Wciąż nieco zaniepokojony, wróciłem do pokoju - akurat na minutę przed wybiciem dwudziestej pierwszej. Na dźwięk otwieranych drzwi, rozwalony wygodnie na łóżku Ches uniósł wzrok znad ekranu komórki. Muszę mu chyba zacząć zabierać ten telefon, pewnie nawet nie pamięta o jutrzejszym sprawdzianie z angielskiego.
- Hej - przywitałem się, rzucając plecak na krzesło. - Byliście z Immi grzeczni? Nie szaleliście ani nic?
- Na swoje szczęście, kocica trzymała się z dala ode mnie - wyburczał.
- No tak, nie dziwię się po waszych ostatnich szaleństwach w łóżku - wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu.
- Sakraaa - mruknął w odpowiedzi, chowając twarz w poduszkę. - Mogłeś ją zdjąć!
-Ale wyglądaliście razem przeuroczo! - pomachałem mu przed twarzą zdjęciem, na którym to rudzielec smacznie sobie spał, a Immi leżała tuż obok niego, zwinięta w kłębek. Chociaż kiedy przyjaciel się obudził, sporo wcześniej, nim myślałem, narobił naprawdę niezłego rabanu.
- Ten kot mnie wykończy...
- Dobra, dobra, i tak wiem, że nas kochasz - stwierdziłem, wzruszając ramionami. - A tak przy okazji, drogi bracie, uczyłeś się może czy cały wieczór tak wisisz na telefonie?
- Piłem też colę.
- Równie dobrze możesz mi powiedzieć, że oddychałeś. A mnie interesuje, czy powtarzałeś coś przed jutrzejszym sprawdzianem.
- A to my coś jutro piszemy?
- Zabierzcie mi siłę, bo cierpliwości już poszło dość - jęknąłem, opadając na krzesło, które zatrzeszczało złowieszczo. - Cześku mój ty drogi i kochany, test z angielskiego! Nie masz tego zapisanego?
- Hmmm - mruknął, po czym wstał i poczłapał do biurka, szukając najwyraźniej zeszytu. No tak, jeszcze mi powiedzcie, że dziś tam nie zaglądał! - A ty wiesz, że na marginesie coś mam tak jakby zapisane?
- Chwała za to, że w ogóle masz ten zeszyt - westchnąłem, po czym zacząłem drapać Immi za uszami. Kotka wskoczyła na moje łóżko i zaraz wygodnie ulokowała się na moich kolanach, mrucząc z zadowoleniem pod wpływem pieszczot. - A teraz do nauki, bo zabiorę telefon?
- Powiedział Misiek, który włóczył się cały wieczór za pannami!
- Kij ci w ucho i twojej coli też - mruknąłem, sięgając po notatki. Zaraz jednak przypomniałem sobie, że obiecałem przynieść jutro Astrid materiał, który mogli przerabiać. W mojej starej szkole mieliśmy niemal identyczny materiał, więc miałem szczerą nadzieję, że da radę wyłuskać odpowiedni temat. Mam też numer do Anthony'ego, więc, w razie czego, po prostu do niego zadzwonię i zapytam. A, no i wypadałoby kupić jakieś proszki dla Astrid, bo pewnie nic nie ma. I może wezmę ze sobą coś do jedzenia, bo jeśli naprawdę się rozłożyła, to raczej nie będzie mieć sił na spacer do stołówki. Wpadnę do niej jeszcze szybko przed lekcjami i zaniosę coś na śniadanie, a potem, jak skończą się lekcje, zajrzę na dłużej. W jakiś dziwny sposób przypominała mi Mariś, choć obie dziewczyny były jak ogień i woda z tego, co zdążyłem zaobserwować.
Delikatnie zdjąłem kotkę z kolan i wstałem, ignorując pełne niezadowolenia miauczenia. O właśnie, może gdybym zaniósł ją do Astrid, w jakiś sposób poprawiłoby jej to samopoczucie? Koty to przecież najlepsi towarzysze na świecie. Z drugiej strony...znajomość z Chesem uświadomiła mi, że naprawdę nie wszyscy pałają miłością do wspaniałych ósmych cudów świata. No i mogła mieć alergię. Ale zapytać trzeba będzie.
- Eureka! - krzyknąłem z zadowoleniem, wyciągając z pudła stojącego na szafie swoje stare zeszyty, które przywiozłem ze sobą na wszelki wypadek.
- Znalazłeś ściągi? Albo bony na colę? - zaskoczony moją nagła reakcją brat uniósł wzrok spod zeszytu, choć przeczuwałem, że nadal większość czasu poświęca na telefon.
- Niestety, ale muszę cię rozczarować - pomachałem swoim znaleziskiem i wpakowałem je zaraz do plecaka, by nie zapomnieć. - Dobra, ja lecę prędko pod prysznic i potem jeszcze się trochę pouczymy, co?
- Sakra, wystarczyłoby pięć minut przed sprawdzianem... - mruknął, a ja w odpowiedzi tylko przewróciłem oczami.
- Bo zabiorę colę - ostrzegłem.
***
Rano wstałem wyjątkowo wyspany i zadowolony - aż dziwne jak na środek tygodnia. Względnie szybko ogarnąłem się i zdjąłem przy okazji Immi z łóżka Chesa, by nie zaliczać kolejnego "cichego dnia" między przyjacielem, a kotką, które były jeszcze gorsze od ich ustawicznych utarczek, po czym dołożyłem wiele starań, by obudzić przyjaciela. Pojękując i narzekając na potęgę, wstał.
- Co, gdzie, jak, kiedy... - mamrotał nieprzytomnie, szukając czegoś na oślep.
- Immi śpi u mnie - powiedziałem mu.
- Pff, i bardzo dobrze - wymruczał.
- No już, już, zazdrośniku - szturchnąłem go. - Budzimy się i idziemy. Jedzenie. Stołówka. Śniadanie.
O dziwo, podniósł się zaskakująco szybko i obaj zeszliśmy na dół. Kiedy wróciliśmy do pokoju, zabrałem jeszcze swój plecak z pudełkiem, gdzie było coś do jedzenia dla Astrid i leki, które wygrzebałem z apteczki. Po lekcjach pójdę i kupię coś lepszego.
- Możesz już iść pod matematyczną, zaraz będę - obiecałem, rozstając się z nim przy wyjściu. Brat skinął głową i skręcił w lewo, ja natomiast skierowałem swoje kroki w stronę damskiego skrzydła akademika, usiłując jak najdokładniej otworzyć wczorajszą trasę. No, ciekawe, czy ją zastanę. Może jednak poczuła się lepiej i poszła już jeść? Albo wciąż śpi? Zapukałem lekko.
- Astrid? - mruknąłem, gdy drzwi powoli zaczęły się otwierać. - Jak tak?
W życiu każdego człowieka przychodzi taki szczególny moment, kiedy musi dokonać bardzo ważnego wyboru - albo iść pod dyktandem rozumu i zrobić coś potrzebnego, rozsądnego, acz i to, na co kompletnie ochoty nie mamy, czy też pójść za głosem serca i, kolokwialnie rzecz ujmując, olać wszystko, co ma jakikolwiek związać z obowiązkami. Ja również stanąć musiałem w końcu przed podobnym dylematem. Pewnego pięknego, piątkowego ranka, gdy ptaszki ćwierkały za oknem, a brat chrapał jak ruski czołg jadący po polnej, kamienistej drodze za moim domem, usianej dziurami rodem ze szwajcarskiego sera, zajrzałem do szafy. Całkowicie nieprzygotowany na pobojowisko, jakie tam zastanę, cofnąłem się o cały krok. Tak, tu trzeba wreszcie posprzątać... Ale wcześniej, jak doskonale wiedziałem, patrząc na kilka znoszonych koszulek, muszę zrobić coś jeszcze.
Pójść na zakupy. I kupić ubrania.
W rodzinnych Niemczech wyciągnięcie mnie do centrum handlowego stanowiło naprawdę ogromne wyzwanie - dokonywała tego zazwyczaj Mariś, która prosiła mnie zazwyczaj o dojazd, gdy chciała tam wpaść i trochę pobuszować po sklepach. Niemniej, czas tam zawsze mi się niesamowicie dłużył, a tym bardziej teraz, kiedy musiałem wybrać tam się sam. W pobliżu nie było raczej żadnych mniejszych, tanich sklepów, gdzie mógłbym szybko uzupełnić braki w odzieży. Przez dłuższą chwilę rozważałem też, czy nie obudzić brata - we dwóch przecież zawsze raźniej! Zrezygnowałem jednak z tego pomysłu, patrząc, jak rudzielec pochrapuje cicho, przytulony do swojej poduszki, podczas gdy obok niego ulokowała się Immi, z zadowoleniem pomrukująca na miękkiej poduszce. Miałem przykre przeczucie, że kiedy Ches się obudzi, zrobi raban na pół akademika. Z drugiej strony, niech sobie śpią póki co, szczególnie ten colomaniak, bo, znając jego, znów przesiedział mnóstwo czasu w telefonie, a w tygodniu wstawał skoro świat zazwyczaj na trening. Najwyżej wyciągnę go gdzieś wieczorem, chociażby do budki z kebabami, bo mi ostatnio ciągle marudził i marudził. Tak, to jest dobry pomysł, tym bardziej, że sam od dłuższego czasu miałam ochotę na jakąś odmianę od stołówkowego żarcia, a przez nawał nauki, nie mogłem zbytnio sobie pozwolić na dalekie wypady, by coś zjeść. Tym bardziej, że szkolne jedzenie było naprawdę w porządku.
Wyjąłem na szybko jakieś ubrania z szafy - wymiętolony podkoszulek, cieplejszą bluzę i jakieś spodnie - po czym raz dwa je włożyłem na siebie. Ogarnąłem jeszcze parę spraw, po czym możliwie cicho zamknąłem za sobą drzwi, schodząc do stołówki na śniadanie. Z racji dość wczesnej pory, kręciło się po niej zaledwie paru uczniów, z czego większość była wyraźnie rozespana, wręcz podirytowana. Odebrałem również swoją porcję - kanapki i herbatę - po czym dosiadłem się do stolika zajmowanego przez Niki.
- Dzień dobry! - przywitałem się, kładąc swoją tackę obok śniadania dziewczyny. - Wyspana? Co o tak wczesnej porze tu już?
- O to samo mogłabym zapytać? - zauważyła z uśmiechem swoim cichym, spokojnym głosem. - Mam niedługo trening w klubie, więc...
- Aaa - pokiwałem głową. - Jeździecki, tak?
- Ano. Można się przyzwyczaić.
- Powiedz to Cześkowi, wiesz, jak jego jest czasami trudno ściągnąć z łóżka? - przewróciłem oczami, zabierając się za jedzenie.
- Cóż, jak nie mogę spać i czasem przeglądam internet, to widzę, że aktywny o późnych porach... a tak przy okazji, czemu ty już tu o tej porze? W piątki raczej cię tu nie widuję,zaczynacie później, no nie?
- Cóż, ja mam przykrą sprawę do załatwienia na mieście - westchnąłem. - Zakupy. A chcę teraz ogarnąć prędko parę rzeczy, żeby zaraz po lekcjach móc pójść do tego centrum.
- Hm, rozumiem, no to powodzenia! - równocześnie, wstała od swojego stołu z już pustym talerzem. - Na mnie już czas, do zobaczenia.
- Jasne. Powodzenia na treningu, papa!
Niki zniknęła, a ja parę minut później również wstałem i odniosłem we wskazane miejsce tackę z naczyniami. Wszedłem też szybko do pokoju, by wziąć się za to, co trzeba. Na pół godziny przed zajęciami obudziłem też z pewnym wysiłkiem brata, który, narzekając i mamrocząc, zlazł w końcu z łóżka.
***
Zaraz po zajęciach, rozbudzony już, raźno maszerowałem przez miasto, aż nie natrafiłem na cel swojej wędrówki. Mina mi nieco zrzedła - sam spacer był raczej przyjemny, tym bardziej, że wzbogacony o wstępny szkic fontanny w bawiącymi się obok dziećmi, który miałem potem nadzieję zrobić porządnie. Dlatego możliwe szybko obszedłem dwa czy trzy sklepy, wychodząc zeń wypompowany bardziej, niż po kilku godzinach lekcyjnych. Nogi poniosły mnie od razu pod jakąś budkę z jedzeniem pomiędzy istną plątaniną sklepów z ubraniami. Zamówiłem średnią pizzę i colę - przez przyjaciela ostatnio piłem jej zdecydowanie za dużo - a po kilku minutach wsuwałem już wesoło porcję.
Mój beztroski obiad przerwał jednak dziewczęcy, nieznajomy głos.
- Mogę? - zapytała, choć brzmiało to bardziej jak stwierdzenie oczywistości. Zajęła też od razu miejsce, kładąc obok kolorową sałatkę.
- Jasne - wymamrotałem mimo wszystko, odkładając nienapoczęty, trzeci kawałek pizzy. - Tylko, hm... znamy się może?
Wyglądała młodo, dawałem jej jakieś 16-17 lat. Była też dość wysoka, szczególnie jak na dziewczynę - prawie mojego wzrostu, jak zdążyłem też zarejestrować. Złotobrązowe włosy miała rozpuszczone, luźno ułożone na ramionach, pod ubraniami też, jak byłem pewien, kryło się wysportowane ciało. Kojarzyła się mi trochę z chłopczycą. Cóż, nie zdziwiłbym się, gdyby nią rzeczywiście była.
- Nie - zaprzeczyła.
- Rozumiem - uśmiechnąłem się. - A skąd jesteś, tak w ogóle? Przejezdna? Czy chodzisz może do Akademii Green Heels?
Każdy z deserów wyglądał przepysznie. Chłopaków mi się podobały, chociaż ja zamawiałam zawsze to samo. Czyli makaroniki z przeróżnymi nadzieniami pomiędzy. To był mój najlepszy deser, który jadłam w tutejszych kawiarenkach. Poza tym to ta kawiarenka była jak dla mnie jedną z najlepszych. Nie tylko tyle, że byli blisko ale też i ze względu na atmosferę panującą tutaj. Przyjaciel czy jak też Michael nazwał Czeslava swoim bratem nie wyglądał na szczęśliwego.
- A ty co sobie wzięłaś? - zapytał się Michael, który przyjrzał się bliżej mojemu deseru.
- Makaroniki - uśmiechnęłam się. - Poczęstujcie się, proszę - przesunęłam talerzyk bliżej chłopakom. - Ja za chwilę wrócę jak coś - wstałam na równe nogi.
Wreszcie przyjaciel Michael'a nie mógł tak sobie smutny siedzieć. Podeszłam do kelnerki, która nas wcześniej obsłużyła. Miała na imię Lia.
- Lia, mam do ciebie mała prośbę! - spojrzałam się na nią proszącym wzrokiem.
- Mów co jest. Wiesz, że zawsze ci pomożemy po tym co dla nas zrobiłaś - uśmiechnęła się wesoło. Poprosiłam ją, aby skombinowała skądś napój, który tak bardzo lubi przyjaciel chłopaka. Wzięłam przy okazji więcej słodkości dla nas. Miałam szczęście, że w tej kawiarence można wziąć taki mix wszystkich słodkości.
- Proszę chłopaki. Częstujcie się - położyłam ogromną tace ze słodkościami - Dla każdego starczy, a w razie czego można zawsze jeszcze domówić - obaj chłopcy spojrzeliśmy się na mnie, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
- Mi-chan proszę! To specjalne zamówienie dla was - tak jak mogłam się spodziewać po niej. Ona potrafiła zrobić wszystko i to dokładnie.
- Dziękuję ci Lia! - kelnerka pozostawiła szklanki w której zimna ciecz puszczała bąbelki, które unosiły się ku górze.
- Proszę dla każdego po jednym. Mam nadzieję, że będzie dobre - uśmiechnęłam się wesoło.
- Kogo jeszcze dzisiaj niesie? – powiedziałam sama do siebie.
Byłam już w koszuli nocnej gotowa położyć się spać, a raczej leżeć w
łóżku, przeglądając wszelakie strony w Internecie. Ściągnęłam ręcznik z
ramion i jeszcze raz przetarłam nim włosy. Pukanie powtórzyło się.
Rzuciłam ręcznik na łóżko, to znaczy rozkładany tapczan i ruszyłam w
kierunki drzwi.
- Już idę! – otworzyłam drzwi i zanim zobaczyłam, że w drzwiach stoi Michael, warknęłam. – Czego?
Zrobiło mi się głupio, a chłopak zaniemówił z wrażenia. Widocznie chciał
coś powiedzieć, ale teraz nie wiedział, czy może się odezwać. Sama nie
wiedziałam, co w tym momencie mam zrobić. Wiedziałam, że nie będziemy
gadać na korytarzu. Wciągnęłam go do środka za rękę i zamknęłam drzwi.
Zbliżała się dziewiętnasta, wiec mógł u mnie jeszcze posiedzieć w
pokoju. Odchrząknęłam delikatnie i zaczęłam jeszcze raz. Zdecydowanie
łagodniej niż ostatnio.
- Nie spodziewałam się ciebie o tej porze i w dodatku w moim pokoju.
Proszę wybaczyć bałagan. Co cię tu tak właściwie sprowadza? – strasznie
sztucznie to zabrzmiało.
Co ja mogłam poradzić? Co Michael tu robi?! Zachowywałam się
podejrzanie. Postarałam się ogarnąć i trochę uporządkować pokój.
Mianowicie zgarnęłam ręcznik, bluzkę i… Nogą szybko zamiotłam bieliznę
pod biurko, która niechlujnie leżała na podłodze.
- Wiesz, chciałem sprawdzić, jak się czujesz. Zaniepokoiło mnie twoje nagłe wyparowanie z sali. – rozglądał się po pokoju.
