Pierwszy dzień lekcji przyjął mnie... hmm, no powiedzmy ,ze okay, nie byłem pewien gdzie co się znajduje ale jak to mawiał trener Gerard Franz?
-Koniec języka za przewodnika i huziaj Viktor ! -No więc podążając za tymi mądrymi słowami udało mi się wszędzie dotrzeć na czas, ba! Nawet siedziałem już z ludźmi przy stoliku! Nie powiem, byłem już kochany. Jedni patrzyli na mnie ze zdziwieniem a inni się po po prostu uśmiechali.
-Więc jesteś z rosji?
-Da ! -Kiwałem głową jak zabaweczka która zawsze siedzi w samochodach starszych panów. Ukryłem głowę w dłoniach kiedy miałem kolejną matemtykę, kto wymyślił 3 matematyki pod rząd w poniedziałek rano? KTO. Nauczycielka była bardzo miła, nie to że coś ale ile można no. Kiedy odezwał się upragniony dzwonek udałem się na kolejne zajęcia.
-Ej nowy ! -Głos zabrzmiał za moją osobą. Odwróciłem się piruetem i uśmiechnąłem.
-Tak? Ja?- Rozłożyłem ręce na boki ukazując swoją osobę w całej okazałości.
-Zostawiłeś telefon w klasie -W dłoń został mi wepchnięty mój dzwoniący i osoba zniknęła. Nawet się nie zapozna, pf. Jego strata, jeszcze mnie pozna. Skocznie udałem się na kolejne zajęcia a potem kolejne i kolejne i kolejne i.. Wolnosć. Pobiegłem do domu i szybko wypuściłem Machie na spacer, biedna psina cały dzień kisiła kartofelki. Kiedy psina się załatwiła ja ponownie skierowałem kroki do szkoły, akademii czy jak to kto zwał. Udało mi się wywalczyć salę na dwie godzinki więc mogłem potańczyć. Przebrałem się w przylegające legginsy i top, do tego coś ala baletki ale nie do końca. Rozgrzewka zajęła mi około godziny co pozostawiało godzinę na taniec. Rozpocząłem wszystko moim ulubionym "amelie " i przeskakiwałem na inne utwory. Kiedy skończyłem byłem spocony, zmęczony ale szczęśliwy, ociekałem potem. Nie chciało mi się za bardzo zmieniać stroju wiec podreptałem spokojnie w kierunku wyjścia popijając wodę z bidonu. Zapalone światło w jednej z pracowni przykuło moją uwagę. Otworzyłem drzwi i.. Znajdująca się na stołku dziewczyna zachwiała się na stołku. Odwróciła głowę i spiorunowała mnie zaspanym wzrokiem.
-Uh.. Sorry? Nie wiedziałem że cię tak wystraszę ! Jestem Viktor ! -podskoczyłem w jej kierunku, mój ubiór miał prawo ją odrobinę zrazić, przeponce ubranie i to do tego jedne z moich najbardziej obcisłych i prowokujących, ale uwielbiałem w tym tańczyć łączyłem się wtedy świetnie ze swoją kobiecą , uwodzicielską stroną.
-Czym ty.. Co ty robisz o tej godzinie w szkole? -Zmarszczyła brwi.
-Morduje niewinne dziewczęta, a tak serio to trenowałem na sali-Uśmiechnąłem się i ponownie pociągnąłem wodę.
<Cynthia?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cynthia Raila Suutari. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cynthia Raila Suutari. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 19 marca 2018
środa, 14 marca 2018
Od Cynthi
Lekcje, klub, dom, spanie.
Lekcje, klub, dom, spanie.
I jeszcze raz.
I jeszcze.
Nudziło mnie to coraz bardziej. Nie żebym nic nie robiła takiego, żeby mieć zajęcie, ale... Te ciągłe powtórki były aż męczące psychicznie. Przyznaję, odkąd zostałam wybrana na przewodniczącą klubu chemicznego, miałam dużo więcej do roboty, więc jakieś tam zmiany były, jednak przydałoby się zrobić coś takiego... Spontanicznego, takiego.... Wuhuuu!
....taaa, ja i wuhuuuu, jasne. Już to widzę.
Przerwałam rozmyślania, odwracając się na drugi bok. Był piątek, po dwudziestej drugiej. Większość osób pewnie jest teraz na jakichś imprezach, czy może nawet na schadzkach....
A ja leżę w łóżku, w piżamie z typu "samotna i niechciana", zażerając się słodyczami i chipsami, szukając sensu nadchodzącego weekendu. Gdy skończę tą szkołę wynajmę mieszkanie, kupię tonę wełny, pięć kotów i zacznę dziergać. Wtedy będę miała motywację, taaak.
Mrucząc pod nosem postawiłam przekąski na szafce obok łóżka. Przeciągnęłam się, kilka razy turlając po łóżku, aż wreszcie stoczyłam sie na podłogę. Nie obtłukłam się, na szczęście, booo... No cóż, skopałam tam wszystkie poduszki i kołdrę...
Nie powinnam tego robić, wiem. Ostatnio była cała upaćkana czekoladą...
A, mniejsza z tym.
Na pewno nie chciało mi się jeszcze spać. Przyniosłam sobie jeszcze coś do picia i znów rzuciłam się na łózko, chwytając telefon. Zaczęłam przeglądać, co jest tam takiego ciekawego...
Szukałam jakichś nowinek, może jakiegoś ciekawego eksperymentu...
Natrafiłam na coś, co widziałam już kiedyś. Homunkulus...
Dalej było dla mnie niemożliwe zrobienie go samej... Ale tak bardzo kusiło mnie, żeby spróbować...
Ah, co szkodzi! Raz się żyje~!
