... ja ich nie mam! Jestem w pidżamie! Mam na sobie czarną dwuczęściową pidżamę, a na nogach szare kapcie. O chole*a...
<Ktoś? Ktokolwiek? Plisss>