Na wpół słuchałam, co mówi, bo moje myśli były zajęte tym, co powinnam
jeszcze była sprzątnąć sprzed jego wzroku. Kolejna była butelka
opróżniona zeszłej nocy. Wylądowała do kosza obok biurka.
- Dobrze, już mi lepiej. Cieszę się, że się martwisz… To znaczy, że
myślisz o mnie… Co ja mówię? Wiesz, o co mi chodzi. – zamknęłam szybko
drzwi od łazienki.
W końcu ustałam w miejscu. Nie trwało to długo. Michael ciągle się mi
przypatrywał. Nie umiałam ustać w bezruchu. Jak nie chodziłam, to ręce
same mi się trzęsły.
- Bez urazy, ale nie wyglądasz. Spadła ci gorączka.
- Tak jakby… -znowu zaczęłam łazić.
Chłopak złapał mnie za głowę, przykładając swoją chłodną dłoń do mojego czoła. Aż tak jestem ciepła, czy to on jest taki zimny?
- Powinnaś leżeć w łóżku, a nie łazić.
- Nic mi nie jest i tak mam zaległości w szkole.
- Jak jutro zostaniesz w łóżku, to ci mogę pożyczyć moje stare notatki z pierwszej klasy. Też jestem z lingwistycznej klasy.
W sumie, czemu nie. Może powinnam sobie zrobić przerwę. Nie wiem, czy to przez niego, ale nie czułam się w pełni zdrowa.
- Zgoda.
- Świetnie. W takim razie jutro do ciebie wpadnę z zeszytami, jak będziesz grzeczna i odpoczniesz.
Rozmawialiśmy tak jeszcze przez pewien czas o naszych zainteresowaniach i
życiu szkolnym aż nie zrobiło się późno. Dochodziła prawie dwudziesta
pierwsza. To ja musiałam być strażniczką zasad i powiedziałam mu o
godzinie.
- Michael, miło mi się z tobą rozmawia i nie chcę, żeby to brzmiało, jakbym cię wyganiała, ale późno już się zrobiło.
- No tak, ty masz odpoczywać. – chłopak wstał i zaczął się zbierać do wyjścia. – Ja już będę uciekać. Uważaj na siebie.
- Jasne. – odprowadziłam go za drzwi i kiedy miał już iść, dodałam. – Michael…
- Tak? – spojrzał przez ramię.
- Wpadaj do mnie częściej, nawet jak byś nie miał ważnego powodu. Do jutra. – zamknęłam drzwi, nie czekając na odpowiedź.
Westchnęłam, czułam jednocześnie ulgę i niedosyt tej wizyty. Cieszyłam
się, że już po wszystkim, moje ciało się rozluźniło, ale dusza chciała
zatrzymać go na dłużej by z nim jeszcze pogadać.
- Zdecydowanie za wcześnie na jakiekolwiek wyznania. Nie znam tego chłopaka. – myślałam na głos.
Powinnam zmierzyć sobie temperaturę, czy nie dostałam tej temperatury,
łapiąc jakiegoś choróbska. Z każdą chwilą robiło się coraz zimniej.
Zrobiłam tak, jak powiedział. Położyłam się odpocząć i od razu zasnęła.
Nieco skonsternowany, patrzyłem przez kilka dłuższych chwil na zamknięte
drzwi, z których dosłownie sekundę temu wypadła jak burza Astrid. Z
której strony by na to nie spojrzeć, miała oryginalne i wejście, i
wyjście. Miałem też szczerą nadzieję, że naprawdę nie złapie jej żadna
poważniejsza choroba. Może po lekcjach wypadałoby zajrzeć do jej pokoju i
upewnić się, że wszystko gra? Z drugiej strony, nawet nie wiem, pod
jakim numerem mieszka. Ba, nawet nie wiedziałem, z której klasy tak
właściwie jest, tylko tyle, że zapewne z jednej z pierwszych, no i że
przeniosła się tu niedawno. Powinienem zatem złapać ją w razie czego na
kolacji, kiedy większość uczniów przychodziła do stołówki, by nie kłaść
się spać z pustymi żołądkami. Tym bardziej, że szkolne żarcie było
naprawdę w porządku.
Moje rozmyślania przerwał jednak dzwonek wzywający na lekcje. Strzeliłem
jeszcze szybko kośćmi palców i spojrzałem pobieżnie na strój - nieco
poplamiony, ale powinno jakoś przejść, tym bardziej, że teraz planowo
mieliśmy lekcję z wychowawczynią, panią Sparks. Była naprawdę
wyrozumiała i ciepłą osobą, acz nie przepadała za spóźnialskimi, tym
bardziej, że mieliśmy zapowiedziany mały test ze z zakresu
zakwaterowania - czyli między innymi słówka takie jak rodzaje budowli, a
także trochę o tym, jak zarezerwować pokój w hotelu i inne tego rodzaju
mniejsze lub większe pierdółki. Westchnąłem z rezygnacją. Powinienem
był nad tym trochę dłużej posiedzieć. Po raz ostatni spojrzałem na
zostawiony na sztaludze obraz i wyszedłem z pomieszczenia, ostrożnie
zamykając za sobą drzwi. Dziarskim krokiem zacząłem iść w stronę sali,
mijając po drodze uczniów śpieszących się na lekcje - w tym tłumie nie
dostrzegłem jednak Astrid. Może rzeczywiście poczuła się gorzej i
wróciła do siebie?
Pod swoją klasą złapałem jednak przyjaciela - Ches rozmawiał o czymś z
Niki i Aną, obie dziewczyny trzymały też w dłoniach podręczniki z
hiszpańskiego otwarte na słowniczku z działu, z którego zaraz mieliśmy
pisać test.
- Hej - przywitałem się, podchodząc do grupki. - Ty brat nic nie powtarzasz? Umiesz już wszystko.
- Sakra, oby - mruknął z krzywym uśmiechem. Poczochrałem go lekko po rudej czuprynie.
- Jak zaliczysz, postawię ci colę - obiecałem.
- A musi to być test, drogi Walterze? - uniósł brwi w charakterystyczny
sposób, który sprawiał, że nagle cała poprzednia treść mojego zdania,
obojętnie jak bardzo dotycząca nauki hiszpańskiego, teraz stała się
wręcz podejrzanie dwuznaczna.
- Tak, ty zboczony kurduplu - potaknąłem, przewracając oczami. Miałem tylko nadzieję, że dziewczyny niczego nie usłyszały.
- Pfff - mruknął, zwieszając głowę.
- No hej, brat, dobrze będzie! - zawołałem, klepiąc go po plecach.
Zanim chłopak zdążył odpowiedzieć, tuż obok nas rozległ się sympatyczny głos nauczycielki:
- Mam nadzieję, moi drodzy!
- O, dzień dobry! - odwróciłem się i cofnąłem o krok ,by przepuścić
kobietę. Ta zaś wyjęła odpowiedni klucz i otworzyła klasę, gestem
zapraszając nas do środka.
Kiedy wszyscy się już usadzili, pani Sparks rozdała testy, zerkając też na zegarek.
- Dwadzieścia minut powinno wystarczyć, jeśli będzie potrzeba, przedłużymy. Powodzenia!
Po klasie przebiegł zgodny pomruk, oznaczający w założeniu "Dziękujemy".
Zapadła cisza, przerywana tylko szuraniem długopisu po kartkach i
rzadkich, przyciszonych szeptach, a także odgłosem dmuchania w
chusteczkę - Nagisa i Collin byli ostatnimi czasy trochę podziębieni.
Sam również zabrałem się za czytanie i wypełnianie poleceń, usiłując
jako tako przestawić się na "tryb hiszpański", chociaż ten język akurat
nigdy nie był moją najmocniejszą stroną.
***
Po lekcjach, nieco zmęczony, wróciłem razem z Chesem do pokoju, dając
Immi jeść i przebierając się w czyste ubrania - miałem nadzieję, że
farba da się w miarę łatwo sprać. Usiadłem też do lekcji, zerkając też
co chwila na zegarek, odliczając minuty do kolacji. Nie tyle tylko, co
głody byłem, o tyle co zastanawiałem się, jak czy u Astrid już wszystko
dobrze.
- Tak w ogóle, brat - zagadnąłem, stwierdzając, że szczęście się może do
mnie uśmiechnie. - Kojarzysz może taką jedną nową z młodszych klas?
- Huh? - uniósł głowę znad ekranu telefonu, na którym stukał coś w szybkim tempie. - Którą? Czemu pytasz?
- Astrid. Zaszła dzisiaj do pokoju klubowego, jak malowałem obraz na konkurs...
- O właśnie, jak ci idzie?
- A skończyłem - uśmiechnąłem się szeroko. -Mam nawet zdjęcie, jutro mogę ci oryginał pokazać.
Chłopak podszedł, gdy włączyłem telefon, odszukując w galerii odpowiednie zdjęcie. Przypatrzył się też namalowanej dziewczynie.
- No nieźle, nieźle - uśmiechnął się. - A dziewczynę kojarzę. Ale nadal
żądam pikantnych szczegółów, cóż takiego zaszło w pokoju klubowym, że
się dopytujesz.
- Pff - westchnąłem. - Trochę gorzej się chyba czuła, więc jestem ciekaw, czy już lepiej.
- A czemu ją namalowałeś?
- Troszkę mnie wystraszyła - uśmiechnąłem się z zakłopotaniem. -I
walnąłem na prawie gotowym obrazie taką grubą, czarną krechę...
- Och, sakra - skrzywił się.
- No, ale że akurat i ona ma ciemne włosy, to ją postanowiłem tam
umieścić. Zatem ostatecznie wyszło lepiej, niż miało być. To jak? Podasz
mi teraz, do jakiej klasy chodzi?
- Hm... - zastanowił się dłuższą chwilę. - Do Ib.
- Okey, dzięki. Tak w ogóle, może już byśmy poszli na stołówkę?
- Jestem za - wyszczerzył się.
- Zdziwiłbym się, gdybyś odpowiedział inaczej, głodomorze.
***
Gdy zaszliśmy na stołówkę - akurat tego dnia na kolację podawali
jajecznicę - wypatrywałem uważnie znajomej sylwetki dziewczyny, nigdzie
jej jednak nie dostrzegłem. Może rzeczywiście słabo się czuje? Chyba że
przyjdzie później. Ale mimo wszystko...
Wypatrzyłem jednak w tłumie Akane, którą znałem z widzenia - była
dziewczyną Anthony'ego, z którym jednak chodziłem do tego samego klubu.
No i oboje chodzili do Ib.
- Zaraz wracam, Ches - mruknąłem, podnosząc się. Podszedłem do stolika zajmowanego przez dziewczynę.
- Hej, wybacz, że przeszkadzam... kojarzysz mnie może ogółem?
- Hm? - spojrzała na mnie, wyraźnie nieco zaskoczona. - Michael z IIb, tak?
- Zgadza się - przyznałem. - Gdzie zgubiłaś Anthony'ego ogółem?
- Zjadł już i wyszedł wcześniej, żeby powtórzyć na jutro. Mamy test z biologii - wyjaśniła.
- O, powodzenia. Układ krwionośny, dobrze kojarzę. Coś chyba ostatnio wspomniał.
- Tak. O co chodzi ogółem, coś z nim?
- Aaa... nie, nie. Chciałem tylko zapytać, chodzisz może do klasy z taką Astrid?
- Tak, niedawno się przeniosła tu.
- O, dobrze słyszeć. Wiesz może ogółem,co u niej? W porządku się czuje i tak dalej? W sensie, tak od przerwy obiadowej?
- Cały dzień było dobrze, ale dzisiaj akurat mały misz-masz z lekcjami
mieliśmy i dużo wcześniej skończyliśmy, więc od tamtego czasu jej nie
widziałam... czemu pytasz?
- A, tak jakoś - mruknąłem. - Dobra, jeszcze jedno. Wiesz może, w którym pokoju mieszka?
- Och... - zastanowiła się chwilkę. - Czekaj, chyba nawet sobie zapisałam, żeby mieć w razie czego...
- Jasne, jasne - uśmiechnąłem się. - Przepraszam za kłopot ogółem.
- Daj spokój - machnęła ręką. W końcu wyjęła kartkę i wybrała spośród
całkiem pokaźnej listy pokój, w którym mieszkać miała właśnie Astrid.
Troszkę zdziwił mnie fakt, że takową posiada, ale... może nauczyciel jej
niedawno dał, żeby coś tam zrobiła? Albo cokolwiek?
- Okey, dzięki wielkie. To ja uciekam, cześć. O właśnie, pozdrów Anthony'ego.
- Jasne, do zobaczenia - skinęła głową, po czym wróciła do swojej porcji.
Wróciłem do stolika.
- No, wszystko mam - uśmiechnąłem się.
- Misiek jako profesjonalny stalker? - zapytał Ches.
- Tak, tak - przewróciłem oczami, po czym odsunąłem krzesło, kończąc
szybko swoją porcję. - Brat, ja się trochę wcześniej dzisiaj będę
zmywał, wrócę za niedługo do pokoju, dzwoń jak coś.
- Jasne! Jakby ten kot zaczął coś odwalać, będę się dobijał.
- Chyba zacznę tracić nadzieję, że się dogadacie - westchnąłem, wstając z
tacką z naczyniami, gdy skończyłem porcję. Odniosłem wszystko we
wskazane miejsce, po czym szybkim krokiem ruszyłem w stronę damskiej
części akademika, mając nadzieję, że szybko znajdę odpowiedni pokój, co
zresztą po chwili się udało.
- No, mam tylko nadzieję, że to dobry numer - mruknąłem jeszcze tylko do siebie.
Zastukałem lekko, czekając na odpowiedź. Zaraz ogarnęły mnie wątpliwości
- w sumie, bez żadnego uprzedzenia, wieczorem wręcz wpraszałem się do
pokoju dopiero co poznanej dziewczyny. Miałem jednak nadzieję, że Astrid
nie będzie zła ani nic. No i że w ogóle zaszedłem pod dobry pokój...
Stanąłem nieco zdenerwowany przed drzwiami do pokoju Madeleine, po raz
setny wyjmując z kieszeni powyciąganej bluzy pogniecioną kartkę z
numerem, upewniając się, że pokrywa się z tabliczką przybitą na szybko,
minimalnie krzywo, do drzwi. Wszystko się zgadzało co do joty, uniosłem
zatem zwiniętą w pięść dłoń i zastukałem cicho.
- Wejść - usłyszałem znajomy, nieco burkliwy głos.
Ścisnąłem nieco mocniej siatkę trzymaną w drugiej ręce i nacisnąłem
gładką klamkę, otwierając drzwi - zawiasy cicho zaskrzypiały, acz
poddały się bez problemu. Szybko wszedłem zatem do środka i zamknąłem je
za sobą, z ciekawością rozglądając się po wnętrzu. Panował tu lekki
bałagan, acz w gruncie rzeczy, pokój był naprawdę sympatyczny, jak
zarejestrowałem po chwili - porównując zresztą wszystko to do syfu, jaki
zwykł panować w "207 i pół" moim i Cześka, tu zdawał się panować
idealny wręcz porządek. No tak, w końcu mieszka tu dziewczyna, jak też
pomyślałem z uśmiechem. Zdecydowana większość przedstawicielek płci
żeńskiej, których pokoje dane mi było oglądać, nie tylko w Akademii,
utrzymywała swoje mieszkania we wręcz nieskazitelnej czystości, która
nieraz wręcz peszyła. W pokoju Mad można się było natomiast poczuć dużo
swobodniej, bez wrażenia dopadającego co chwilę człowieka, że porządek
całego Wszechświata zostanie zburzony, gdy osiądzie tu nieproszona
drobina kurzu.
Dziewczyna odchrząknęła cicho. Zaraz się zreflektowałem - no tak,
stanąłem w progu i w ciszy tak stałem, lustrując uważnie całe
pomieszczenie.
- Hej - zacząłem zatem. - Mam trochę przekąsek. Lubisz może paluszki?
- Ta. Siadaj - odparła w odpowiedzi, wskazując na miejsce obok siebie,
które to i zaraz zająłem. Wyjąłem przy okazji przyniesione przekąski w
postaci butelki soku pomarańczowego, żelków, ciastek czekoladowych i
wspomnianych wcześniej paluszków.
- A kubki? Masz może? Bo akurat ich nie wziąłem.
Mad westchnęła, wyraźnie nieco podirytowana. Wstała jednak i podeszła do
szafki, grzebiąc przez kilka chwil między naczyniami, aż w końcu
przyniosła dwa całkiem spore - jeden w jednolitą, granatową barwę, a
drugi - szary w żółte paski. A może żółty w szare paski? Postawiła je na
biurku i usiadła z powrotem na krześle, przekartkowując przy okazji
strony zeszytu, aż otworzyła na odpowiedniej stronie. Zajrzałem do
niego, przez kilka chwil czytając zadania, by zorientować się, w czym
takim rzecz. Logarytmy. Cóż, sam je średnio ogarniałem i gdy w drugiej
klasie mieliśmy ten temat rozszerzany, musiałem nad nimi sporo siedzieć,
korzystając i z pomocy brata, ale ostatecznie, jak miałem nadzieję,
wszystko całkiem zgrabnie ogarnąłem.
- Więc? - Mad uniosła brwi. Im wcześniej zaczniemy, tym prędzej skończymy.
- Porządna dawka optymizmu i zapału, jak widzę - zaśmiałem się. - Chwila, chwila, przejrzę to tylko nieco dokładniej.
Skinęła głową.
- No dobra, to zaczynamy od podstaw - postanowiłem, biorąc czystą kartkę
papieru. Zacząłem pisać na niej działania wyjaśniające je ogółem. -
Pamiętaj, że te i a i b zawsze muszą być dodatnie, a a nigdy nie może
wynosić się jeden - dla podkreślenia swoich słów, napisałem te
informacje w bardziej "matematycznej formie".