Poszuka się kogoś, może ktoś pomoże... Albo wymyślę jakiś zamiennik. Hmm, to by było coś.
Przez cały weekend rozmyślałam...
I na nic nie wpadłam. Na lekcje wracałam tak samo zamyślona i zdeterminowana jak w tą piątkową noc.
Na każdej jednej lekcji planowałam. Rysowałam sobie w zeszycie, ale wciąż nie wymyśliłam, jakiego zamiennika użyć.... Bo jeeednak nie byłam przekonana do polowania na facetów, szczególnie, że chyba nawet nie wiedziałam jak. Nigdy nie było mi to potrzebne...
Co, mam podejść do jakiegoś osobnika płci męskiej i rzucić tekstem "Heeej, potrzebuję potencjalnego partnera do eksperymentu, czyli dawcy nasienia, którym zapłodnię kurze jajo i stworzę z tego sztuczne życie. Piszesz się na to?"? A może jeszcze się zaśmiać śmiechem złoczyńcy? A może zmienię jajo kurze na strusie, i od razu zapowiem, że będzie tatusiem?
...Mózgu, błagam. Przestań.
Nie wiedziałam, która była godzina, ani ile siedziałam już sama w sali klubu, ale było już ciemno. Siedziałam przy stole, wpatrując się w swoje zapiski i mając dwie możliwości, albo zmusić mózg, żeby odpuścił, albo szybko coś wymyślić...
Gdy nagle usłyszałam chrząknięcie za plecami, od strony drzwi, prawie spadłam ze swojego wygodnego, ale jakże chybotliwego i wysokiego stołka..
< No, kto to tak nieładnie straszy? >
Lekcje, klub, dom, spanie.
I jeszcze raz.
I jeszcze.
Nudziło mnie to coraz bardziej. Nie żebym nic nie robiła takiego, żeby mieć zajęcie, ale... Te ciągłe powtórki były aż męczące psychicznie. Przyznaję, odkąd zostałam wybrana na przewodniczącą klubu chemicznego, miałam dużo więcej do roboty, więc jakieś tam zmiany były, jednak przydałoby się zrobić coś takiego... Spontanicznego, takiego.... Wuhuuu!
....taaa, ja i wuhuuuu, jasne. Już to widzę.
Przerwałam rozmyślania, odwracając się na drugi bok. Był piątek, po dwudziestej drugiej. Większość osób pewnie jest teraz na jakichś imprezach, czy może nawet na schadzkach....
A ja leżę w łóżku, w piżamie z typu "samotna i niechciana", zażerając się słodyczami i chipsami, szukając sensu nadchodzącego weekendu. Gdy skończę tą szkołę wynajmę mieszkanie, kupię tonę wełny, pięć kotów i zacznę dziergać. Wtedy będę miała motywację, taaak.
Mrucząc pod nosem postawiłam przekąski na szafce obok łóżka. Przeciągnęłam się, kilka razy turlając po łóżku, aż wreszcie stoczyłam sie na podłogę. Nie obtłukłam się, na szczęście, booo... No cóż, skopałam tam wszystkie poduszki i kołdrę...
Nie powinnam tego robić, wiem. Ostatnio była cała upaćkana czekoladą...
A, mniejsza z tym.
Na pewno nie chciało mi się jeszcze spać. Przyniosłam sobie jeszcze coś do picia i znów rzuciłam się na łózko, chwytając telefon. Zaczęłam przeglądać, co jest tam takiego ciekawego...
Szukałam jakichś nowinek, może jakiegoś ciekawego eksperymentu...
Natrafiłam na coś, co widziałam już kiedyś. Homunkulus...
Dalej było dla mnie niemożliwe zrobienie go samej... Ale tak bardzo kusiło mnie, żeby spróbować...
Ah, co szkodzi! Raz się żyje~!
Poszuka się kogoś, może ktoś pomoże... Albo wymyślę jakiś zamiennik. Hmm, to by było coś.
Przez cały weekend rozmyślałam...
I na nic nie wpadłam. Na lekcje wracałam tak samo zamyślona i zdeterminowana jak w tą piątkową noc.
Na każdej jednej lekcji planowałam. Rysowałam sobie w zeszycie, ale wciąż nie wymyśliłam, jakiego zamiennika użyć.... Bo jeeednak nie byłam przekonana do polowania na facetów, szczególnie, że chyba nawet nie wiedziałam jak. Nigdy nie było mi to potrzebne...
Co, mam podejść do jakiegoś osobnika płci męskiej i rzucić tekstem "Heeej, potrzebuję potencjalnego partnera do eksperymentu, czyli dawcy nasienia, którym zapłodnię kurze jajo i stworzę z tego sztuczne życie. Piszesz się na to?"? A może jeszcze się zaśmiać śmiechem złoczyńcy? A może zmienię jajo kurze na strusie, i od razu zapowiem, że będzie tatusiem?
...Mózgu, błagam. Przestań.
Nie wiedziałam, która była godzina, ani ile siedziałam już sama w sali klubu, ale było już ciemno. Siedziałam przy stole, wpatrując się w swoje zapiski i mając dwie możliwości, albo zmusić mózg, żeby odpuścił, albo szybko coś wymyślić...
Gdy nagle usłyszałam chrząknięcie za plecami, od strony drzwi, prawie spadłam ze swojego wygodnego, ale jakże chybotliwego i wysokiego stołka..
< No, kto to tak nieładnie straszy? >
środa, 31 stycznia 2018
Klub Chemiczny - Przewodniczący
Wstałam, czując, że będzie to kolejny, nudny dzień, pełen lekcji i walki z własnymi myślami.
Nawet nie chciało mi się wyjść z łóżka.