- Tyle wiem - burknęła.
- To dobrze - skinąłem głową, po czym wziąłem ciastko, stukając
równocześnie zatyczką długopisu i biurko. - No to, jak z podręcznika,
logarytm liczby b, będący przy podstawie jakiejś liczby, tu a, jest
wykładnikiem potęgi, do której musimy podnieść a, jeśli chcemy otrzymać
liczbę logarytmowaną b... rozumiesz?
- Tyle to ja wiem z podręcznika - burknęła, pokazując mi podobną definicję.
- No to porobimy parę przykładów, co? Teoria teorią, żeby się nauczyć
matematyki, przede wszystkim trzeba posiedzieć nad ćwiczeniami -
zacząłem pisać przykłady, biorąc trochę z głowy, trochę z podręcznika.
- Mnie? - zapytałam zdziwiona.
Spojrzałam jeszcze raz na jego obraz. Wcale tak źle to nie wyglądało,
ale skoro chłopak ma koncepcje, to niech będzie. Byłam zadowolona, że
będę mu pozowała. Chłopak kiwał głową.
- A o kim mowa? – zapytał.
- W sumie to tak jakby przeze mnie… Zgoda. Kidy zaczynamy?
- Teraz.
- W sensie już? W tych szmatkach? – rozciągnęłam mundurek szkolny. – Nie
możemy tego przełożyć albo spotkać się za chwilkę? Zdążyłabym się ubrać
w coś normalnego.
- Dobrze w nim wyglądasz. Nie wiem, o co ci chodzi. – uśmiechnął się
lekko chłopak. – To na konkurs szkolny, więc mundurek jest jak
najbardziej na temat.
Spojrzałam na niego surowym okiem. Mnie osobiście szkolny ubiór…
łagodnie ujmując, jest drętwy. Westchnęłam, nie będąc przekonana do tego
pomysłu. W szafie mam tyle ładnych ubrań, a on mówi, że mundurek jest
„ok”. Jego praca, nie mam nic przeciwko. Może jednak go trochę zmienię?
- W porządku. – szłam w kierunku ławki znajdującej się przed sztalugą.
Zdjęłam z siebie marynarkę, którą rzuciłam na blat. Zakasałam rękawy od
koszuli i rozpięłam kilka guzików, ściągając czerwoną wstążkę. Nosiłam
ją zawsze, by choć trochę ożywić ten uniform. W końcu usiadłam koło
czarnej marynarki, którą miałam zamiar wykorzystać jako poduszkę pod
łokieć.
- Może być tutaj? Jestem gotowa. – czekałam na reakcję Michaela, któremu skradłam zdjęcie.
- Jest dobrze. – krząknął.
Uśmiechnęłam się do niego, a on schował głowę za sztalugę. Uroczy!
Jestem ciekawa czy ma już jakąś na oku. Skoro ma takie podejście do
dziewczyn jak do mnie, to raczej nie. Położyłam się na połączonych ze
sobą ławkach. Podparłam się na łokciu, a drugą rękę położyłam na boku
wzdłuż ciała. Michael wychylił się spojrzał, marszcząc brwi.
- Może lepiej będzie jednak, jak byś siedziała.
Usiadłam tak jak wcześniej, na co chłopak znowu mnie poprawił.
- Nogi musisz mieć na ławce.
Zawinęłam je obok siebie i podparłam się na ręce po przeciwnej stronie, co podkulone nogi.
- Długo ci się z tym zejdzie? – zapytałam z ciekawości.
- Tak z pół godzinki. – mierzył mnie końcówką pędzla.
- Nie wiem, czy dam radę tak długo się uśmiechać. Nie jestem do tego
przyzwyczajona. – czułam, jak samoistnie kąciki ust unosiły się ku
górze.
Dobrze spotkać tu kogoś takiego. Jest miły i przystojny. W dodatku
uniknął poznania mojej drugiej strony. To już by był koniec tej krótkiej
znajomości, gdyby był zły o tę czarną smugę. Przykro byłoby mieć
takiego rudawego blondyna za wroga.
Cały ten czas bycia sztywnym posągiem myślałam o przeczesaniu jego
grzywy palcami. Dobrze, że przyjęłam sobie wygodną pozycję, bo zegarek
na ścianie pokazał upływ dopiero kwadransa, a ja już czułam, jak nogi
zaczynają mi drętwieć. Mimowolnie uśmiechałam się za każdym razem, gdy
młody artysta wyglądał zza płótna. Jeszcze zmarszczek od tego dostanę.
Nie mogłam się jednak pozbyć tego głupawego uśmieszku. Zezłoszczona na
samą siebie wytknęłam język, by się nie uśmiechnąć. Wystarczyło, że
Michael spojrzał na mnie, by i ta sztuka mi nie wyszła. Ugryzłam się w
język, którego nie zdążyłam schować, podczas gdy mięśnie twarzy dążyły
do zrobienia pogodnego uśmiechu. Zdziwiony Michael zerknął na mnie
szybciej niż zwykle, przyglądając się mojej minie. Miałam już schowany
język, widocznie skupiał się na czymś innym w tym momencie i nie
zauważył tego szczegółu dokładnie. Prawie wybuchłam śmiechem z tego
powodu… Co się ze mną dzieje?! Na zewnątrz moje ciało zachowywało się
zupełnie inaczej, niż bym tego chciała. Chyba chora jestem, bo mimo
rozpiętej koszuli i podwiniętych rękawów było mi gorąco.
- Skończone. Możesz się zobaczyć Astrid. – powiedział blondyn, odkładając paletę i pędzel.
Schodząc z ławki, nogi same mi się ugięły. Nie trudno sobie wyobrazić,
co się dzieje z osobą, która ma niedowład w nogach. Zwykle ląduje na
ziemi, ale nie tym razem. Upadek wcale nie był bolesny. Miałam wrażenie,
że skończy się to podobnie, jak ze szpilkami, które nosiłam po raz
pierwszy. Otworzyłam oczy, słysząc głos Michaela.
- Nic ci nie jest?
- Wszystko gra, krew mi do nóg jeszcze nie spłynęłaaaa…
Aaa! Jaka ze mnie niezdara! Leżałam na rękach Michaela. Tak, nie! Tak być nie powinno!
- Jakaś rozpalona jesteś. Nie jesteś chora?
Oj chyba to nie choroba! Na tak bladej cerze widać każdy najmniejszy
rumieniec, a ja się czułam jak pomidor. Pierwszy raz mnie coś takiego
spotkało. Chciałam wstać, ale pomógł mi w tym chłopak, bo sama jeszcze
własnych nóg dobrze nie czułam.
- Nie czuję się najlepiej, ale w końcu do szkoły trzeba chodzić,
zwłaszcza, jak się w połowie pierwszego semestru przenosi. – skłamałam,
by nie miał najmniejszych podejrzeń. – Będę się już do siebie zbierała,
dzięki za dzisiaj, mam nadzieję, że mogłam pomóc bardziej niż nabroić.
Złapałam wszystkie swoje rzeczy i wybiegłam z sali, trzaskając za sobą
drzwiami, o które się oparłam. Musiałam złapać myśli oraz oddech.
Ukradkiem oka zobaczyłam, jak ktoś się na mnie patrzy. W mgnieniu oka na
mojej twarzy zagościł spokój.
- Co się tak gapisz! – parsknęłam do przechodnia, który uciekł szybkim krokiem.
Wzięłam głęboki oddech. Nałożyłam marynarkę i poszłam przed siebie. W
sumie to się nie dziwię przechodniowi. Sama bym chciała wiedzieć, co się
stało dziewczynie czerwonej jak burak, o płytkim oddechu i ubiorze jak z
jakiegoś aktu. Uśmiechnęłam się pod nosem i doprowadziłam do porządku,
wsiąkając w moją internetową codzienność. Dosłownie tak, jak gdyby myśli
sprzed chwili zostały w innym świecie i nie miałyby teraz żadnego
znaczenia.
<Michael?>
Szturchnąłem lekko brata, który zdawał się być jakiś przygaszony, odkąd
dowiedział się, że w Cafe Salvatore nie ma szans na dostanie coli.
Miałem tylko nadzieję, że po drodze znajdziemy jakiś otwarty spożywczak.
Tymczasem jednak Ches patrzył na Miyako, dziwnie cichy, wręcz spokojny.
Oj tak, jak tylko zajdziemy do sklepu, kupię porządny zapas jego
ukochanego napoju.
- Tak. Chodzę tutaj prawie że co dziennie. Przez to, że muszę często coś
robić, mogę spokojnie tutaj przyjść, porozmawiać, spędzić miło czas i
chociaż przez chwilę odpocząć od obowiązków - oznajmiła dziewczyna
wesoło. Pokręciłem głową z lekkim uśmiechem, patrząc to na blondynkę, to
na rudzielca. Jakby ktoś zamienił ich osobowościami po prostu.
- Nie dziwię się, urocze miejsce - stwierdziłem, uważnie badając wzrokiem miejsce. - Chociaż sam przychodzę tu raczej rzadko.
- Ja też - potwierdził Ches.
- W twoim przypadku to akurat nie jest dziwne, colomaniaku jeden -
wytknąłem mu, targając lekko czuprynę chłopaka. - Daleko stąd do budki z
kebabami, co nie?
- Jakieś... - zamyślił się na kilka długich sekund. - Hm, siedemset dwadzieścia trzy metry.
Miyako z szeroko otwartymi oczami spojrzała na Chesa. W odpowiedzi machnąłem szeroko ręką.
- Na oko - wyjaśniłem. - Kiedyś mu uwierzyłem w kwestii sprintu do spożywczaka. Nie polecam.
- Pfff!
- Ty mi już tu nie pufaj, brat - zaśmiałem się. Zaraz jednak urwałem,
zobaczywszy, jak zbliża się kelnerka z naszymi porcjami. Lawirując
między stolikami, w końcu podeszła pod nasz, odstawiając z ulgą tacę na
stół. Szklane naczynia zadźwięczały cicho, ale nie pospadały, na całe
szczęście.
- Proszę, Mi-chan, dla ciebie - uśmiechnęła się szeroko, podając dziewczynie jej zamówienie.
- Dla mnie szarlotka z gorącą czekoladą - powiedziałem, odbierając swoją
porcję. Po chwili Ches wziął także własne zamówienie, czyli też gorącą
czekoladę razem z jakimiś łakociami, których nazwy nie znałem, choć
wyglądały apetycznie.
- To wszystko? - zapytała kelnerka, podnosząc pustą już tacę.
- Tak, dziękujemy.
Kobieta skinęła lekko głową i odeszła, po drodze zgarniając naczynia, które zostawili po sobie klienci.
- Pozwolisz, brat - uśmiechnąłem się, zgarniając z talerza przyjaciela jedno z małych ciasteczek.
- Hej!- zaprotestował głośno.
- Będziesz mógł wziąć sobie kawałek mojej szarlotki - obiecałem mu, a
ten w odpowiedzi odkroił sobie widelczykiem pokaźny kawałek, biorąc go
do siebie. Przewróciłem tylko oczami, ale na widok zadowolonej miny
brata, pozwoliłem sobie na zabranie jeszcze dwóch ciastek, obficie
posypanych cukrem pudrem. Tym razem już, na szczęście, nie spotkałem się
z żadnym protestem.
Wziąłem się też za napój - gorąca, słodka czekolada, idealna na chłodne,
jesienne wieczory. Jeśli mam być szczery, niezbyt przepadam za tą porę
roku, szczególnie tuż przed zimą. Plucha, ciągle pada... z drugiej
strony, miała też swój urok. Jak wszystko - no i dzięki niej myślami
wracałem do dni spędzonych w rodzinnym domu w Niemczech, gdzie w takie
właśnie dni siadaliśmy wszyscy w salonie i rozmawialiśmy do późna. Na
samo wspomnienie dziesiątek przegranych partii szachów z dziadkiem,
kilku remisów i nielicznych wygranych, uśmiechnąłem się pod nosem. Takie
wspomnienia potrafiły mnie zagrzać równie dobrze, co porządna, gorąca
czekolada.
Zerknąłem też na Miyako, jedzącą właśnie swoją porcję.
- A ty co sobie wzięłaś? - zapytałem.
< Miyako? Wybacz, że dopiero odpisuję, szkoła zabiera i czas, i wenę >
Od dawna nie wciągnął mnie do tego stopnia żaden obraz. A biorąc pod
uwagę, jak nieprzytomny potrafię być podczas tworzenia moich prac, to
naprawdę dziwne, że pamiętałem o czymś takim, jak obiad czy lekcje.
Zazwyczaj maluję u siebie w pokoju, jednym uchem słuchając Cześka lub
Immi, kiedy wszystko wylatuje drugim - nie zliczę, ile razy już przez to
kotka była na mnie obrażona. Tworzenie obrazów przenosiło mnie jednak w
inny świat, do krainy kolorów, pędzli i farb, gdzie nie istniały żadne
dźwięki poza śpiewami kolorów i gdzie nie dało się uświadczyć obecności
jakichkolwiek widoków poza tym zawężonym do płótna i tworzonego modelu.
Mimo wszystko, lubiłem, gdy przy okazji ktoś obok mnie mówił, w
szczególności brat.
Dzisiaj jednak wymigałem się od wszystkiego - zadowoliłem się kanapkami
zjedzonymi rano i, pomijając obiad, zaraz po dzwonku obwieszczającym
koniec języka angielskiego, pognałem jak strzała w stronę pokoju
klubowego, by skończyć swój obraz na konkurs - widok na Akademię Green
Heels z okna. Chciałem dobrze oddać roztaczającą się wszędzie dookoła
jesienną aurę, więc szczególnie dużo uwagi poświęcałem nie tyle co na
najważniejsze punkty, co na szczegóły, jak zbłąkany promyk słońca,
oświetlający złoto-rudy liść, ostatkiem trzymający się gałęzi wiekowego,
sękatego drzewa - wystarczyłby jeden zbłąkany, nieco mocniejszy podmuch
wiatru, by z wdziękiem baletnicy z "Jeziora łabędziego" dołączyć do
swych braci na ziemi, którzy zdążyli wyścielić ziemię miękkim,
wielobarwnym dywanem.
Wtem jednak z zadumy wytrącił mnie niespodziewany dźwięk aparatu.
Drgnąłem, wykonując niezamierzony ruch pędzla po płótnie - długa, czarna
krecha przebiegła przez środek liściastego kobierca.
Odwróciłem się w stronę drzwi, a mój wzrok natrafił na nieznajomą osobę, zapewne nową zarówno w szkole, jak i naszym klubie.
- Przepraszam! Nie chciałam przeszkadzać. Tylko się rozglądałam, Astrid jestem.
Westchnąłem cicho, z rozżaleniem patrząc na prawie gotowy obraz, który
teraz szpeciła czarna, przebiegająca niemal przez sam środek kreska -
dość krótka, to prawda, acz trudna do zmazania. Z drugiej strony jednak,
wyładowanie złości na dziewczynie nic mi nie da, tym bardziej, że i tak
była wyraźnie zestresowana. Nerwowym ruchem wetknęła aparat do kieszeni
bluzy.
- Rozumiem, rozumiem - machnąłem ręką w której, jak sobie za późno
przypomniałem, wciąż trzymałem świeżo umoczony w farbie pędzel. Kilka
kropli gęstej, burej cieczy spadło na moje spodnie. - Scheisse -
mruknąłem pod nosem. - Na przyszłość tylko mów coś, jak wchodzisz,
dobra?
- Taa - mruknęła.
- Tak w ogóle, to miło mi - wstałem, strzykając kośćmi w palcach, po
czym wyciągnąłem dłoń w stronę dziewczyny. - Michael Rosenthal z IIb,
miło mi. Nowa jesteś, zgadłem?
Potwierdziła skinięciem głowy.
- Cóż, zawsze to miło, jak ktoś dołącza. Ale teraz za wielu członków nie
spotkasz, jeśli chcesz porozmawiać z przewodniczącą, kończy wszystko
około piętnastej, czyli w klubie pewnie będzie jakoś wpół do piątej.
- Nie trzeba, ale rozumiem.
Zdmuchnęła z czoła niesforne, czarne pasmo włosów i wtedy też
zauważyłem, jak niespotykane ma oczy - lewe czerwone, prawe żółte. Jak
barwy jesieni.
A gdyby tak...
- Astrid, masz czas? - wypaliłem.
Zmarszczyła brwi, wyraźnie nieco skonsternowana.
- Czemu pytasz?
- Widzisz, kiedy wystraszyłaś mnie chwilę temu - wyszczerzyłem się
szeroko - to przez przypadek maznąłem po obrazie czarną krechę...
- Nie przepadam za malowaniem, wolę szkicować - uprzedziła.
- Naprawdę? Huh, to się dogadasz z Lindsey, przewodniczącą. Podpytaj ją,
ma niesamowitą wiedzę o ołówku. W każdym razie, ponawiam pytanie: masz
czas?
- Zależy - odparła ostrożnie.
- Bardzo dyplomatyczna odpowiedź - pochwaliłem, wywracając oczami. - W
każdym razie, masz włosy w identycznym, czarnym kolorze i ciekawe barwy
oczu, jak jesienne barwy. Miałabyś czas, żeby pozować do obrazu? Krechy
już nie zmażę, więc pomyślałem, że namaluję postać leżącą na liściach.
Pierwszy dzień w nowej szkole. Poprzednia nie była najlepszym trafem.
Mam nadzieję, że tu będzie lepiej. Patrząc na status szkoły, to ludzi
dzieli się na uzdolnionych i bogatych jak ja. Raczej powinnam sobie
znaleźć towarzystwo, nie takie jak ze wczorajszej nocy. Eh, głęboki
oddech i głowa do góry. Otworzyłam drzwi od Sali lekcyjnej, gdzie
znajdować się miała moja przyszła klasa.
- Pierwsza B? – zapytałam.
- Tak, proszę. – dostałam zaproszenie od nauczyciela.
Nie raz przedstawiałam się klasie, ale i tak byłam zdziwiona. Jej
frekwencja wynosiła tylko dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Są jacyś
nieobecni?
- Miło mi was poznać. Ja jestem Astrid i od dzisiaj będę do tej klasy przynależała.
Stara jak świat formułka niezapewniająca niczego. Nie lubię przesiadywać
na lekcjach. Wyjątkiem jest poezja i dlatego wybrałam sobie taki, a nie
inny profil.
- Ze wzajemnością, zajmij sobie miejsce. – nauczyciel wskazał grupkę.
Usiadłam na tyłach, czyli w trzeciej ławce. Dwie wcześniej były zajęte
przez siedzące parami osoby. Miłość, nie miłość? To pierwsza klasa.
Siedzą tak pewnie dla oszczędności głosu nauczyciela, prawda?
Nowe zawsze interesuje, ciekawi i przyciąga, ale nie kogoś, kto szkoły
zmienia tak często, jak ja. Nie zależy mi na wynikach w nauce. Moja
przyszłość od dawna jest już ułożona. Jako jedynaczka, jestem jedyną
spadkobierczynią majątku rodziców. Mnie zależy na dobrej zabawie i przy
dobrych wiatrach prawdziwym przyjacielu, czy też przyjaciółce. Każda
poprzednia szkoła na długo zapamięta moje nazwisko.
Zajęcia minęły bez szwanku, poznałam te cztery osóbki i dowiedziałam
się, że to cała nasza „liczna” klasa. Nie zapamiętałam ich imion. Nie
szczególnie zapadli mi w pamięć. Po zajęciach opuściłam swoich klasowych
przyjaciół i udałam się do sali „miłośników sztuki”. Była przerwa
obiadowa, ale nie czułam się głodna. Ze sobą noszę własne jedzenie.
Liczyłam na to, że nikogo w pomieszczeniu nie będzie i będę mogła sama
się po niej rozejrzeć i zdecydować, czy będzie mi odpowiadało spędzanie
tam czasu. W środku był chłopak, rudawy przystojniak stojący przy
sztaludze. Stał bokiem do mnie i chyba mnie nie zobaczył, jak weszłam.
Zajęty był malowaniem. Idąc w jego stronę, oglądałam dzieła innych
uczniów, które wisiały na ścianach. Zatrzymałam się obok i zerknęłam, co
maluje. Ja osobiście wolę ołówek, bo nie idzie mi malowanie, ale
przepadam za obrazami. Spostrzegłam się, że maluje jakiś krajobraz zza
okna. Widok był warty uchwycenia. Był to szkolny park „Green Heels”.
Cofnęłam się o kilka kroków i zrobiłam mu zdjęcie, jak stoi przy
sztaludze. Zapomniałam, że dźwięk od aparatu mam włączony.
Chłopak maznął pędzlem po płótnie. Już wiem, że i tu przyjaciela nie będę miała.
- Przepraszam! Nie chciałam przeszkadzać. Tylko się rozglądałam, Astrid
jestem. – zachowywałam spokój, chociaż moje serce nie chciało ze mną
współpracować.
Jadłam sobie właśnie spaghetti, siedząc przy jedynym wolnym stoliku, który udało mi się znaleźć i czytałam książkę niedawno przeze mnie kupioną, gdy usłyszałam swoje imię. Podniosłam wzrok, napotykając znajomą grzywę jasnych włosów.
— Możemy się dosiąść? — zapytał Michael, a ja przeniosłam wzrok na jego towarzysza. Zmarszczyłam brwi. O dwie osoby za dużo.
— Nie — odparłam, wracając do lektury. Właśnie miało dojść do zniszczenia królestwa przez wojnę, gdy zauważyłam kątem oka, jak chłopak ze swoim kolegą siadają przy moim stoliku.
— Spadajcie — warknęłam, zamykając z hukiem książkę.
— Czemu nie możemy zostać? — wtrącił rudy.
— W takim razie ja pójdę.
Wstałam, odłożyłam niedojedzony makaron z sosem i ściskając w dłoni książkę wyszłam z jadalni szybkim krokiem.
~po matematyce~
Ściskałam w dłoni zgnieciony papierek, symbol nieudanej kartkówki. U góry kartki widniało wielkie, czerwone F. Nie moja wina, że nie rozumiem.
W każdym razie byłam wściekła. Tak wściekła, że jeśli ktoś teraz by zastąpił mi drogę to...
— Cześć Mad! — usłyszałam, mając ochotę rzygnąć na dźwięk tego głosu.
— Michael. Znowu ty. Jeszcze nie skoczyłeś z mostu? — odparłam, warcząc.
— Zostawiłaś w jadalni zakładkę, więc pomyślałem, że ci ją oddam — oznajmił, wyciągając w moją stronę kawałek kartki z narysowanymi na szybko wzorkami. Przejęłam ją bez słowa.
— Co tam ściskasz? — zapytał, wskazując na moją pięść.
— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
— Powiedz, proszę.
— Dobra — westchnęłam. — Kartkówka z majmy. Pała.
— No to słabo. Pomóc ci?
— Niby z czym? — zmarszczyłam brwi.
— Z matematyką. Przyjdę do ciebie i ci wyjaśnię — oznajmił wesoło.
Już miałam zaprotestować, ale uderzyła mnie pewna myśl.
Gdy się zgodzę, da mi spokój. Jestem tego pewna.
— Dobra — wręczyłam mu karteczkę z numerem mojego pokoju.— Do zobaczenia wieczorem.
~po lekcjach~
Nie ma to jak siedzieć w pokoju w dresie i za dużym t-shircie, już po lekcjach, rysując coś z puszczaną z telefonu piosenką pod tytułem "Instruction". Właśnie zajmowałam się szkicowaniem włosów, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Szkicownik wrzuciłam pod poduszkę i wyciągnęłam zeszyt do matematyki.
— Wejść! — krzyknęłam, a w drzwiach stanął Michael.
Przyglądałam się uważnie tej dwójce. Gdyby nie różnica wyglądu to byliby na pewno zgranymi braćmi. Dogadywali się ze sobą nawzajem, wiedzieli co każdy z nich potrzebuje czy też co lubi. Może i Czeslav czy jak to na niego wolała Michael Ches, mógł się wydawać trochę obojętny to można było zauważyć, że troszczył się o Michael'a na swój własny sposób. Ches nie pokazywał tego tak dokładnie jak Michael. Można było im czasem tego czasem pozazdrościć.
Michael w pewnym momencie nałożył na mnie swoją bluzę. Byłam lekko zszokowana cała sytuacja, ale było to bardzo miłe z jego strony. Nim się obejrzeliśmy naszym oczom ukazała się kawiarenka. Zapach cynamonu był bardzo przyjemny, woń cynamonu była wyczuwalna nie tylko na zewnątrz, ale i równie wewnątrz. Otworzyłam kartę z daniami.
- To jak, wiecie już, co bierzecie? - zapytał się Michael.
- Tak... - odparł chłopak, a ja przykiwnełam głową.
Podeszła do nas kelnerka, odebrała zamówienia od chłopców po czym nadeszła moja kolej.
- Mi-chan dla ciebie to co zawsze czy tym razem coś innego? - znałam bardzo dobrze tą kelnerka a ona mnie.
- To co zawsze bym poprosiła - ona jak zawsze z uśmiechem na twarzy zapisała wszystko na kartce i wesoła odeszła.
- Często tutaj bywasz co nie?! - spojrzał się na mnie Michael.
- Tak. Chodzę tutaj prawie że co dziennie. Przez to, że muszę często coś robić mogę spokojnie tutaj przyjść, porozmawiać, spędzić miło czas i chociaż przez chwilę odpocząć od obowiązków - uśmiechnęłam się delikatnie. Jednak wciąż czułam się speszona. Nowo poznany chłopak przyglądywał się mi uważnie.
- Mad. A teraz pozwól, że wrócę tam, skąd przyszłam - pomimo zawarcia w drugim zdaniu czegoś na kształt prośby, twardy ton głosu, jakiego przy tym użyła, kontrastujący mocno z jej delikatną aparycją, wyraźnie świadczył o tym, że niezależnie od mojej odpowiedzi, za moment dziarsko pomaszeruje w sobie tylko znanym kierunku, nawet się nie oglądając.
Z nieukrywanym zaciekawieniem spojrzałem na dziewczynę, którą, jak byłem przekonany, widziałem po raz pierwszy w życiu - całkiem zatem prawdopodobne, że uczennicą Akademii Green Heels została raptem chwilę temu, tym bardziej, że zdawała się poruszać jeszcze nie do końca pewnie po korytarzach, jak i ja podczas moich pierwszych dni pobytu w nowej szkole.
Nieznajoma - Mad, jak dowiedziałem - patrzyła na mnie spod nieco przymrużonych powiek, jakby próbując przewidzieć mój następny ruch. Ja natomiast dokładnie lustrowałem jej twarz, zaskoczony dość niecodzienną urodą dziewczyny - kojarzyła mi się nieco z Anią z Zielonego Wzgórza. Lśniące, czerwone włosy miała spięte w koka, acz z fryzury zdążyło już wydostać się kilka pasemek, które teraz swobodnie odpadały na jej porcelanowe ramiona. Pomimo swoich... ilu, niecałych stu sześćdziesięciu? centymetrów wzrostu, hardo patrzyła w górę swoimi błękitnymi oczami. Delikatny rumieniec, zapewne dyktowany narastającym zdenerwowaniem, pokrył jej twarzyczkę, zasłaniając przy okazji piegi.
- Huh, śpieszysz się, Mad? - zapytałem.
- Tak - odparła natychmiast, wyciągając nieco szyję, najwyraźniej szykując się do odejścia. Cóż, nic na siłę, jak to mówią.
- Tak w ogóle, z której jesteś klasy?
- Będziesz mi biografię pisać? - warknęła z odpowiedzi.
- Może - przyznałem z ociąganiem. - Chwilowo chcę wiedzieć, gdzie mogę cię znaleźć w razie potrzeby.
- Żadnej takiej nie będzie.
- Kto wie? Różnie to bywa. No dobra, ale może i kieruje mną zwykła, ludzka ciekawość.
- Nauczysz się ją przezwyciężać - spróbowała mnie wyminąć. Huh, zaczynam czuć się jak jakiś namolny, nieudolny podrywacz... tak to się kończy, gdy chce się poznawać nowych ludzi, którzy z kolei nie mają na to zbytniej ochoty.
- Ale być może jesteś w mojej, wtedy mógłbym pomóc ci z ogarnięciem tego wszystkiego. Szkoła duża i sam się na początku gubiłem. No, nawet teraz się to zdarza.
- Teraz najlepszy moment na to, żeby to powtórzyć.
- Pfff - i weź tu człowieku znajdź cierpliwość. - Dziękuję, może później.
- Wtedy może być za późno - oświadczyła poważnie, acz z westchnieniem rezygnacji.
- Ale do IIb cię nie przydzielono, tak? - drążyłem.
- Ty tam jesteś?
- No toć, najlepsza klasa świata! - potaknąłem entuzjastycznie.
- Świetnie, zatem tam nie jestem - skrzyżowała dłonie na piersiach. Wzięła kolejny głęboki wdech, spoglądając na mnie z wyraźną irytacją. - Ic. Pozwolisz mi teraz już sobie pójść?
- A jaką masz teraz lekcję? - zapytałem, usuwając się w bok. Zaraz też jednak spojrzałem na plan lekcji, usiłując odnaleźć jej klasę. - O, matematyka w 34! Wiesz, jak tam trafić czy ci może... hej, chwila!
W przeciągu tych zaledwie kilku sekund, dziewczyna zdążyła zniknąć w tłumie uczniów. Nawet nie wiedziałem, gdzie mogła skręcić. Tym bardziej, że wyraźnie nie życzyła sobie mojego towarzystwa, a mi za niedługo zaczynała się lekcja. Wzruszyłem zatem ramionami i poczłapałem w stronę swojej klasy, po drodze rozglądając się uważnie, czy gdzieś nie minie mi aby sylwetka czerwonowłosej, nigdzie jej już jednak nie dostrzegłem. Może szybko znalazła odpowiednią klasę? Było to niej wszak niedaleko.
Ciężko opadłem na krzesło w ławce pod oknie, którą zajął wcześniej Ches. Przyjaciel spoglądał na mnie uważnie, gdy wypakowywałem książki i wsadzałem je z powrotem, szukając tych odpowiednich.
- Coś ty taki wypompowany? Kebaba ci potrzeba?
- Pff, brat... - oparłem czoło o zimny, drewniany blat, ziewając przy tym szeroko. - Spotkałem właśnie nową jakąś z Ic...
- Ooo, świeżynka? - wyszczerzył się. - Ładna?
- Hm... może? Na pewno cięta.
- Nie bardziej od Odella - westchnął. Nauczyciel wszedł tymczasem do klasy i zaczął odczytywać prace co poniektórych uczniów, dodając od siebie złośliwe komentarze do niektórych "kwiatków".
- Znalazł dobrego rywala teraz w tej kwestii - burknąłem.
- Oj już, już - Ches poklepał mnie lekko po głowie. - Spokojna twoja zmiennowłosa.
- Yhym - mruknąłem.
- Panie Rosenthal, panie Nesladek - usłyszeliśmy nagle. - Macie coś może do powiedzenia klasie?
***
Przeciągnąłem się, wychodząc z szatni po skończonym wf-ie. Pociągnąłem długi łyk zimnej wody, spocony i zgrzany po godzinie biegania we wszystkie strony podczas meczu koszykówki. Och, jak mi się marzył teraz choć krótki prysznic! A potem może obiad... właśnie! Wyciągnąłem z kieszeni telefon, sprawdzając na telefonie godzinę. Jeszcze tylko jeden angielski i czas pójść do stołówki.
- Brooo! - usłyszałem nagle. - Jestem głodny!
Nawet nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, że za mną stoi rudy kurdupel z pustym żołądkiem żadnym kebabów i coli.
- Ja też, Ches, ja też... - mruknąłem. - Chodź do automatów może, wypijemy coś, to łatwiej będzie przeczekać ten czas do obiadu...
- Okey - przytaknął. Ruszyliśmy szybko w stronę odpowiedniego korytarza, na którym to mieliśmy mieć też następną lekcję. Automat z napojami stał rzeczywiście w kącie, a obok niego stała grupka uczniów.
- Masz jakieś drobniaki, Ches, nie? - zapytałem po chwili. - Bo ja zostawiłem chyba znowu portfel w pokoju...
- Coś tam chyba... - poklepał się po kieszeniach, po czym zbladł. - Sakra...
- Sznycle, sznycle... - mruknąłem.
- Prdele! - przypomniał.
- Mi tam starczy Scheisse - wyszczerzyłem się. - Dobra, do pokoju już raczej nie zdążę... no ale chyba mam jeszcze ze dwie kanapki, jak tak myślę, rano robiłem.
- Bro, trzeba było tak od razu!
- Zapomniałem, myślałem, że zjadłem wszystkie - wytłumaczyłem, wyciągając z plecaka dwa zawiniątka, z czego jedno wręczyłem Cześkowi. - No, to smacznego, guten Appetit! Jak to po czesku będzie?
- Dobrou chuť!
- Za nic bym tego chyba dobrze nie wymówił...
- Oj, bro...
W tym momencie jednak naszą rozmowę przerwał dzwonek. Pospiesznie dokończyliśmy kanapki i ruszyliśmy pod klasę, gdzie zdążyła już się zgromadzić większość, czekając, aż nauczycielka otworzy klasę.
***
Po zakończonej lekcji, z nieprzyjemnie pustym żołądkiem, ruszyliśmy z Chesem niemal biegiem na stołówkę. Ile sił w nogach dopadliśmy do kolejki, przebierając niecierpliwie nogami w oczekiwanie na wydanie porcji. Kilka chwil później na oko pięćdziesięcioletnia kobieta o sympatycznej twarzy spojrzała na nas badawczo, wyciągając kolejne talerze.
- Oj, głodni jesteście chyba, kochanieńcy? - zapytała.
- I to jak! - potaknął gorliwie Ches, a jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy na jego talerzu wylądowała kopiasta porcja dzisiejszego spaghetti. Obaj, jakby wypełnieni nową energią, ruszyliśmy na poszukiwania wolnego stolika, gdy nagle mignęły mi gdzieś czerwone włosy. Spojrzałem nieco w bok, dostrzegając Mad.
- Hej, hej! - zagadałem, podchodząc nieco bliżej. - Można się dosiąść?
Śmiało zgarnąłem pokaźny kawałek gorącej pizzy z apetycznie ciągnącym się, roztopionym serem z białego, porcelanowego talerzyka, który to kelnerka o wijących się blond włosach podsunęła nam pod nosy, uśmiechając się przy tym miło.
- Buon appetito - wyrecytowała nienaganną włoszczyzną, dygając lekko.
- Dziękujemy ślicznej panience gorąco! - wyszczerzył się Oliver, mrugając filuternie do dziewczyny. Na jej twarz wstąpił delikatny rumieniec, zaraz też strzepnęła nieistniejącą drobinkę kurzu z biało-czarnego, przystrojonego falbankami fartuszka i przycisnęła notatnik do piersi, umykając w stronę zaplecza.
- Oli! - skarciła brata Anastazja, patrząc na chłopaka z ukosa.