No ale trzeba, no.
Głowa do góry, Cynthia! Kto wie, może będzie to wspaniały dzień? Może zmieni wszystko? Albo spotkasz przyjaciół, takich prawdziwych, na śmierć i życie?
...zamknij japę, mózgu. Milcz, zamilknij na wieczność.
Wreszcie udało mi się jakoś podnieść. Powlokłam się do łazienki, by się ogarnąć.
Pocieszałam się myślą, że pójdę do klubu, że może zrobię sobie jakiś eksperyment... Może jakąś eksplozję...
Ooooh, to tak bardzo by mnie odstresowało. Takie małe, kolorowe bum.
Huhuhu, będzie fajnie.
Jako tako się zmotywowałam, ale za to zasiedziałam się w łazience. Tak mi było dobrze pod prysznicem, że tam stałam, i stałam...
Jak to dobrze że zawiesiłam sobie zegarek w łazience. Inaczej bym chyba się całkowicie spóźniła.
A tak tylko wybiegałam z pokoju, prawie gubiąc niezapięte buty i szybko ubierając bluzę. Cudem udało mi się nie wywalić...
...a jeszcze mam dzisiaj WF, nieeee....
Dotarłam dosłownie dwie minuty przed dzwonkiem. Wpadłam do klasy zdyszana, ale zadowolona z siebie.
...Chociaż raz byłam zadowolona ze swoich osiągnięć sportowych....
Wow. Ten dzień dziwnie się zaczyna.
Przeżyłam lekcje. Przynajmniej w 90%.
Jak zwykle, WF nie był dla mnie łaskawy. Obiłam sobie kolana....
Ale za to z dużym entuzjazmem ruszyłam do klubu, by móc wreszcie usiąść na moim ulubionym stołeczku~
Dotarłam do naszego pomieszczenia. Jak się okazało, był dziś komplet...
Nie przejmowałam się tym, jedynie przywitałam się na szybko. Od razu szukałam sobie zajęcia.
Zaczęłam coś tam grzebać. Nic specjalnego, na razie tylko coś na szybko.
Nie dane mi było jednak robić swojego...
Zwołali wszystkich. Nie byłam do końca pewna, o co chodziło, więc jak na razie siedziałam cicho. Po prostu się przysłuchiwałam, wpatrując w stół.
Zamyśliłam się, starając się zgadnąć, co będziemy omawiać...
Aż tu nagle padły dwa słowa, które osobno były raczej niegroźne, ale razem...
Wybory przewodniczącego.
Poderwałam głowę, zaskoczona.
Szybko przeszliśmy do głosowania. Niezdecydowana patrzyłam na karteczkę, nie wiedząc, co mam napisać. Rozmyślałam intensywnie, aż wreszcie po prostu spojrzałam na losową osobę...
Cóż, padło na Alexandra. Napisałam jego imię moim strasznym pismem i schludnie złożyłam karteczkę.
Nadszedł czas na czytanie imiona...
Stawiałam na Alexandra, oczywiście. Skoro już na niego głosowałam, to byłam też przekonana, że wygra.
...a tu klops.
Mocno zdezorientowana zdałam sobie sprawę, że moje imię padło najwięcej razy.
Czyżby przez moją fanatyczną miłość do eksplozji wybrali mnie?
...no błagam.
Ale, woohoo, po raz pierwszy coś wygrałam. Powinnam się cieszyć... A tymczasem nie miałam pojęcia co z tym zrobić.
Może to ogarnę...
- ...No niech wam będzie. Hurra? - jęknęłam tylko. Co to będzie...
Nawet nie chciało mi się wyjść z łóżka.
No ale trzeba, no.
Głowa do góry, Cynthia! Kto wie, może będzie to wspaniały dzień? Może zmieni wszystko? Albo spotkasz przyjaciół, takich prawdziwych, na śmierć i życie?
...zamknij japę, mózgu. Milcz, zamilknij na wieczność.
Wreszcie udało mi się jakoś podnieść. Powlokłam się do łazienki, by się ogarnąć.
Pocieszałam się myślą, że pójdę do klubu, że może zrobię sobie jakiś eksperyment... Może jakąś eksplozję...
Ooooh, to tak bardzo by mnie odstresowało. Takie małe, kolorowe bum.
Huhuhu, będzie fajnie.
Jako tako się zmotywowałam, ale za to zasiedziałam się w łazience. Tak mi było dobrze pod prysznicem, że tam stałam, i stałam...
Jak to dobrze że zawiesiłam sobie zegarek w łazience. Inaczej bym chyba się całkowicie spóźniła.
A tak tylko wybiegałam z pokoju, prawie gubiąc niezapięte buty i szybko ubierając bluzę. Cudem udało mi się nie wywalić...
...a jeszcze mam dzisiaj WF, nieeee....
Dotarłam dosłownie dwie minuty przed dzwonkiem. Wpadłam do klasy zdyszana, ale zadowolona z siebie.
...Chociaż raz byłam zadowolona ze swoich osiągnięć sportowych....
Wow. Ten dzień dziwnie się zaczyna.
Przeżyłam lekcje. Przynajmniej w 90%.
Jak zwykle, WF nie był dla mnie łaskawy. Obiłam sobie kolana....
Ale za to z dużym entuzjazmem ruszyłam do klubu, by móc wreszcie usiąść na moim ulubionym stołeczku~
Dotarłam do naszego pomieszczenia. Jak się okazało, był dziś komplet...
Nie przejmowałam się tym, jedynie przywitałam się na szybko. Od razu szukałam sobie zajęcia.
Zaczęłam coś tam grzebać. Nic specjalnego, na razie tylko coś na szybko.
Nie dane mi było jednak robić swojego...
Zwołali wszystkich. Nie byłam do końca pewna, o co chodziło, więc jak na razie siedziałam cicho. Po prostu się przysłuchiwałam, wpatrując w stół.
Zamyśliłam się, starając się zgadnąć, co będziemy omawiać...
Aż tu nagle padły dwa słowa, które osobno były raczej niegroźne, ale razem...
Wybory przewodniczącego.
Poderwałam głowę, zaskoczona.
Szybko przeszliśmy do głosowania. Niezdecydowana patrzyłam na karteczkę, nie wiedząc, co mam napisać. Rozmyślałam intensywnie, aż wreszcie po prostu spojrzałam na losową osobę...
Cóż, padło na Alexandra. Napisałam jego imię moim strasznym pismem i schludnie złożyłam karteczkę.
Nadszedł czas na czytanie imiona...
Stawiałam na Alexandra, oczywiście. Skoro już na niego głosowałam, to byłam też przekonana, że wygra.
...a tu klops.
Mocno zdezorientowana zdałam sobie sprawę, że moje imię padło najwięcej razy.
Czyżby przez moją fanatyczną miłość do eksplozji wybrali mnie?
...no błagam.
Ale, woohoo, po raz pierwszy coś wygrałam. Powinnam się cieszyć... A tymczasem nie miałam pojęcia co z tym zrobić.
Może to ogarnę...
- ...No niech wam będzie. Hurra? - jęknęłam tylko. Co to będzie...
czwartek, 11 stycznia 2018
Od Cynthii CD Collina
Co to się dzieje....
Czy kiedykolwiek przeżyłam coś takiego, taką zamieć? Nie, chyba nie. Przynajmniej nie pamiętam.
Samo to, że mówili o tym w telewizji....
Gdy patrzyłam na śnieg zdałam sobie sprawę z tego, jak mocny jest wiatr. Nawet przy idealnych warunkach pogodowych zdarzało mi się stracić grunt pod nogami...
Trochę obawiałam się tego, co mogło się stać. Nie miałam na złamanie jakiejś kończyny.
Collin zapłacił za nas oboje. Nie do końca mi się to spodobało, nie dość, że czułam się wtedy jak dziecko, to jeszcze nie byłam do czegoś takiego przyzwyczajona. Zawsze sama załatwiałam swoje sprawy.
Chłopak przekonał mnie do pójścia do niego. Gdyby nie sytuacja, w życiu bym się nie zgodziła. No ale...
Te ciastka, i ta pogoda. Musiałam zaryzykować. Pewnie i tak bym nie trafiła do domu.
Gdy wyszliśmy na dwór uderzył we mnie wiatr, taki, że prawie straciłam równowagę. Lodowe kryształki wirujące w powietrzu zaczęły boleśnie smagać mnie po policzkach. Oczy mnie piekły...
Ruszyliśmy. Nie wiedziałam, gdzie iść, więc starałam się nie stracić go z oczu. Było trudno, eh.
Prawie mnie zwiewało, rzucało mną jak papierkiem. Zazdrościłam swojemu towarzyszowi, który z wagą zdecydowanie większą niż moja miał większą przyczepność.
No i robił większe kroki. A ja dreptałam. Podniesienie nogi na zbyt długo było niebezpieczne.
Dłoni już nie czułam. Przyznaję, nie ubrałam się zbyt grubo, ale wcześniej było mi ciepło. Teraz przewiewało mnie, przez rękawy, przy szyi, wszędzie. Byle się nie pochorować.
W pewnej chwili zawiało mocniej. Mój kaptur zadziałał niczym żagiel, nadymając się, wybijając mnie z równowagi i ciągnąc w tył. Zamek bluzy się rozpiął, i nagle pod moim ubraniem znalazło się mnóstwo śniegu. Musiałam złapać się drzewa. Wyrwał mi się krótki okrzyk. Mocno zaciskałam powieki.
Kilka chwil później poczułam pewny uścisk na nadgarstku. Lekko otworzyłam jedno oko, i ku mojej radości zobaczyłam Collina. Czyli jednak go nie zgubiłam.
Pozwoliłam się ciągnąć. W międzyczasie udało mi się znów zapiąć bluzę, nałożyć kaptur na głowę i mocno zaciągnąć sznurki, ale i tak wszystko pod spodem miałam mokre.
Ale dotarliśmy, nareszcie. Tak jak wcześniej oberwałam chłodem, tak teraz buchnęło we mnie ciepło.
Odetchnęłam. Teraz było bezpiecznie.
Bezsilnie oparłam się o ścianę i zjechałam na podłogę.
- ...Dzięki - westchnęłam. - Sama bym serio nie dotarła do domu... - trzęsłam się. Zimno...!
Czy kiedykolwiek przeżyłam coś takiego, taką zamieć? Nie, chyba nie. Przynajmniej nie pamiętam.
Samo to, że mówili o tym w telewizji....
Gdy patrzyłam na śnieg zdałam sobie sprawę z tego, jak mocny jest wiatr. Nawet przy idealnych warunkach pogodowych zdarzało mi się stracić grunt pod nogami...
Trochę obawiałam się tego, co mogło się stać. Nie miałam na złamanie jakiejś kończyny.
Collin zapłacił za nas oboje. Nie do końca mi się to spodobało, nie dość, że czułam się wtedy jak dziecko, to jeszcze nie byłam do czegoś takiego przyzwyczajona. Zawsze sama załatwiałam swoje sprawy.
Chłopak przekonał mnie do pójścia do niego. Gdyby nie sytuacja, w życiu bym się nie zgodziła. No ale...
Te ciastka, i ta pogoda. Musiałam zaryzykować. Pewnie i tak bym nie trafiła do domu.