- Oj, Kruszynko, cóż ja zrobię. A teraz jedzmy, zanim ostygnie!
- Popieram! - krzyknąłem entuzjastycznie, przełykając ostatni kęs pierwszego kawałka pizzy. - Będę tu musiał koniecznie przyprowadzić Chesa, ostatnio tylko ciąga mnie do budki z kebabami. W życiu bym nie pomyślał, że nadejdzie dzień, gdy będę miał dość kurczaka w bułce.
- To jest właśnie ten twój brat? Czyżby bliźnięta?
- Hmm - mruknąłem, smarując następny kawałek obfitą porcją sosu pomidorowego. - Właściwie to nie, jesteśmy przyjaciółmi i poznaliśmy się dopiero w akademii. Ale niedawno zostaliśmy sąsiadami i tak sobie kwitnie nasze bro-koto-love.
W tym momencie urwałem, by móc przeżuć pizzę. Kruche, wciąż gorące ciasto przyjemnie syciło, pozostawiając po sobie przy okazji ciepło, mile rozchodzące się po całym ciele.
- Rozumiem... - usłyszałem. Podniosłem głowę, zdziwiony nieco tonem głosu chłopaka. Na jego twarzy wciąż gościł uśmiech, acz teraz nieco bardziej wymuszony: Oliver patrzył na mnie spod nieco przymrużonych oczu, jakby usiłując wybadać, o czym dokładnie w tej chwili myślę.
- Aaa, żeby nie było - dodałem szybko, pospiesznie przełykając porcję. - Obaj hetero jesteśmy. Brat to osóbka naprawdę kochana, ale zdecydowanie wolę dziewczyny.
- Rozumiem - powtórzył Oliver, choć teraz już nieco lżej. Jednak atmosfera nadal, z niewiadomych mi powodów, była dość ciężka.
- W każdym razie - wtrąciła Anastazja możliwie swobodnie - nie miałam pojęcia, że w Green Heels jest tak dobra pizzeria.
- Cóż, wybudowali ją w końcu niedawno - stwierdziłem, energicznie zabierając się za pałaszowanie ostatniego już kawałka. - Jak tak patrzę, to może jednak zostaniemy przy tych kebabach z bratem. Gdyby mnie tu zaciągał równie często, co tam, czarno bym swoją przyszłość widział.
- Tak przy okazji, Michael - Oliver stuknął widelcem o talerz, a sztuciec i naczynie w odpowiedzi zadźwięczały przyjemnie - skoro Ches nie jest twoim bratem, masz może jakieś inne rodzeństwo.
- Och, Czesiek to mój kochany, młodszy braciszek - wyszczerzyłem się szeroko. - Ale i owszem, mam też siostrę, Mariś, mój siedmioletni, ósmy cud świata.
Sięgnąłem do kieszeni bluzy, wyjmując zeń nieco wysłużony, czarny portfel - z jednej z jego przegródek wyciągnąłem małe zdjęcie siostry, zrobione dzień przed rozpoczęciem przez nią szkoły.
- Tuż przed pójściem do szkoły - obwieściłem dumnie. - Na łączce za domem.
Jej pucułowata, urocza twarzyczka, rozjaśniona szerokim, pozbawionym górnych jedynek uśmiechem, zawsze wypełniała mnie równocześnie szczęściem i przykrym uczuciem nostalgii - tak bardzo chciałbym wrócić znów do domu, choć na trochę, by móc znowu porozmawiać z bliskimi twarzą w twarz. Przez listy czy nawet telefon nie dało się wyrazić wszystkiego. Brakowało mimiki, tych małych, ledwo dostrzegalnych, utartych schematów gestów, lekkich uśmiechów...
- Jest śliczna! - stwierdziła wesoło Anastazja.
- Uroczy dzieciak - potaknął jej brat.
- Co nie? - uśmiechnąłem się szeroko. W tym samym momencie zorientowałem się, że pizza całkowicie zniknęła już z talerza. - Oliver, co ty na to, żeby podzielić się po pół rachunkiem?
Będąc już w komplecie, przedstawiłem Cześkowi Miyako i na odwrót.
- Noc to mój żywioł. Nie to co dzień. W nocy wolę być na nogach, zwłaszcza że dzieje się dużo więcej rzeczy, niż w dzień. No i mogę wieczorem zrobić więcej, niż za dnia... - zaczęła dziewczyna energicznie, zaraz jednak zamilkła, najwyraźniej speszona. Przekrzywiłem nieco głowę, usiłując zgadnąć, jaka mogła być przyczyna jej nagłego zamilknięcia, stwierdziłem jednak, że mogła stać za tym jednak zwykła nieśmiałość. Dopiero co poznała rudzielca, a my też właściwie kontaktowaliśmy się od niedawna.
- Czesiek, masz tu bratnią duszę - wyszczerzyłem się, szturchając przyjaciela. Zaraz jednak zreflektowałem się, uświadamiając sobie, że wypadałoby jakoś rozwinąć temat. - Często siedzi do późna i czyha na aktywnych ludzi na facebooku, a gdy nie śpię, to też coś zaraz wymyśla. A potem rano jęczy, jaki to on nie jest zmęczony...
- Odezwał się - Ches przewrócił oczami, zaraz jednak jego twarz rozjaśnił szeroki, dobrze znany mi uśmiech. - Pierwszy zawsze odpadasz przy wszystkich.
- Bo ktoś musi ci podawać wodę... wróć, colę i jakieś żarcie czy proszki, jak następnego dnia stękasz tylko - przypomniałem mu. Wyjąłem też z kieszeni telefon, sprawdzając godzinę. - Dobra, młodzieży, ale jak chcemy zdążyć przed ciszą nocną i tak dalej, to się trzeba zacząć streszczać.
- Właśnie, gdzie w końcu idziemy? - zapytała Miyako.
- Do budki z kebabami! - krzyknął radośnie Ches.
- Żadne kebaby, colomaniaku jeden, ustaliliśmy Cafe Salvatore, pamiętasz? Poza tym, budka już od paru godzin jest zamknięta na pewno.
- Ale gdzieś je teraz muszą sprzedawać - jęknął.
- Obiecałem ci, że jakoś w weekend się wybierzemy, nie? - szturchnąłem go lekko. - Właśnie, Miyako, pasuje ci ta cafe czy czego innego szukamy?
- Czemu by nie - uznała, energicznie pocierając ramiona, gdy już ruszyliśmy. Spojrzałem na nią, marszcząc lekko brwi.
- Zapomniałaś bluzy? - zapytałem.
- Tak, wychodziłam dość szybko i gdy zdjęłam ją na chwilę, to zapomniałam, gdy wychodziłam. Ale wieczór dość ciepły jest, nie?
- Nie - powtórzyłem, zdejmując własną, którą to podałem Miyako. - Jesień idzie i wolę, żebyś nie skończyła z przeziębieniem.
- Dam radę, nie musisz...
- Żadnych ale - uciąłem, podnosząc rękę w górę. - O, no i na miejscu jesteśmy, tak w ogóle.
Rzeczywiście - gdy wyszliśmy z zakrętu, przed nami pojawił się dość mały, acz sympatyczny budynek kawiarni, skąd dobiegały do nas przyjemne zapachy, wśród których dominowała woń cynamonu.
- Huh, coli na pewno tu nie mają - mruknąłem Ches.
- Wstąpimy potem do spożywczaka, to jakąś sobie weźmiesz - pocieszyłem go, klepiąc lekko braciszka po ramieniu. Zajęliśmy też po chwili miejsca przy stoliku obok okna, uprzednio zabierając z lady parę kart menu. Z ciekawością otworzyłem jedną, przesuwając wzrokiem po dostępnych pozycjach.
- To jak, wiecie już, co bierzecie? - zapytałem.
< Miyako? Meh, rozumiem, z moją też nie jest najlepiej, zatem przepraszam >
Schyliłam się do dwóch kartonowych pudeł, po kolei otwierając każde z osobna i dokładnie sprawdzając ich zawartość.
- Zdaje mi się czy ktoś macha w naszym kierunku? – spytał Oliver, zamykając drzwi samochodu od strony kierowcy.
Gwałtownie podniosłam się do góry, otrzepując kolana z pyłu i brudu. Zmrużyłam oczy, aby uchronić się od ostatnich, rażących promieni słonecznych i spojrzałam na sylwetkę która wydała mi się bardzo znajoma. Wszędzie poznałabym ten charakterystyczny chód Michaela - giboczący się to na prawą, to na lewą stronę. Przez moje ciało przeszła fala gorąca i czułam jak moje policzki stają się delikatnie muśnięte różem. Przez głowę przechodziło mi tysiąc myśli, powoli zaczęłam układać sobie cały monolog na temat ‘’To tylko i wyłącznie mój dobry kolega z klasy’’.
- Hej - zagadał, machając ręką w moją stronę. - Pomóc może?
Momentalnie spojrzałam na brata, który zaczął lustrować chłopaka od góry do dołu.
- Michaelu, poznaj mojego starszego brata Olivera – wyniosłym ruchem dłoni wskazałam na chłopaka. – Oliverze, poznaj mojego kolegę z klasy Michaela.
Mój brat nieufnie uścisnął rękę Michaela, a ten potrząsnął ją energicznie z szerokim uśmiechem na ustach.
- Miło mi Cię poznać. Tak myślałem, że jesteście ze sobą spokrewnieni. – mruknął Michael, rozluźniając uścisk.
- Mnie również bardzo miło Ciebie poznać, kolego Anastazji .
Kątem oka zauważyłam jego dwuznaczny uśmieszek. Oczywiście mój braciszek nie byłby sobą, gdyby wyraźnie nie zaakcentował siódmego słowa.
- Wracając do twojego wcześniejszego pytania, z miłą chęcią przyjmiemy twoją pomoc. – wypaliłam, przerywając nieręczną ciszę.
- Gdy już zrobimy co trzeba, może w zamian wybrałbyś się z nami do nowo otwartej pizzerii Tirando formaggio? – zagadał Oli, podając Michaelowi jedno z masywnych, kartonowych pudeł.
- Naprawdę z ogromną przyjemnością, ale niestety muszę odmówić. Obiecałem już bratu zrobić zakupy, a według moich obliczeń za dwadzieścia minut zamykają pobliskiego spożywczaka.
Chłopak przełożył pudełko do jednej ręki, opierając je na kolanie.
- Nie ma problemu, najpierw pojedziemy na obiadokolacje, a później razem z tobą wstąpimy do supermarketu w centrum. Tak czy siak mieliśmy do niego podjechać, prawda Kruszynko? – szturchnął mnie w bok i parsknął śmiechem. Starałam się opanować kolejną falę gorąca i z nadzieją spojrzałam na twarz Michaela, która po chwili obdarzyła mnie szerokim uśmiechem.
- Taki układ w zupełności mnie zadowala, nie pamiętam kiedy ostatni raz jadłem jakiegoś dobrego Fast food’a.
~*~
Po kilkunastu minutowej drodze hebanowy samochód moich rodziców stanął na parkingu przed samym wejściem do słynnej Tirando. Już z daleka nie dało się nie zauważyć jej świecącego, ledowego szyldu. Wszyscy pośpiesznie wysiedliśmy z auta i czym prędzej ruszyliśmy do środka z nadzieją na wolne miejsca. Ku naszej uciesze pomimo niebywałej ilości osób przy szybie ostał się jeden, wolny stolik. Razem z Michaelem zajęliśmy swoje miejsca, a Oliver podszedł do ładnej, hojnie obdarzonej dziewczyny prosząc o menu. Pizzeria, pomimo bardzo prostego wnętrza miała w sobie to coś, przez co z miłą chęcią wracałabym do niej niejednokrotnie. W tym wszystkim najbardziej urzekła mnie folkowa muzyka, którą nieświadomie zaczęłam nucić pod nosem.
- Mi też strasznie spodobała się ta piosenka, aż mam ochotę zatańczyć, co zdarza się bardzo rzadko.
Michael swoimi słowami ponownie ściągnął mnie na ziemie.
- Młodzieży, właśnie zamówiłem pizze. Specjalnie dla was pozwoliłem sobie wymyślić specjalny skład. – Oliver krzyknął entuzjastycznie, dosiadając się do naszego stolika.
- Nie ukrywam, że troszkę przeraziłeś mnie tym faktem. – mruknęłam, przeglądając menu.
- Nie takie rzeczy się w życiu próbowało, jestem otwarty na nowe smaki! – odpowiedział Michael, rozglądając się dookoła.
- Bierz przykład z twojego kolegi, o właśnie idzie do nas nasze cudo.
Byłam święcie przekonana, że mianem cuda nazwał blondwłosą kelnerkę, a nie nasze danie. Kelnerka położyła na naszym stole trzy talerze, sztućce i dużych rozmiarów pizze. Najodważniejszym z nas okazał się Michael, który jako pierwszy chwycił największy kawałek.
Zwawnie i po cichu zeszłam schodami w akademiku tak, aby nikogo nie obudzić. Nie chciałam sobie narobić problemów zwłaszcza, że pozwolili mi być samej w pokoju i bez ograniczeń używać komputera. W zamian za to miałam być posłuszna i przede wszystkim cicho, aby nikt się nie skarżył. Zamknęłam główne drzwi akademickie po cichu i ruszyłam w umówione miejsce już na spokojnie, że kogoś obudzę. Moje myśli pogrążyły się wokół osoby, która miała towarzyszyć Michael'owi. Przez te moje rozmyślania prawie bym się spóźniła. Spojrzałam przed siebie. Zauważyłam znajomą mi postury ciała oraz twarz, jednak druga również kojarzyłam, ale zapewne z widzenia.
- Dobry wieczór! - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.
- Hejka - odparł Michael, a chłopak obok tylko przejechał mnie wzrokiem od dołu do góry i na odwrót. - Miyako to jest Czeslav, Czeslav to jest Miyako. Poznajcie się - Michael tak jak z resztą zawsze był miły i przedstawił nas.
- Miło mi ciebie poznać - uśmiechnęłam się.
- Mi również - odparł. Włożył ręce do kieszeni spodni.
- To co wymyśliliście? Gdzie idziemy? - spojrzałam się na nich.
- Chyba ktoś tu ma duży zapas energii - spojrzał się na mnie z uśmiech Michel.
- Noc to mój żywioł. Nie to co dzień. W nocy wolę być na nogach, zwłaszcza że dzieje się dużo więcej rzeczy niż w dzień. No i mogę wieczorem zrobić więcej niż za dnia - rozgadałam się, co nie było na miejscu. Przynajmniej według mnie. Jakby nie było to nie chciałam, aby przyjaciel Michael'a źle o mnie sądził czy też stwierdził, że mam coś nie po kolei w głowie.
<Michael?> wybacz, ale tym czasowy brak weny mam...
Uśmiechnąłem się szeroko na samo wspomnienie nocnej imprezy - a przynajmniej tej części, którą dość dobrze pamiętałam. Uch, a z jakim trudem wstałem następnego poranka! Przez całe moje ciało przeszedł zimny dreszcz na samo wspomnienie wszystkich trudów tamtego dnia! Każdą czynność prawie musiałem poprzedzić długim marudzeniem i jękami, a wyprawa po schodach z powrotem do swojego pokoju przypominała bardziej zdobywanie Mount Everestu, niż pokonanie kilkunastu stopni. A z jakim zdziwieniem przyjąłem fakt, że obudziłem się w obcym łóżku - tym bardziej, że należało ono do Niki. Sporo czasu zajęło mi potem przepraszanie dziewczyny, ale z ulgą przyjąłem fakt, że nie robiła mi wyrzutów ani nic.
- Bro, co ty na to, żeby wybrać się dzisiaj na salę gimnastyczną? Przydałoby Ci się trochę ruchu, artysto ty mój - zaproponował w pewnym momencie przyjaciel, wygodnie rozsiadając się na trawie.
- No tak, kości mi jeszcze zardzewieją - przewróciłem oczami. - I co ja bym niby bez ciebie zrobił?
- Oj, kiepsko by z tobą było - stwierdził, próbując przybrać poważną minę, co w połączeniu z twarzą umorusaną sosem i oczami aż skrzącymi się radością, dawało komiczny wręcz efekt.
- Żeś się ubrudził braciszku kochany - wyjąłem z kieszeni chusteczkę i starłem prędko ślady z jego policzków. - Ale właściwie, to możemy się przejść, czemu by nie.
- Lecimy zatem! - krzyknął wesoło, dojadając swojego kebaba.
- Naprawdę go pomieściłeś, kurduplu kochany! - zaśmiałem się, klepiąc go po plecach. - Ale jesteś pewien, że po takiej wyżerce możesz biegać i tak dalej?
- Pff, jakby to był szczyt moich możliwości - prychnął.
- Nigdy nie założę się z tobą, jeśli w razie mojej przegranej będę musiał kupić ci jedzenia do syta - stwierdziłem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- No wiesz co - burknął z pretensją.
- Dobra, dobra, chodź już, żarłoku jeden - zaśmiałem się i zacząłem iść w stronę szkoły. Ches po chwili zrównał ze mną krok, a po drodze obaj wyrzuciliśmy opakowania po kebabach.
- Trzeba tu będzie kiedyś jeszcze zajść - rzucił tęsknie chłopak. - Bo ledwo o nich pomyślę, znowu głodny jestem...
- Niedługo wrócimy - obiecałem mu, tarmosząc lekko włosy przyjaciela.
- No ja myślę! - mruknął, przeciągając się.
- Dobra, bo i ja zgłodnieję - pokręciłem głową. - Ech, z tobą to dopiero jest...
- I tak wiem, że mnie kochasz - wyszczerzył się.
- No przecież, bro - przyznałem z szerokim uśmiechem, rozkładając szeroko ramiona.