Gdy wyszliśmy na dwór uderzył we mnie wiatr, taki, że prawie straciłam równowagę. Lodowe kryształki wirujące w powietrzu zaczęły boleśnie smagać mnie po policzkach. Oczy mnie piekły...
Ruszyliśmy. Nie wiedziałam, gdzie iść, więc starałam się nie stracić go z oczu. Było trudno, eh.
Prawie mnie zwiewało, rzucało mną jak papierkiem. Zazdrościłam swojemu towarzyszowi, który z wagą zdecydowanie większą niż moja miał większą przyczepność.
No i robił większe kroki. A ja dreptałam. Podniesienie nogi na zbyt długo było niebezpieczne.
Dłoni już nie czułam. Przyznaję, nie ubrałam się zbyt grubo, ale wcześniej było mi ciepło. Teraz przewiewało mnie, przez rękawy, przy szyi, wszędzie. Byle się nie pochorować.
W pewnej chwili zawiało mocniej. Mój kaptur zadziałał niczym żagiel, nadymając się, wybijając mnie z równowagi i ciągnąc w tył. Zamek bluzy się rozpiął, i nagle pod moim ubraniem znalazło się mnóstwo śniegu. Musiałam złapać się drzewa. Wyrwał mi się krótki okrzyk. Mocno zaciskałam powieki.
Kilka chwil później poczułam pewny uścisk na nadgarstku. Lekko otworzyłam jedno oko, i ku mojej radości zobaczyłam Collina. Czyli jednak go nie zgubiłam.
Pozwoliłam się ciągnąć. W międzyczasie udało mi się znów zapiąć bluzę, nałożyć kaptur na głowę i mocno zaciągnąć sznurki, ale i tak wszystko pod spodem miałam mokre.
Ale dotarliśmy, nareszcie. Tak jak wcześniej oberwałam chłodem, tak teraz buchnęło we mnie ciepło.
Odetchnęłam. Teraz było bezpiecznie.
Bezsilnie oparłam się o ścianę i zjechałam na podłogę.
- ...Dzięki - westchnęłam. - Sama bym serio nie dotarła do domu... - trzęsłam się. Zimno...!
< Collin? Przepraszam, przeżyłam rozwód z weną ;-; >
piątek, 29 grudnia 2017
Od Collin'a CD Cynthii
Posłałem ciemnowłosej promienny uśmiech, opierając łokcie na stole. Sięgnąłem po resztkę kawy z niewielkiej filiżanki i jednym łykiem opróżniłem zawartość naczynia. Skrzywiłem się nieznacznie, gdy zdałem sobie sprawę, że owy boski napój już się skończył, jednak po krótkim namyśle zrezygnowałem z kolejnej porcji. Warto wspomnieć, że przedtem, oprócz podwójnego americano, wypiłem dwa kubeczki espresso i pochłonąłem kawałek sernika.
- Nie ma sprawy - odparłem wreszcie, zerkając na niebieskooką dziewczynę.
Nagle moją uwagę przykuła jasnowłosa kelnerka, która z uśmiechem przystanęła przy naszym stoliku. Ciekawe, że w takiej niewielkiej, przytulnej kawiarni mają kelnerkę... Choć w żadnym wypadku mi to nie przeszkadza.
- Podać dwa osobne rachunki czy jeden wspólny? - zagaiła dziewczyna, kołysząc się lekko na piętach.
- Jeden prosimy - odparłem szybko, uprzedzając wypowiedź Cynthi, która najpewniej chciałaby zapłacić sama za siebie.
Jasnowłosa skinęła delikatnie głową, po czym zniknęła na chwilę za ladą. Wkrótce wyłoniła się z niewielką karteczką, zaś ja wyjąłem z portfela określoną sumę pieniędzy, pamiętając przy tym o dość pokaźnym napiwku dla młodej kelnerki.
- Collin, przecież ja zapłacę za siebie - mruknęła Cyn, zniżając nieznacznie głos.
- Ja zaprosiłem, ja stawiam - wyszczerzyłem się, ukazując przy tym rządek białych kiełków.
Wtem z malutkiego telewizorka, umieszczonego na ścianie lokalu, popłynął przejęty głos reportera.
- Pilny komunikat! Śnieżyca opanowała całe miasto! Według meteorologów to największa tak gwałtowna zamieć od ostatnich kilku lat! Burza śnieżna rozpętała się w zaledwie kilkadziesiąt minut. Wszystko za sprawą niezwykle silnych prądów atmosferycznych, napływających do nas z dalekiej północy. Specjaliści apelują - dla własnego bezpieczeństwa, zostańcie dzisiaj w domach!
Dopiero teraz skusiłem się, aby wyjrzeć przez okno. Cóż... Chyba zanadto przejąłem się kawą i swoją współtowarzyszką, żeby zwrócić uwagę na wszechobecny chaos panujący na zewnątrz. Śnieg sypał tak gęsto, że widoczność spadła prawie do zera. Porywisty wiatr zrywał z drzew suche gałęzie, zaś pokrywa z białego puchu sięgała już zapewne do połowy łydek.
- Szlag by to... No nic, trzeba coś wykombinować, ale... - zmierzyłem dziewczynę badawczym spojrzeniem. - Nie puszczę cię samej.
Ciemnowłosa, która do tej pory gapiła się w widok za oknem w niemym osłupieniu, przeniosła zaskoczony wzrok na mnie. Taka drobna istotka zginęłaby w tej zamieci...
- Chodź, pójdziemy do mnie. I tak musisz wrócić do domu, a ja mieszkam niedaleko. Będziesz mogła tam przeczekać burzę śnieżną - wyjaśniłem, podnosząc się z miejsca.