***
W sali gimnastycznej panował - jak zwykle zresztą - przyjemny rozgardiasz. Jedna grupa, składająca się na kilkanaście dziewczyn, grała w piłkę ręczną, drugą połowę boiska okupowali zaś chłopaki z SKS, mieli najwyraźniej mecz koszykówki. Równocześnie, mały, wolny skrawek okupował jakiś wysoki chłopak i towarzysząca mu dziewczyna podobnego wzrostu - grali również w koszykówkę, chociaż wyraźnie dało się zobaczyć, że był do mecz jednostronny - chłopak raz za razem zdobywał kolejne punkty, a jego wypompowana towarzyszka stała na obronie, chociaż udawało jej się tylko czasem zatrzymać przyjaciela. Mimo wszystko, oboje wydawali się być naprawdę zadowoleni.
- Chodź, zapytamy dziewczyn, czy nas przyjmą - wyszczerzył się Ches, ciągnąc mnie za sobą. Przewróciłem oczami, ale podążyłem za nim.
- Hejo! - krzyknąłem do stojącej najbliżej, która akurat miała wybijać piłkę. - Możemy się przyłączyć? Czy to jakiś trening?
- Nie, tak jakoś wyszło - wzruszyła ramionami. - Nie wolicie kosza?
- Może później - wzruszyłem ramionami. - To jak?
- Okey, będziecie z zielonymi - wskazała na grupę w koszulkach owego koloru. - Właźcie od razu, was się rozróżni bez problemu.
Zaskoczony nieco, z jaką łatwością wszystko poszło, razem z przyjacielem wszedłem na pole, zajmując miejsce. Gra okazała się być rzeczywiście bardziej dla zabawy, acz całkiem przyjemna - koniec końców, nasza drużyna wygrała.
- Bro, bro! - krzyknął wesoło Ches, skacząc w moją stronę.
- Piękny był ten twój ostatni rzut - zaśmiałem się, klepiąc przyjaciela po głowie.
- No - przyznał, wyraźnie zadowolony. - Chociaż dość bolesny.
- Ląduj na nogach, nie tyłku - poradziłem ze śmiechem.
- To nie takie proste! - krzyknął, nieco naburmuszony.
- No już, już, nie bocz się - trąciłem go w ramię, siadając ciężko na ławce. - Ugh, jestem wypompowany... i głodny.
- Chodźmy na kebaba!
- Zaraz będzie obiad - przypomniałem mu, patrząc na zegar. - Pójdziemy najwyżej za jakiś czas, nie chce mi się iść aż do tamtej budki.
- Leń - skwitował.
- Możesz mnie tam zanieść, wtedy zjem - zaproponowałem więc.
- Okey! - wstał szybko. Wulkan energii!
W tym momencie jednak zadzwonił mój telefon.
- Poczekaj chwilę - mruknąłem, wyjmując aparat. Spojrzałem na kontakt - ciocia Eva. Zmarszczyłem brwi. O co może chodzić? Mieszkała za oceanem i kontakt mieliśmy naprawdę sporadyczny.
- Halo? - odebrałem.
- Michael? - usłyszałem. - Ależ ci się głos zmienił! Ile ty już?
- Dziewiętnasty roczek leci, ciociu.
- A pomyśleć, że kiedy cię ostatnio widziałam, to byłeś małym berbeciem, który dopiero co poszedł do szkoły! Jak ten czas leci...
- No a jak tam u cioci? Wszystko dobrze?
- Och, jak najbardziej, kochany, stara bieda, ale nie narzekam, jaki sens w końcu, prawda? No, ale wróciłam do Niemiec, mówiła ci mama?
- Coś może wspominała - potaknąłem, usiłując sobie przypomnieć. - Ostatnio dość zalatany jestem.
- Ach, no tak, ty w liceum przecież, nauka i te obowiązki...
Mimowolnie uśmiechnąłem się.
- Nie jest tak źle - stwierdziłem. - Chociaż trochę tęsknię.
- Rozumiem cię, rozumiem doskonale... dopiero co wróciłam do domu, a już kolejna przeprowadzka. A myślałam, że trochę dłużej zabawię w Niemczech...
- Znowu do Ameryki?
- Nie, bliżej trochę, Irlandia Północna, mam półroczny kontrakt.
- O, no to ciocia u mnie jest! - stwierdziłem.
- No wiem! Ale nie damy rady raczej się za często widywać, bo ja praca, ty szkoła, a ja będę daleko od tego waszego Green Heels... no ale rozgadałam się znowu, a ty pewnie zajęty.
- Nie, nie, cieszę się, że ciocia dzwoni.
- No widzisz, ale ja bym się z tobą zobaczyła chętnie, bo sama to nie przyjechałam... a bo wyszło tak też, że jestem tu na tydzień póki co, załatwić jakieś pilne sprawy, wracam na miesiąc do siebie i dopiero znowu do Irlandii na dłużej.
- Więc? - zapytałem, nieco skonsternowany.
- Masz może chwilkę? Przyszedłbyś pod stację? Zaraz wysiadam przy was, bo coś muszę dostarczyć pilnego...
- Hm... - mruknąłem. Cóż, najwyżej jednak pójdziemy na te kebaby. - Jasne, ciociu. Ale zdąży ciocia potem ze wszystkim?
- Ach, nie martw się, zostawię coś i za godzinkę mam akurat kolejny pociąg.
- Będę za piętnaście minut - obiecałem.
- Zatem będę czekać!
- Do widzenia, ciociu - rozłączyłem się i schowałem telefon do torby.
- Co jest, bro? - zapytał Ches, przyglądając mi się.
- Dzwoniła ciotka - mruknąłem. - Przyjechała do Irlandii i podobno zaraz będzie na stacji, żeby mi coś przekazać, więc się zbieram. Też idziesz?
- Czemu nie! - zgodził się.
- No to prędko, bo zaraz będzie - ponagliłem go i zabrałem rzeczy, wychodząc z sali.
***
Nieco zdyszani, dotarliśmy w końcu na stację.
- Dobra...teraz ją tylko znaleźć - mruknąłem, rozglądając się po pasażerach, którzy włóczyli się po peronie.
- Kogo szukać?
- Wysoka kobieta, zapewne we fioletowym kapeluszu - wytłumaczyłem. - Uwielbia prezentować swoją oryginalność i sama szyje sobie ubrania. Kiedyś miała aspiracje, żeby zostać projektantką mody, ale jakoś tak wyszło, że została przedstawicielką jakiejś większej firmy... i kiedy tylko nie musi wciskać się w eleganckie stroje, zakłada to, co sobie stworzyła. A odkąd pamiętam ,stałym elementem jej garderoby jest fioletowy,wysoki kapelusz.
- Jak ten? - chłopak skinął głową w stronę jednak z ławek. Podążyłem za jego wzrokiem.
- Dokładnie, chodź! Ciociu, jestem! - krzyknąłem, przedzierając się przez tłum. Ta, słynna na całą familię ze swego doskonałego słuchu, odwróciła się i wstała, łapiąc Chesa za ramiona.
- Ależ ty wyrosłeś, kochanieńki, nie poznałabym cię, gdybyś nie podszedł.
- Huh...znaczy, proszę pani, bo ja... - wybąkał przyjaciel.
- Dzień dobry, ciociu, dawno się nie widzieliśmy - uśmiechnąłem się.
- Michael? - spojrzała na mnie badawczo spod swoich okularów w złotych oprawkach. - Na niebiosa, ależ ty się zmieniłeś!
- Dwanaście lat robi swoje - stwierdziłem, przytulając lekko kobietę.
- No, niestety - uśmiechnęła się, kręcąc głową. - Starość nie radość... ale co zrobiłeś ze swoimi włosami? Za berbecia miałeś złote loczki, zupełnie jak moja droga siostra!
- Powiedzmy, że w odpowiednich warunkach nadal je mam - mruknąłem wymijająco. - Ale długa historia.
- No tak, tak, a czas goni, ja zaraz muszę wsiadać! - przypomniała sobie. - Dobrze, nie będziemy się już bawić w zgadywanki. Oto to cenny pakunek do odebrania - wskazała na rząd walizek.
- Ciociu - mruknąłem z zakłopotaniem, drapiąc się ręką po karku. - Ja mieszkam w akademiku, a nie...
- Och, ależ nie, spokojnie, to moje rzeczy! - zaśmiała się. - No już, kochanie, przywitaj się z bratem.
Chwila.
Że co?!
Zza rzędu walizek wyjrzała jednak ku mnie buzia Mariś. Mała roześmiała się i wstała, kładąc rączki pod boki.
- Hej, braciszku - przywitała się. - Przyjechałam w odwiedziny, jak widzisz!
- Całą drogę pytała tylko, czy daleko jeszcze do jej Misia - zaśmiała się. - No, chłopcy, pomoglibyście mi tylko z walizkami? Ciężko to samej taszczyć...
- Mariś - mruknąłem, całkowicie ogłuszony. - Co ty tu robisz? A szkoła?
- Mama mi pozwoliła, bo miałam dobre oceny - stwierdziła rezolutnie.
- Nie wnikam, jakim cudem przekonałaś wszystkich... - z paniką spojrzałem na ciocię. - Oni wiedzą, prawda?
- Och, oczywiście! - przytaknęła gorliwie. - Ale za niedługo weekend, a w Niemczech też trochę przerwy, bo świąt trochę będzie, więc dwa dni może opuścić, bystre dziecko, nadrobi, a jak tęskniła!
- C-ches - wyjąkałem, patrząc na chłopaka - to Mariś, moja młodsza siostra. Mariś, to Czeslav, mój przyjaciel, dzielimy razem pokój w akademiku.
- Przecież pisałeś, że mieszkasz sam, tylko z Immi! - zaprzeczyła żywo.
- Aaa... było parę takich zmian, długa historia - pochyliłem się i mocno przytuliłem siostrę. - Tęskniłem, szkrabie.
- No ja myślę - mruknęła, potrząsając warkoczykami.
- To my cioci pomożemy teraz z bagażami... - stwierdziłem, łapiąc walizę. - Ten pociąg?
- Tak, tak, dziękuję...
Z Chesem jakoś zdołaliśmy szybko uporać się z bagażami i ciocia pożegnała nas, wsiadając do odjeżdżającego już pociągu.
- Do zobaczenia za tydzień! - pomachała, kiedy pojazd zaczął już sunąć wolno po torach, z każdą chwilą nabierając prędkości. Wciąż ogłuszony, spojrzałem najpierw na siostrę, potem na Chesa.
Odłożyłem telefon do plecaka, zasuwając od razu suwak - miałem już
raczej wszystko, co zawsze zabierałem ze sobą: portfel, szkicownik,
ołówki i inne przybory do rysowania, jakąś wodę i puszkę coli (dla Chesa
na wszelki wypadek, rzecz jasna), zeszyt na pomysły, długopis oraz
wspomniany wcześniej telefon. Mam nadzieję, że o wszystkim pamiętałem.
- Gotowy jesteś, brat? - zapytałem, zarzucając sobie na ramię plecak. -
Za dziesięć minut mamy się spotkać z Miyako pod bramą, no i przy okazji
wykombinować, gdzie idziemy.
- Do budki z kebabami! - zagłosował natychmiast chłopak, niemal padając z
łóżka, gdy Immi zaczęła dobierać się do jego spodni, najwyraźniej
uznając je za interesującą zabawkę. - Idź, kocico!
- Chodź, królewno, mleka ci troszkę dam - zaśmiałem się, wyjmując z
małej lodówki karton rzeczonej cieczy, którą to wlałem do miseczki
ulubienicy: biały strumień radośnie odbił się od dna, a parę kropel
wylądowało na podłodze, zaraz jednak zgarnąłem je chusteczką. Immi miała
bzika na punkcie czystości dookoła miejsca, gdzie jadła i piła, a jeśli
musiała"sprzątać" samodzielnie, zazwyczaj przez resztę wieczoru rzucała
mi długie, pełne wyrzutów spojrzenia, okupując poduszkę na krześle, a
jej miauczenie dowodzące całego mnóstwa pretensji, uniemożliwiało
ignorowanie jej.To niewyobrażalne, że nawet kot może nauczyć porządku.
No, chociaż tyczyło się to tylko małego skrawka podłogi, jak uzupełniłem
zaraz, rozglądając się po bałaganie zalegającym w pokoju. Ani ja, ani
Ches, nie sprzątaliśmy za często, więc stan czystości podłogi i mebli
pozostawiał sporo do życzenia.
- Hej, aco do tej budki- przypomniał, gdy Immi zajęła się już sobą - to idziemy tam?
- Ty i te twoje kebaby - zaśmiałem się, zerkając równocześnie za okno. -
Już wieczór, więc myślę, że od dawna zamknięte, wybierzemy się tam
razem w sobotę jakoś, co? Może lodziarnia?
- Chodzimy tam prawie co każdy weekend i siedzimy po kilka godzin - przypomniał.
- Maruda - stwierdziłem, przewracając oczami, chociaż po chwili
zastanowienia przyznałem mu rację. - A ta kawiarnia... Cafe salvatore?
Dawno tam nie byłem, a oni dość długo mają otwarte.
- No niech będzie - zgodził się z nieco krzywą miną. - Pewnie nie mają tam coli? Właśnie się skończyła.
- Pójdziemy niedługo do sklepu - obiecałem. - A tymczasem łap!
Rozsunąłem plecak i rzuciłem mu puszkę, którą natychmiast zręcznie złapał.
- Colą się nie rzuca! - fuknął, otwierając napój.
- Wystarczyłoby zwykłe "dziękuję", młody - zaśmiałem się.
- Ty wiesz, że cię kocham - mruknął, upijając spory łyk.
- Uważaj, bo się zakrztusisz - ostrzegłem go.
- Będzie dobrze, mam wprawę!
- A w to nie wątpię - stwierdziłem, czekając, aż wypije wszystko. - Dobra, chodź, bo mamy jeszcze trzy minuty.
- Masa czasu, zdążymy na spokojnie! - stwierdził, ale zaraz wstał,
omijając po drodze ostrożnie Immi, która zdążyła już wychłeptać swoje
mleko i teraz zwinęła się w kulkę na moim łóżku, uchylając nieco
powieki, gdy wychodziliśmy.
- Ty bierzesz klucz? - zapytał, gdy zamykałem pokój.
- Tak będzie bezpieczniej - potaknąłem, chowając je. - Nic nie pofrunie ani nic... chyba.
- Pff - mruknął w odpowiedzi. Obaj szybko wyszliśmy z akademika, stając pod główną bramą.
- Miyako jeszcze chyba nie ma - stwierdziłem, rozglądając się dookoła.
- Widzisz, i po co było się tak spieszyć - uznał, wzruszając ramionami.
- Jak idę gdzieś z tobą, wolę mieć zapas czasu - zaśmiałem się. - O, zresztą już idzie!
Spojrzałem na Miśka, który uśmiechnął się szeroko. Szybkim krokiem oddaliliśmy się od sekretariatu i wyszliśmy na zewnątrz. Do moich oczu dotarł blask słońca. Przysłoniłem je ręką, drugą wyciągając okulary przeciwsłoneczne z kieszeni na piersi.
- O tak, zjedzenie czegoś to dobry pomysł - pokiwałem głową - Nawet nie wiesz jak mnie ssie... tak byłem dzisiaj zabiegany, że nie zdążyłem pójść na obiad, a jak się zorientowałem to było już za późno...
- Och brateł - zacmokał Misiek - To może skoczymy do budki z kebabem?
- To jest bardzo dobry pomysł - wyszczerzyłem się
Od razu skręciliśmy w prawo kierując się w dobrze znane obszary bistro. Dosłownie po chwili naszym oczom ukazał się żółty prostokątny budynek ,,Sultan Kebab''. Automatycznie w buzi zaczęła zbierać mi się ślina, uch jezu, czyżby wyrobił się u mnie odruch Pavlova? Wstrząsnąłem głową i uśmiechnięty ruszyłem naprzód.
- A ty gdzie tak pędzisz? - zapytał Misiek przyspieszając kroku
- Głodny jestem, co ja Ci poradzę - wzruszyłem ramionami
Michael zaśmiał się pod nosem i poprawił torbę. Dotarliśmy do budki i ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami były dwie osoby, które prawdopodbnie czekały już na odbiór zamówienia.
- Bierzemy na wynos, czy siadamy tutaj? - zapytałem
- Możemy wziąć na wynos - odpowiedział bro - skoczymy usiąść gdzieś w parku, albo pójdziemy nad jezioro.
- O jezioro! - uśmiechnąłem się - To jest bardzo dobry pomysł, w taką pogodę.
- Co dla was chłopcy? - wtrąciła się sprzedawczyni
- Ja poproszę kebaba w bułce z kurczakiem - powiedział Misiek - z sosem łagodnym.
- A ja poproszę kebaba XXL z podwójnym mięsem i bez cebuli, a do tego sos mieszany - uśmiechnąłem się
- Bro ty to zjesz? - spojrzał na mnie z ukosa
- Oczywiście! - wyprostowałem sie - Nie wierzysz w moje możliwości?
Chłopak pokiwał głową i zwrócił się w stronę sprzedawczyni - Ja poproszę jeszcze do tego zimną Nestea - spojrzał na mnie - i butelkę coca coli.
- Dzięki bro - wyszczerzyłem się
- Schowaj te zęby, bo Ci mucha wpadnie - zaśmiał się
- To będzie razem trzydzieści osiem złotych - powiedziała sprzedawczyni
Sięgnąłem po portfel i zacząłem wyciągać drobne. Mając odliczoną kwotę położyłem pieniądze na ladzie i usiadłem przy jednym ze stolików. Po chwili dołączył do mnie bro.
- Za chwilę powinny być gotowe - mruknął siadając ciężko na krześle obok - Już widzę jak ty to wszystko zjadasz.