Cynthia obrzuciła mnie podejrzliwym spojrzeniem. Wyraz jej twarzy mówił wszystko. Westchnąłem głęboko, jednak nie zamierzałem odpuścić. Podjąłem kolejną próbę, wytaczając tym samym na pole bitwy naprawdę groźną broń.
- Mam ciasteczka miętoweee - szepnąłem 'uwodzicielskim' tonem, wykrzywiając usta w zachęcającym uśmiechu.
Udało mi się wyłapać chwilę wahania, jakby dziewczyna walczyła z samą sobą, lecz ostatecznie pozostała twarda.
- Skąd wiesz, że to moje ulubione? - spytała niepewnym tonem, który momentalnie nadrobiła stanowczym skrzyżowaniem rąk na piersiach.
- Cynka, zamówiłaś pięć ciast, z czego trzy były miętowe, a pozostałe dwa miały listki mięty jako ozdobę - wyliczyłem, unosząc znacząco brwi.
Ciemnowłosa prychnęła cicho, zaś ja z pełną godnością uznałem swoją wygraną. O dziwo, nie obraziła się nawet za nazwanie ją "Cynką"... Przynajmniej na razie. Wreszcie razem opuściliśmy przytulną, ciepłą kawiarnię, by zmierzyć się z morderczym żywiołem. Muszę przyznać, nawet ja się tego nie spodziewałem. Sam miałem poważne trudności z poruszaniem się. Powoli przedzieraliśmy się przez zawieję, ledwo rozpoznając poszczególne ulice. Ogromne płatki śniegu niczym miniaturowe pociski powadziły nieprzerwany ostrzał, a mroźny wiatr targał nami na wszystkie strony. Chłód przenikał moje ciało aż do szpiku kości. Nie czułem stóp. I jeszcze paru innych części ciała. W pewnym momencie usłyszałem krótki krzyk, który z trudem przedarł się przez szalejącą śnieżycę. Odwróciłem głowę, mrużąc lekko oczy. Cynthia stała oparta o przypadkowe drzewo, kurczowo trzymając się pnia, aby osłonić twarz przed kolejnymi 'atakami' żywiołu. Idąc pod wiatr, podpełzłem do dziewczyny i delikatnie chwyciłem ją za nadgarstek, by nieco ułatwić jej dalszą drogę. Nie protestowała. Wydaje się, że po prostu nie miała na to siły. W końcu stanęliśmy przed drzwiami mojego domu. Wygrzebałem z kieszeni klucze i, trzęsącymi się z zimna dłońmi, otworzyłem zamek. Wparowaliśmy do środka, a błogie ciepło momentalnie otuliło nasze ciała. Tak... To chyba najcudowniejsze uczucie, jakiego dane mi było doświadczyć tej zimy.
[ Cynthia? ]
czwartek, 28 grudnia 2017
Od Cynthii CD Collina
No nie no...
Zróbmy mały spis dzisiejszych porażek:
1. Wstałam bez potrzeby.
2. Znalazłam coś ciekawego, ale nieosiągalnego.
3. Lecę.
4. Wpadam na kogoś.
5. Ten ktoś łapie mnie... Dziwnie.
6. To koleś.
7. To wielki koleś. Bardzo wielki.
Zdecydowanie sięgnęłam dna.
Przedstawił się. Collin, tak?
Po kij się przedstawiał? Teraz i ja muszę...
Przedstawiłam się krótko, bez żadnych dodatków. A on gadał dalej. Idzie do kawiarni.. Okey. Informacja mi tak bardzo nieprzydatna...
...no ale mnie zaprosił. To podejrzane.
Już miałam zdecydowanie odmówić, ale okazało się, że do swojej listy mogę doliczyć jeszcze jedną porażkę.
Mój żołądek nagle przypomniał sobie, że nie jadłam jeszcze śniadania. Nie zdąrzyłam nawet otworzyć usta, gdy ciszę przerwał ten paskudny dźwięk potwora grasującego w moim brzuchu.
Osiem porażek, a dzień nawet się dobrze nie zaczął....
- Niech będzie - zgodziłam się. W kawiarni powinny być jakieś ciastka... Może nawet miętowe...
Dotarliśmy do kawiarni. Nie podobało mi się to, ale byłam tak głodna, że ani nie miałam siły, żeby udawać grzeczną, miłą dziewczynkę, ani żeby iść gdzieś do sklepu czy coś. A tu pachniało tak kusząco..
Usiedliśmy przy stoliku, naprzeciwko siebie. Od razu zauważyłam kilka obiecujących ciast i deserów. Zamówiłam... Trzy. Tyle na razie starczy.
Portfel mam, więc nie będzie kolejnej porażki.
Gdy dostałam swoje pyszności, od razu wzięłam się za konsumpcję, zapominając o wszystkim innym.
Ciasta zniknęły ekspresowo, a ja zamówiłam sobie jeszcze dwa kawałki. Przypomniałam sobie wtedy, że nie siedzę sama... Niestety.
No i przydałoby się podziękować... Przynajmniej nie mam rozbitego nosa, czy kto wie co by się stało przy upadku.
- Emm... Dzięki. Za wcześniej. - wyrzuciłam z siebie na szybko, nie przejmując się, czy mnie usłyszał, czy zrozumiał.
< Collin? >
Zróbmy mały spis dzisiejszych porażek:
1. Wstałam bez potrzeby.
2. Znalazłam coś ciekawego, ale nieosiągalnego.
3. Lecę.
4. Wpadam na kogoś.
5. Ten ktoś łapie mnie... Dziwnie.
6. To koleś.
7. To wielki koleś. Bardzo wielki.
Zdecydowanie sięgnęłam dna.