- Hah! - zaśmiałem się - Nie wierzysz w moje możliwoście, oj nie wierzysz.
- Taaaa, a potem będziesz mi jęczał ,,o jak mi ciężko, o jaki ja gruby''
- Bro - przerwałem mu - Co ja baba jestem?
- Wzrostowo idealnie - uśmiechnął się złośliwie - Haha aż mi się przypomniało jak robiłeś grilla na balkonie.
- Coooo??? - spojrzałem na niego - Ja robiłem grilla na balkonie? Kiedy?
- Jak była impreza - machnął ręką - Nie mów, że nie pamiętasz?
- Bro, ja wielu rzeczy nie pamiętam z tej imprezy - zarumieniłem się - Ale chyba faktycznie coś takiego było...
- Taaaa miałeś na sobie fartuszek sexi kucharki - zaśmiał się
- Dobra nie pamiętam... Musisz mi kiedyś opowiedzieć, co tam się działo.
- Ches ja też wszystkiego nie pamietam - powiedział Michael - Tylko tyle co jakoś zebrałem z rozmów... A Tobie to się nie dziwię, ze nie pamiętasz. Biedna palma...
- Jaka palma? - spytałem zdziwiony
- Hah - poczochrał mnie po głowie - Później Ci powiem, a teraz chodź. Chyba już zaraz będa.
Wstaliśmy i podeszliśmy do lady, akurat w momencie, gdy sprzedawczyni odwróciła się z dwoma kebabami w dłoni. Jeden był taki malutki mizerniutki... a drugi, ach poezja! Wielki i wypełniony po brzegi, mięso się, aż z niego wysypywało. W moich ustach zawitało jeszcze więcej śliny. Szybko przejąłem kebsiora, podziekowałem i zatopiłem się w nim. Jezuuuu euforia. Byłem w raju, w małym mięsnym raju.
- To idziemy nad jezioro? - zapytał Michael
- Yhyymmm - mruknąłem z pełną buzią i uważając, aby nic mi nie spadło na ziemię
~~~~~~~~~~~~~~~
Usiedliśmy pod jednym z drzew w pobliży jeziora. Wiatr nadciągający znad okolic wody przyjemnie ochładzał otoczenie. Było to niczym zbawienie w ten upalny dzień. Oparłem się plecami o pień drzewa i widelcem zanurzyłem we wnętrzu bułki. Kątem oka spojrzałem na Miśka, który skończył już swojego kebaba i teraz rozłożył się wygodnie na trawie.
- Nooo to teraz chyba zaczyna się układać, co młody? - zapytał przymykając powieki - Mieszkanko w końcu ogarnięte, w szkole też trochę wyluzowali, a i trochę grosza do kieszeni wpadnie, co weekend.
- Yhym - pokiwałem głową wsuwając kapustę - Powiesz mi teraz, co z tą palmą?
- Brateł, jak ty nie pamiętasz grilla, to co ja mam Ci mówić o palmie, która była kilka godzin później - uśmiechnął się pod nosem, założył nogę na nogę i ciągnął - Jakby nie patrzeć nie pamiętasz trzy czwarte imprezy...
- Co?! - zastygłem z widelcem w połowie drogi do ust - To jest niemożliwe, przecież nei urwał mi się film...
- Jak nie urwał jak urwał? - chłopak zaśmiał się głośno - Prawie wszystkim się urwał, a ty sobie przypomnij lepiej, co było jak Cię nauczyciele w końcu dorwali...
~~~ MIESIĄC WCZEŚNIEJ ~~~
Grupka nastolatków siedziała w jednym z pokoi w damskiej części akademika. Obecny był już cały skład, więc część z nich ze spokojną głową zaczęła raczyć się przyniesionymi trunkami. Na kanapie rozsiadło się trzech panów, rozpoczynając dyskusję na temat ostatniego starcia na Lidze Mistrzów.
- Masz trzymaj - powiedział Czeslav zwracając się do Chrisa
- Dzięki - chłopak przechwycił szklankę i uśmiechnął się - Co to?
- Cola z wkładką - odrzekł rudzielec
- Coooo? - na twarzy starszego z nich zagościło najprawdziwsze zdziwienie - Ty rezygnujesz z coli?!
- Ktoś zbeszcześcił idealny napój dolewając do niego wspomaganie - westchnął Czes - Nie byłbym w stanie tego przełknąć.
Chris zaśmiał się i podał chłopakowi szklankę, którą trzymał w drugiej dłoni - Dobra, trzymaj to.
Rudowłosy podniósł obiekt do góry i spojrzał na niego pod światło, następnie przybliżył do twarzy i powąchał.
- Whiskey? Na bogato widzę.
- A co mamy sobie żałować - odpowiedział Chris unosząc szklankę w geście toastu, po czym zaczerpnął duży łyk płynu i lekko się skrzywił - Uch mocne!
Rudowłosy uśmiechnął się i ruszył w kierunku dwóch osobników, którzy stali na uboczu. Nieświadoma niczego dwójka rozprawiała gorąco na tematy dotyczące szkoły. Żadne z nich nie było świadome czychającego zagrożenia...
- A wy co tak stoicie? Zapraszam do reszty! - rudowłosy wkroczył w ich strefę i dopił trzymaną w dłoni whiskey do dna.
- Mmm tu jest dobrze - mruknął Lucas
- Tak z boku? - ton głosu Chestera wskazywał na wielkie zdziwienie - Na samotni?A Pani Panno Taigo? Jak już dało się Panią wyciągnąć, to co tak Pani z boku stoi, Psze Pani?
- Ty to już chyba za dużo wypiłeś - uśmiechnęła się dziewczyna
-Absolutnie! Dopiero zaczynam - zaśmiał się rudowłosy - Chodźcie zrobię wam Canabis
- Co? - zapytał Lucas patrząc podejrzanie na chłopaka
- Ach taki czeski drink - machnął ręką uśmiechając się jeszcze szerzej - Musicie go spróbować!
Dwójka wiedząc, że nie ma co przeciwstawiać się chłopakowi, bez słowa ruszyła za nim. Chłopak skierował się w stronę stołu z rostawionymi trunkami. Był właśnie w trakcie kompletowania wszystkich potrzebnych składników, gdy podszedł do niego Nathaniel z nietęgą miną.
- Czesiek sprawa jest - powiedział szybko
- Nawijaj - odrzekł nie odrywając wzroku od zgromadzonych butelek
- Bo wiesz, nasza piękna płeć zaczęła już porządnie się bawić - powiedział - I jakoś słabo wyobrażam sobie powrót do naszej części.
- Czekaj co? - Chłopak podniósł głowę i spojrzał na przyjaciela - Przecież dziewczyny nic nie piją jeszcze...
- Chłopaki, zaczęli pić - przerwał Nathaniel - A powrót do naszej części nie będzie należał do najcichszych.
- Yhmm - rudzielec wyprostował się - Fakt i co my teraz zrobimy? - zaczął drapać się po głowie
- Może przeniesiemy imprezę do was? - zaproponowała Taiga - My dziewczyny zdecydowanie ciszej i spokojniej wrócimy do siebie niż wy.
- Świetny pomysł! - Czeslav wyglądał na ucieszonego z tej propozycji
- EJ LUDZIE! - powiedział głośno Nat, tak że wszyscy na niego spojrzeli - Przenosimy imprezę do męskiej części, do pokoju...
- DO MNIE! - dokończył za niego Ches
Po zgromadzonych rozszedł się pomruk aprobaty i ludzie zaczęli zabierać ze sobą przyniesione rzeczy. Po chwili większość z uczniów przeniosła się na korytarz i czekała na resztę. ,,Uch całe szczęście, że nie ma jeszcze dwudziestej drugiej'' - pomyślał Czeslav - ,,I nigdzie nie widać, żadnego z nauczycieli... tym lepiej!''
- Czesiek masz u siebie plastikowe kubeczki? - zapytała Nikiyame zaraz po tym jak ostatnia osoba wyszła na korytarz
- Raczej nie - chłopak pokiwał przecząco głową
- Dobra to idźcie, a ja zaraz do was dojdę! - dziewczyna pobiegła w stronę swojego pokoju, a pozostałe osoby udały się w nowe miejsce imprezy pod przewodnictwem Czeslava
~~~
- A więc witam w moich skromnych progach! - powiedział Czes otwierając drzwi i wpuszczając do środka gości. Ludzie zaczęli powoli wchodzić, nagle jednak pojawiła się nowa osoba.
- Hej - rudowłosy odwrócił się w stronę, z której dobiegł głos - Co robicie?
- Collin! - powiedział radośnie jednocześnie rozpościerając ramiona - Mała imprezka! Wpadaj! Chodź!
Czech słynął z tego, że nie czekał na odpowiedź. Złapał chłopaka za ramię i wciągnął do środka.
- Mamy jeszcze jednego! - powiedział radośnie
Collin od razu został wciągnięty w wir zabawy. Czeslav podszedł do biurka i wyciągnął płytę z podpisem ,,HITY SATELITY 2000". Odpalił kompa i już po chwili po pokoju rozniosły się hity ubiegłej dekady. Nagle do pokoju jak burza wpadła Niki. W obu dłoniach trzymała reklamówki. Kilka z osób spojrzało na nią z ciekawością.
- Gramy w beerponga! - ogłosiła wszystkim
Ponownie rozniosła się ogólna aprobata i Ci co stali najbliżej zaczęli odsuwać krzesła i pozostałe zbędne przedmiotu, aby przygotować miejsce do gry.
- Ej, ale jak się dzielimy? - zapytał Michael - Trochę nas dużo
- Możemy zagrać tak jak u mnie - powiedział Nathaniel - Każdy wybiera sobie jednego przeciwnika i z nim rywalizuje. Ty trafiasz, pijesz, a on ściąga jakiś ciuch. Ty nie trafiasz, ty nie pijesz, a przeciwnik zakłada na siebie ubranie. Wygrywa ten, kto pierwszy sprawi, że przeciwnik zostanie w samej bieliźnie.
- Genialne! - powiedział Misiek
- Fantastyczne! - dorzucił Czeslav
- Ekhem - chrząknęła Taiga
- Tai no nie bądź taka - puścił do niej oczko Nath - Będzie wesoło! Wybierz sobie kogoś, kogo chciałabyś pozbawić wszystkich ubrań i tylko trafiaj!
- Dobra to wy się tam dobierzcie w pary, a my porozlewamy - powiedziała Niki wręczając Opheli alkohol.
- Mam rozumieć, że jesteśmy idealnie sparowani? - zapytała Oph rozglądając się po zgromadzonych
- Tak wyszło - uśmiechnął się Nathaniel - To do dzieła!
Rudowłosy przeczesał dłonią włosy i podszedł do Taigi. Chrząknął i ukłonił się nisko.
- Czy zechce zostać Pani moją rozbierającą się połówką?
- Gorszego tekstu w życiu nie słyszałam - zaśmiała się Taiga - Ale prędzej to ty wylądujesz bez ciuchów niż ja.
- Mam rozumieć, że to było tak? - Czeslav wyprostował się z uśmiechem
- A i owszem - dziewczyna podeszła do stołu - Szybciej! Ktoś tutaj koniecznie chce wylądować bez ciuchów!
Michael głośno zagwizdał, a kilka innych osób gromko zaklaskała. Czeslav spotkał się ze wzrokiem Taigi i wytknął jej język. Dziewczyna uśmiechnęła się i poprawiła kucyk. W tle aktualnie grało ,,Barbie girl'' zespołu Aqua
I'm a Barbie girl in a Barbie world
Life in plastic, it's fantastic
You can brush my hair, undress me everywhere
Imagination, life is your creation
- Słyszysz? - Ches uśmiechnął się szeroko do Taigi - ,,Undress me everywhere'' to piosenka o tobie!
- Haha chciałbyś! - dziewczyna rozprostowała dłonie, aż strzeliły jej kostki w palcach - Kochani szykujcie się na oglądanie bokserek Czeslava!
- Ooo widzę szykuje się poważne starcie - powiedział Nathaniel wcielając się w rolę komentatora - Wszyscy obecni tutaj zbierzmy się, aby podziwiać tę wiekopomną chwilę. Kto pierwszy straci wszystkie ciuchy i zaświeci przed nami swoją bielizną? - Czeslav Colomaniak czy Vice Taiga! Śmiało! Obstawiajcie swoje typy i kibicujcie swoim ulubieńcom. Tymczasem Taiga, Czeslav jesteście gotowi?
Oboje jednocześnie skinęli głową. Podeszła do nich Nikiyame wręczając po piłeczce ping-pongowej.
- W takim razie zaczynamy! Pierwszy ruch należy do naszej drogiej Taigi!
Dziewczyna podeszła do krawędzi blatu i przyjęła pozycję jak koszykarz podczas rzutów osobistych. Po wykonaniu kilku ruchów ręką wypuściła piłeczkę. Ta dwa razy odbiła się od stołu, poleciała w kierunku kubków... i odbiła się od krawędzi!
- Och jaka szkoda! - powiedział Nathaniel - Spokojnie Taiga odegrasz się w następnym ruchu! Teraz zapraszamy naszego mikruska! Czesiek postaraj się, wierzę, że są tutaj tacy, co marzą, aby ujrzeć małe co nieco!
Rudzielec uśmiechnął się szeroko i doskoczył do krawędzi stołu. Wykonał krótki ruch ręką i zaraz po nim nastąpił wyrzut... piłeczka odbiła się raz od blatu i wyleciała wysoko w powietrze
- Proszę państwa do samego nieba! - komentował Nath - Iiiiiiii..... JEST!!!! Tak zdobywa się punkty drodzy państwo! Czesiek przechylasz, Taiga ściągasz. Nie chcę nic mówić, ale proponuję górę.
- Chciałbyś - dziewczyna wytknęła język i ściągnęła buty. Odłożyła je na bok, przechwyciła piłeczkę i dziarskim krokiem podeszła do stołu.
- Te skupienie na twarzy Taigi - blondyn wczuł się w swoją rolę - Przypomina mi o sprawdzianie z matmy, który mam w przyszłym tygodniu. Ale nie ważne! Leciii.... i JEST! Piękny styl dziewczyno! Panie Czeslavie ściągamy, ściągamy!
Chłopak machnął raz jedną nogą, raz drugą. W powietrze wzbiły się crocsy, które miał na stopach. ,,Już nic więcej mi nie pozostało. Teraz tylko koszulka i spodenki. Pod tym względem dziewczyny z tysiącem warstw ciuchów mają lepiej'' - pomyślał
- Zapraszamy do ruchy - rzucił Nath - Czy Pan Nesladek ponowi swój sukces?
Rudy stanął szeroko tuż przy samym kancie stołu, zrobił szybki krótki ruch i rzucił. Piłka odbiła się tym razem dwa razy. Wylądowała tak źle, że odbiła się od rantu kubka...
- CO ZA SZCZĘŚCIARZ! - poinformował Nath - Z kubka w kubek! Tak potrafi tylko nasz Czech! Panno Taigo, co teraz Pani ściągnie?
Dziewczyna podniosła nogę do góry i ściągnęła podkolanówki. Rozległ się dźwięk rozżalenia, głównie z męskiej strony widowni.
- Widzisz Tai? Publika czeka! - powiedział Nathaniel - To oznacza, że trzeba mocniej kibicować Cześkowi!
Tai odebrała piłeczkę od rudzielca i rzuciła bez żadnego przymierzania się.
- Proszę Państwa bez odbicia! PERFEKCYJNIE! Och godny przeciwnik! Ale zaraz zaraz... czy to oznacza, że Czeslav zaraz ściągnie koszulkę? TAAAK JEST! I nie ma już koszulki! Taiga nie zapomnij wypić swojego trafionego kubka!
Czeslav rzucił koszulkę w kąt. Przejął piłeczkę i szybko wykonał swój ruch.
- Och tak blisko - powiedział Nath, gdy ta przeleciała nad kubkami i spadła na ziemię - Cóż to oznacza, że Taiga zakłada na siebie coś z powrotem.
Tai założyła skarpetki i podeszła do stołu.
- Drodzy zgromadzeni - Nath czuł się w roli komentatora jak ryba w wodzie - Oto decydujący strzał! Jeśli Taiga trafi, zgarnia wszystko i ujrzymy bokserki Czeslava, jeśli nie, akcja trwa dalej.
- Czesiek - powiedziała Taiga patrząc i uśmiechając się do rudzielca - Patrz i płacz!
Po tych słowach odwróciła się i rzuciła. Piłeczka zaczęła się odbijać, wszyscy skupili na niej wzrok. W pokoju zapanowała całkowita cisza, dało się słyszeć tylko głos komentatora
- Raz... dwa... trzy... - mówił Nath - cztery... W SAM ŚRODEK!!!! Proszę Państwa mamy zwycięzcę!!! A to oznacza... Czesiek pokaż majty! PO-KAŻ MAJTY! PO-KAŻ MAJTY!
Ludzie zaczęli klaskać w rytm wypowiadanych przez Nathaniela słów. Czeslav ukłonił się i jednym ruchem ściągnąłem spodnie. Wszyscy ujrzeli rudzielca w bokserkach, które były bożonarodzeniowym prezentem.
- Pandy? - zaśmiała się Taiga zasłaniając usta ręką - Tego to się nie spodziewałam!
- Pandy, o pandy! - powiedział śpiewnie Czesiek i zakręcił bioderkami. Zgromadzeni uczniowie zaczęli się śmiać. Nagle odezwał się Nathaniel wskazując palcem na chłopaka.
- Czeslavie przypominam Ci, że w takim stanie musisz pozostać do końca rozgrywek!
- Się wie szefie! - zasalutował - Skoczę tylko wyrzucić śmieci, bo coś czuję, że zaraz miejsce się skończy.