Przedstawił się. Collin, tak?
Po kij się przedstawiał? Teraz i ja muszę...
Przedstawiłam się krótko, bez żadnych dodatków. A on gadał dalej. Idzie do kawiarni.. Okey. Informacja mi tak bardzo nieprzydatna...
...no ale mnie zaprosił. To podejrzane.
Już miałam zdecydowanie odmówić, ale okazało się, że do swojej listy mogę doliczyć jeszcze jedną porażkę.
Mój żołądek nagle przypomniał sobie, że nie jadłam jeszcze śniadania. Nie zdąrzyłam nawet otworzyć usta, gdy ciszę przerwał ten paskudny dźwięk potwora grasującego w moim brzuchu.
Osiem porażek, a dzień nawet się dobrze nie zaczął....
- Niech będzie - zgodziłam się. W kawiarni powinny być jakieś ciastka... Może nawet miętowe...
Dotarliśmy do kawiarni. Nie podobało mi się to, ale byłam tak głodna, że ani nie miałam siły, żeby udawać grzeczną, miłą dziewczynkę, ani żeby iść gdzieś do sklepu czy coś. A tu pachniało tak kusząco..
Usiedliśmy przy stoliku, naprzeciwko siebie. Od razu zauważyłam kilka obiecujących ciast i deserów. Zamówiłam... Trzy. Tyle na razie starczy.
Portfel mam, więc nie będzie kolejnej porażki.
Gdy dostałam swoje pyszności, od razu wzięłam się za konsumpcję, zapominając o wszystkim innym.
Ciasta zniknęły ekspresowo, a ja zamówiłam sobie jeszcze dwa kawałki. Przypomniałam sobie wtedy, że nie siedzę sama... Niestety.
No i przydałoby się podziękować... Przynajmniej nie mam rozbitego nosa, czy kto wie co by się stało przy upadku.
- Emm... Dzięki. Za wcześniej. - wyrzuciłam z siebie na szybko, nie przejmując się, czy mnie usłyszał, czy zrozumiał.
< Collin? >
Od Collina CD Cynthii
Odetchnąłem głęboko, wypuszczając w powietrze obłok pary. Ciemnoszare chmury kryły za sobą pierwsze promienie wschodzącego słońca, nijak nie pozwalając im przedostać się do zmarzniętej ziemi. Biały puch otulał uśpiony świat, który wciąż jeszcze zdawał się trwać w sennej zadumie. Pojedyncze śnieżynki zawirowały w powietrzu, gnane do tańca szaloną melodią wiatru. Ulice świeciły pustkami, jakby już dawno zapomniały o świątecznym chaosie sprzed kilku dni. Następnym przystankiem miał być sylwester - uroczyste zakończenie minionego roku i powitanie nowego. Osobiście nigdy nie uważałem, żeby była to wyjątkowa okazja do jakichś większych zmian w swoim życiu, ale skoro ktoś woli zaczynać upiększać swój żywot od okrągłych dat... To czemu nie? Zawsze potem będzie mógł wznieść toast za wspaniałość świata i powiedzieć: ,,Tak, dokładnie 1 stycznia, wraz z nowym rokiem, zmieniło się moje życie!" Brzmi całkiem nieźle. Ja zapewne standardowo wyjdę do jakiegoś klubu ze znajomymi, uwalę się jak najgorszy alkoholik i rano znajdą mnie półnagiego na dachu przypadkowego wieżowca. Aż się łezka w oku kręci na wspomnienie minionego sylwestra... No cóż, ale jednak chyba wypadało by tym razem pamiętać w jaki sposób pożegnało się miniony rok, prawda? Wtem z rozmyślań wyrwało mnie gwałtowne, acz dość delikatne uderzenie. Odruchowo chwyciłem nieznajomą dziewczynę za rękę, aby uchronić ją przed upadkiem. O dziwo, była niezwykle lekka. Decyzja w moim mózgu o natychmiastowej reakcji zapadła, zanim zdążyłem podjąć jakiekolwiek działania w celu ogarnięcia sytuacji. Ostatecznie ciemnowłosej udało się odzyskać równowagę, choć oboje zastygliśmy w nieco dziwnej pozycji, w której to ja, niby szarmancki tancerz-podrywacz, podtrzymuję 'mdlejącą niewiastę', jedną ręką chwytając ją w połowie pleców, zaś drugą - za dłoń. Nieznajoma zarumieniła się nieznacznie, starając się ukryć zaróżowione policzki pod błękitnym szalikiem. Zachichotałem cicho i pomogłem dziewczynie wrócić do normalnej, pionowej pozycji. Przy okazji też ukazała się wyraźna, wręcz niebywała, różnica wzrostu między nami, sięgająca zapewne gdzieś koło 40 centymetrów. Muszę przyznać, zapewne z boku musiało to wyglądać dość komicznie.
- Ślisko, co? - uniosłem znacząco brwi w geście rozbawienia. - Jestem Collin, miło mi.
- Cynthia - przedstawiła się krótko ciemnowłosa.
- Właśnie szedłem do kawiarni, aby uzupełnić poziom kofeiny w moim organizmie - rzuciłem jak gdyby mimochodem. - Może masz ochotę pójść ze mną? Od rana marzę o podwójnym espresso... - dodałem rozmarzonym tonem.
[ Cynthia? ]
- Ślisko, co? - uniosłem znacząco brwi w geście rozbawienia. - Jestem Collin, miło mi.
- Cynthia - przedstawiła się krótko ciemnowłosa.
- Właśnie szedłem do kawiarni, aby uzupełnić poziom kofeiny w moim organizmie - rzuciłem jak gdyby mimochodem. - Może masz ochotę pójść ze mną? Od rana marzę o podwójnym espresso... - dodałem rozmarzonym tonem.
[ Cynthia? ]
wtorek, 26 grudnia 2017
Od Cynthi
Wiadomo, jeśli dzień w dzień wstaje się o tej samej godzinie, to po pewnym czasie i budzik niepotrzebny... Chociaż jest to trochę irytujące, gdy budzisz się na minutę przed budzikiem i czekasz te sześćdziesiąt sekund, aż zadzwoni.
Jeszcze gorsze jest, gdy się obudzisz, leżysz...
I leżysz, i czekasz...
I masz tą świadomość, że dawno minęło te parędziesiąt sekund, a tu dalej nic.
A potem zmuszasz swój zaćpany snem mózg do myślenia i nagle wiesz, że dzisiaj nie trzeba było wstawać. No błagam.
Przez jakiś czas próbowałam znów zasnąć, przewracając się z boku na bok, ale nic to nie dało. Nie byłam wypoczęta, ale na dalszy sen nie mogłam liczyć.
Usiadłam na brzegu łóżka, próbując palcami jako tako doprowadzić włosy do porządku. Przeklęte kosmyki zasłaniały mi pole widzenia.
Gdy upewniłam się, że widzę to, co mam pod nogami, wstałam i podeszłam do okna.
Przeciągnęłam się, wyglądając na dwór. śnieg, wszędzie pełno śniegu. Fajno. Wreszcie porządna temperatura, a nie jakiś piekarnik.
Podreptałam do łazienki, po drodze zbierając rzeczy, które porozrzucałam w ostatnich dniach. Cóż, mój pokój nie nadawał się na pokaz... Muszę trochę to ogarnąć.
Ale mi się nie chce...
Dobra, najpierw trzeba ogarnąć siebie.
Wreszcie zniknęłam w łazience, zabierając ze sobą całą stertę ciuchów.
Gdy wreszcie odzyskałam przytomność i ludzki wygląd na tyle, by móc jakoś wyjść ze swojej twierdzy. Musiałabym kupić sobie coś na śniadanie...
Ale to zaraz.
Wróciłam sobie wygodnie na łóżko, chcąc zażyć trochę wiadomości...
Chwyciłam telefon i zaczęłam buszować po różnych nowinkach.
Znalazłam coś ciekawego.....
Coś bardzo ciekawego....
Homunkulus...
...A nie, kurde. Nie zrobię. Nie da rady spróbować. Nie jestem facetem, eh. Trudno. Szkoda.
Zawiedziona cisnęłam telefonem na materac obok siebie tylko po to, by od razu go zgarnąć i obrać zbroję do wyjścia. Wykopałam z szafy moją kochaną bluzę, z tym wspaniałym futerkiem pod spodem.. Teraz to ja mogę iść.
Lubię śnieg. Bardzo go lubie. Ma jeden, jedyny minus.
Poślizgnąć się jest... Bardzo łatwo. Wpaść na kogoś? Jeszcze łatwiej, biorąc pod uwagę mojego pecha....
< Ktosiu, służący jako, em, łapacz? >
Jeszcze gorsze jest, gdy się obudzisz, leżysz...
I leżysz, i czekasz...
I masz tą świadomość, że dawno minęło te parędziesiąt sekund, a tu dalej nic.
A potem zmuszasz swój zaćpany snem mózg do myślenia i nagle wiesz, że dzisiaj nie trzeba było wstawać. No błagam.
Przez jakiś czas próbowałam znów zasnąć, przewracając się z boku na bok, ale nic to nie dało. Nie byłam wypoczęta, ale na dalszy sen nie mogłam liczyć.
Usiadłam na brzegu łóżka, próbując palcami jako tako doprowadzić włosy do porządku. Przeklęte kosmyki zasłaniały mi pole widzenia.
Gdy upewniłam się, że widzę to, co mam pod nogami, wstałam i podeszłam do okna.
Przeciągnęłam się, wyglądając na dwór. śnieg, wszędzie pełno śniegu. Fajno. Wreszcie porządna temperatura, a nie jakiś piekarnik.
Podreptałam do łazienki, po drodze zbierając rzeczy, które porozrzucałam w ostatnich dniach. Cóż, mój pokój nie nadawał się na pokaz... Muszę trochę to ogarnąć.
Ale mi się nie chce...
Dobra, najpierw trzeba ogarnąć siebie.
Wreszcie zniknęłam w łazience, zabierając ze sobą całą stertę ciuchów.
Gdy wreszcie odzyskałam przytomność i ludzki wygląd na tyle, by móc jakoś wyjść ze swojej twierdzy. Musiałabym kupić sobie coś na śniadanie...
Ale to zaraz.
Wróciłam sobie wygodnie na łóżko, chcąc zażyć trochę wiadomości...
Chwyciłam telefon i zaczęłam buszować po różnych nowinkach.
Znalazłam coś ciekawego.....
Coś bardzo ciekawego....
Homunkulus...
...A nie, kurde. Nie zrobię. Nie da rady spróbować. Nie jestem facetem, eh. Trudno. Szkoda.
Zawiedziona cisnęłam telefonem na materac obok siebie tylko po to, by od razu go zgarnąć i obrać zbroję do wyjścia. Wykopałam z szafy moją kochaną bluzę, z tym wspaniałym futerkiem pod spodem.. Teraz to ja mogę iść.
Lubię śnieg. Bardzo go lubie. Ma jeden, jedyny minus.
Poślizgnąć się jest... Bardzo łatwo. Wpaść na kogoś? Jeszcze łatwiej, biorąc pod uwagę mojego pecha....
< Ktosiu, służący jako, em, łapacz? >
Subskrybuj:
Posty (Atom)