Chłopak zrobił krok naprzód i minął blondyna. Zgarnął butelki postawione przy kuble, złapał za worek i opuścił pomieszczenie. W tym momencie Nathaniel zaklaskał.
- To kto następny? - uśmiechnął się szeroko
- My możemy - odpowiedział Lucas obejmując zarumienioną od alkoholu Nikiyame
- W takim razie zaczynamy!
W tym samym czasie na drugim końcu pokoju, pochyleni nad odkręconą butelką sprite stali Michael i Chris. Trzecioklasistra dzierżył w dłoniach opakowanie Nutelli
- Mówię Ci Misiek - powiedział ledwo zrozumiałym tonem Chris - Że czytałem na internetach, że jak wrzucisz nutelle do sprita to będziesz miał czekoladowy mus!
- Ale to będzie niedobre - zmiennowłosy energicznie pokręcił głową
- Co nam szkodzi - zaśmiał się Chris - W razie czego damy Cześkowi do zjedzenia.
Niemiec po chwili namysłu skinął głową i chwycił za butelkę sprita. Następnie powoli zaczął przelewać jej zawartość do słoika z nutellą. Chris postawił słoik na stole i obaj pochylili się nad nim obserwując pieniący się napój.
- Co wy robicie? - zapytał Akashi wciskając się między nich
- E - eksperyment! - czknął Chris i oparł się ręką o ścianę, powoli zbliżał się jego koniec.
Akashi spojrzał na rozradowanego Michaela, a następnie na zawartość słoika.
- Cholera, co to jest?
Michael parsknął głośnym śmiechem i wsadził łyżkę do środka. Po chwili wyciągnął ją, a oczy prawie wyszły mu z orbit.
- Chris miałeś rację - powiedział głośno - Mus! Chris?
Akashi i Michael spojrzeli na chłopaka, który smacznie spał oparty o ścianę. Obaj pokiwali głową i bez słowa zaczęli przenosić olbrzyma na łóżko.
- Taki wielki, a taka słaba głowa - mruknął pod nosem Akashi
- WIELKIE BRAWA DLA LUCASA! - rozbrzmiał głos Nathaniela - Niki ta niewinna biel absolutnie do Ciebie nie pasuje.
Na te słowa dziewczyna zachichotała i zarumieniła się jeszcze bardziej. Wzięła od Ophelii szklankę z trunkiem i zaczęła pić. Nathaniel zaczął zachęcać Ayato, temu jednak pomysł nie przypadł do gustu, co wyrażał w dosyć głośny i dosadny sposób.
- HALO! - zawołał Misiek i zaklaskał w dłonie - Trochę ciszej, bo nas nauczyciele usłyszą!
Rozniósł się cichy pomruk i przez chwilę dało się słyszeć tylko piosenkę.
What is love?
Baby, don't hurt me
Baby, don't hurt me no more
Oh, I don't know why you're not there
I give you my love but you don't care
So what is right and what is wrong?
Give me a sign
- Ej, gdzie jest Ches? - zapytał Akashi dopijając lubelską
- Eeee jeszcze nie wrócił? - podrapał się w głowę Nathaniel rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu rudej czupryny
- Pójdę go poszukać - mruknął Lucas po czym opróżnił szklankę i wyszedł
- Misiek ty umiesz malować prawda? - zapytała Oph podchodząc i łapiąc chłopaka za dłonie - Trzeba troszeczkę upiększyć Chrisa
- Upiększyć? - zdziwił się Ayato - Jemu to nawet operacja plastyczna nie pomoże
- Ja to bym narysował Cześkowi nad łóżkiem kota - pokiwał głową Akachi
- O stary - zakrzyknął Nath - To jest pomysł! Ej Oph dajcie nam trochę mazaków.
Chłopaki ruszyli w stronę Niki, która kucała przy łóżku i rysowała Chrisowi motylka na czole.
- Motylek? - Ayato parsknął śmiechem - Tak to się robi.
Wziął jeden z mazaków i narysował na poliku chłopaka pięknego dorodnego curaka. Dziewczyna zasłoniła dłonią usta i zachichotała. Chłopak wyprostował się dumnie.
- No teraz przynajmniej jest prawdziwym mężczyzną - zamknął zakrętką końcówkę markera
- Piękne arcydzieło - pokiwał z uznaniem Nathaniel - Teraz narysuj takiego pięknego kotka.
- Gdzie? - chłopak ściągnął zakrętkę i czekał na jedno słowo
- Bo ja wiem? Na ścianie - Nath wzruszył ramionami
- Nie musisz powtarzać...
Po niespełna pięciu minutach prawie cała ściana nad łóżkiem Czeslava pokryta była najróżniejszymi wizerunkami kotów.
- Czesiek was zabije - mruknęła Taiga patrząc na dzieło chłopaków
- Hahaha prędzej to on na zawał zejdzie - zaśmiał się Ayato kończąc kota z cylindrem na głowie.
~~~
Czeslav stał na trawniku pod oknami damskiej części akademika. Zbierał drobne kamyczki i walczył z ogarniającym go chłodem. Gdyby tylko nie zapomniał zabrać klucza od drzwi akademika... Wyprostował się i zaczął rzucać kamieniami w jedyne okno, w którym paliło się światło. Jego stan sprawiał, że większość kamyków nawet nei dolatywała do okna, albo leciała w bliżej nieznanym kierunku, a napewno zdala od wymarzonego celu. Chłopak co chwilę się schylał, aby nabrać kolejną amunicję. Był tak pochłonięty swoim zajęciem, że nie zauważył iż upragnione okno w końcu się otworzyło. Wyprostował się, cofnął i kilka kroków i rzucił z całej siły. To był perfekcyjny rzut. Kamień uniósł się po lekkiej paraboli i wylądował w samym środku otwartego okna.
- AUU! - na ten dźwięk chłopak cały zesztywniał przerażony- Jesteś nienormalny?! Najpierw rzucasz w moje okno, a potem we mnie?!
- Prominte! - zaczął szybko przepraszać - Czy możesz mi pomóc? Nie wziąłem ze sobą kluczy...
- Czemu jesteś nagi? - dziewczyna przerwała wpatrując się w chłopaka i rozmasowując bolące miejsce
- Długo by opowiadać - Czeslav machnął ręką - pożyczysz mi klucz?
- Poczekaj - głowa dziewczyny zniknęła w środku
Ches zaczął rozglądać się wokół rozmasowując zdrętwiałe z zimna ramiona. Nagle na jego głowie wylądowała jakaś szmata. Zaczął się z nią szarpać i robiąc kroki do tyłu potknął się o krawężnik, lądując ciężko na chodniku. Kiedy w końcu udało mu się wyswobodzić spojrzał najpierw na trzymany w dłoniach materiał, a następnie na dziewczynę - Sakra co to jest?!
- Rzuciłam Ci szlafrok - powiedziała z lekkim wyrzutem - Jest zimno, możesz się przeziębić....
- Emm dziękuję...
- Judy - powiedziała dziewczyna
- Czeslav. Cóż słabe warunki na poznanie się, ale miło mi i dzięki za szlafrok! - chłopak niezdarnie próbował wcisnąć głowę w rękaw - Wcale nie jest tak zimno, ale dzięki.
W tym momencie zawiał wiatr i po ciele chłopaka przeszedł lodowaty dreszcz. Szybko owinął się szlafrokiem i spojrzał w górę, gdy dotarł do niego stłumiony śmiech Judy.
- Nie ma za co - uśmiechnęła się
- Tooo pożyczysz mi klucz? - zapytał otulając się jeszcze bardziej
- Pewnie, łap! - rzuciła kluczyk zawieszony na smyczy
- Dzięki! - krzyknął łapiąc go zgrabnie w locie - Zaraz odzyskasz go z powrotem!
Chłopak od razu ruszył w stronę frontu budynku. Minął filar i dopadł do drzwi, gdy te nagle otworzyły się i oberwał prosto w twarz. Odrzuciło go do tyłu, złapał się za głowę rozmasowując czoło. Stał przez chwilę zdezorientowany.
- Gdzieś ty był? - zapytał Lucas - Aż wysłano mnie, żeby Cię znaleźć.
- Opowiem Ci po drodze - Czeslav nagle się otrząsnął - Teraz muszę oddać ten klucz Judy. Wiesz może gdzie mieszka?
- Mniej więcej - mruknął chłopak
~~~
- Co to jest? - zapytała Ophelia wymachując pudełkiem nad głową - Jakieś blu blu? ból? bólblu?...
- Co? - Akashi spojrzał na nią zdezorientowany - Pokaż mi to...
Dziewczyna podeszła i wręczyła mu pudełko
- Kasza bulgur... - przeczytał mrużąc oczy - Jezu co to za cholerstwo?
- To ja o to pytam - prychnęła dziewczyna
- Eeee Tai - machnął ręką Akashi - wiesz co to jest bulgur?
- Co? - dziewczyna spojrzała na niego z góry - To jakaś zagadka?
- Nieee jakaś kasza - wzruszył ramionami
- Gdzie wyście byli?! - wszystkie głowy zwróciły się w stronę Michaela, a potem przeniosły się na Lucasa i Czeslava
- Ten idiota zapomniał klucza - mruknął Lucas padając na kanapę obok śpiącej Kichi
- Tak jakoś wyszło - Czeslav uśmiechnął się szeroko - JEZUUUUUUU JAKI JA JESTEM GŁODNY UGH! Ale bym zjadł sobie grilla...
- To może być z tym ciężko - pokiwał głową Nathaniel
- Ej wiecie, że mam Xboxa? - zapytał Czesiek klękając przy jednej z szafek - I mam ,,Just Dance'' z karaoke!
- I dopiero teraz mówisz?! - Ayato puknął Cześka w głowę
- No prominte bardzo - Czech zaśmiał się lekko
Wyprostował się szybko i zaczął odpalać grę. Nagle rozbrzmiały charakterystyczne dźwięki menu głównego. Chłopak otworzył jedną z szuflad i wyciągnął cztery kolorowe rękawiczki.
- To kto gra? - zapytał machając nimi w powietrzu
- Ja! - zgłosił się Misiek i złapał rzuconą mu przez chłopaka rękawiczkę
- Ja też - powiedział Nathaniel
- I ja! - dorzuciła Taiga
- Świetnie! - rudowłosy rozdał rękawiczki i sam założył jedną z nich - Mam idealny utwór! Musimy stanąc wszyscy w jednej lini i pomachać, aż zaskoczy.
Cała czwórka wykonała wszystkie polecania i już po chwili rozbrzmiały pierwsze dźwięki utwóru.
- Tai jaki piękny z Ciebie duch! - zaczęła śmiać się Ophelia opadając na kanapę i gnieżdżąc się wśród tych, którzy już padli
- Nie śmiej sie, bo ty będziesz następna! - odkrzyknął Czeslav machając rękami zgodnie z tym co było na ekranie.
- Śnisz rudzielcu - dziewczyna rozłożyła się wygodnie i zaczęła jeść chipsy - Misiek co tak słabiutko machasz?!
- Może chcesz mnie zastąpić? - uśmiechnął się schylając do przodu.
Nagle z łóżka jak oparzony zerwał się Chris i pobiegł do łazienki.
- Uch ktoś tu chyba zaliczy małe randewu z sedesem - uśmiechnął się Nathaniel
Czeslav wyprostował się i ściagnął rękawiczkę
- Grajcie teraz sami, a ja idę ogarnąć coś do jedzenia
Chłopak minął stolik i podbiegł do lodówki.
- Ma ktoś ochotę na kiełbaskę?
- Mi możesz zrobić - odezwał się Nathaniel
- I mi - dodał Misiek
- A curak z tym - mruknął Czesiek zanurzając się w lodówce - Zrobię wszystkie, to jak ktoś będzie chciał to sobie weźmie.
Chłopaki odwrócili się i powrócili do gry.
- Nath zobacz, jakie jeszcze są za piosenki - powiedziała Tai siadając obok Oph i pociągając dużego łyka, z łazienki dobiegły stłumione dźwięki Chrisa walczącego o życie
- Heh kac morderca nie ma serca - pokiwał głową Akashi opierając się łokciami o oparcie kanapy - Czy ktoś się zajmuje naszym biedakiem?
- Um mogę iść spojrzeć, co u niego - Misiek ściągnął rękawiczkę i ruszył w stronę łazienki - Chris? - zapukał lekko
Ze środka dobiegł tylko cichy pomruk. Michael nacisnął na klamkę, drzwi lekko ustąpiły. Otworzył je szerzej i ujrzał leżącego na kafelka bladego i całego mokrego od potu Chrisa.
- Stary żyjesz? - chłopak pochylił się nad nim
- Uhum
- Przynieść Ci coś?
- Y-ym
- Jesteś pewien?
- Uhum
- Dasz sobie radę?
- Uhum
Michael powoli się wycofał i delikatnie zamknął drzwi.
- Co z nim? - zapytał Akashi
- Umiera, ale żyje - machnął ręką Michael - Przeżyje to. Ummm co to za zapach?
Chłopak zaczął wąchać w powietrzu i razem z Nathanielem ruszył ku źródła zapachu.
- Jakby coś się paliło...
- To chyba z balkonu - powiedziała Taiga obserwując wszystko z bezpiecznej odległości
Nathaniel złapał za klamkę i uchylił drzwi balkonowe. Do środka dotarło jeszcze więcej zapachu spalenizny. Chłopak wyszedł na zewnątrz i stanął jak wryty. Po chwili wrócił do środka dusząc się ze śmiechu.
- Co się stało?
- Jak chcesz wiedzieć - zwrócił się do Akashiego ledwo łapiąc powietrze - To sam sobie zobacz.
Chłopak podniósł się i ruszył na balkon.
- Czesiek co ty robisz? - zapytał dusząc śmiech
- Jak to co? - zapytał zdziwiony chłopak - grilluję kiełbaski
- Brateł - mruknął Misiek wystawiając głowę na zewnątrz - Skąd tyś wytrzasnął taki fartuszek?!
- Ten? - zapytał Ches wskazując na fartuszek sexi kucharki, który miał na sobie - Wisiał sobie w kuchni.
- Na czym ty to grillujesz? - zapytał Akashi
- Na kratce od piekarnika - rudzielec wyszczerzył się i opierając jedną rękę na biodrze zapytał - Kiełbaskę?
- Eeeee ja może podziękuję - akashi zaczął się wycofywać dalej powstrzymując śmiech - Ty sexi kuchareczko.
Czeslav poprzestawiał kiełbaski na talerz i wszedł do środka.
- Czesiek aleś ty sexowny - zaśmiał się Ayato
- Wulkan sexu - rudzielec uśmiechnął się
- Przynajmniej doprawiłeś je? - zapytał - Posoliłeś, popierzyłeś?
- Posoliłem - odrzekł Ches - Jak masz ochotę to możemy popieprzyć je razem.
Nathaniel parsknął i zaczął jeszcze bardziej się dusić.
- Ja chyba spasuję Ches - pokiwał głową Ayato - Ale może Misiek będzie chciał z tobą popieprzyć.
- Z tobą zawsze bro!
-Bro!
- Bro bro!
- Bro bro bro!
- Bro bro bro bro!
- Co wy robicie? - zapytała Oph patrząc lekko zdezorientowana
- Wyznajemy sobie miłość - odpowiedział Czes
Dziewczyna szybko zamrugała i nalała sobie lubelskiej.
- Na trzeźwo tego nie przetrawię...
- Przecież ty już jesteś wstawiona - mrugnął Ayato
- Tu potrzeba więcej...
- To kto ma ochotę na moją kiełbaskę? - wyszczerzył się Czes
- Zdecydowanie więcej! - Oph przechyliła butelkę i opróżniła całą
- Nie to nie - Czeslav wzruszył ramionami i nałożył sobie kiełbaskę
Podszedł do kanapy i widząc brak miejsca usiadł na podłodze przy Taidze. Dziewczyna wbiła wzrok w jego głowę.
- Misiek weź sobie jedną - zawołał - Takiej w Niemczech nie dostaniesz!
Nagle Taiga położyła dłoń na jego głowie. Chłopak zastygł i spojrzał na dziewczynę. Tai kilka razy podnosiła i opuszczała rękę.
- Włosy dodają Ci centymetrów - powiedziała po chwili
- Wiesz gdzie jeszcze włosy dodają mi centymetrów? - *lenny*
Ayato i Misiek parsknęli śmiechem.
- Chyba pod pachami - rzucił Nathaniel
Dziewczyny wybuchły tak gromkim śmiechem, że nagle z łazienki wychyliła się głowa Chrisa.
- Yemmeeee - mruknął cały blady
- Masz świętą rację Chris, twoje zdrowie - Akashi podniósł szklankę i wzniósł toast. Chris powoli wycofał się do swojej pieczary - Ches ja wiem czemu ty jesteś taki niski.
- Mmm? - rudowłosy spojrzał na niego z buzią pełną kiełbasy
- Ciebie to po prostu ciągnie do piekła!
Rudowłosy przełknął to co miał w ustach i uśmiechnął się szeroko - To co? Pogrzeszymy razem?
Ayato wybuchł takim śmiechem, że Michael rzucił się sprawdzić, czy to jeszcze śmiech czy już przedśmiertne drgawki. Taiga schowała twarz w dłoniach, a Ophelia...
- Gdzie jest Oph? - zapytał Akashi
- Oph dołaczyła do Chrisa - mruknął Ayato
- Och... niech im sedes lekkim będzie! - Misiek wykonał znak krzyża
- Co tu się dzieje?
- NIKI?! - Czesiek odsunął się jak przerażony
- Coś się stało? - dziewczyna usiadła i przeciągnęła się - Ches wyglądasz jakbyś ducha zobaczył
- Ja... - chłopak zaczął się jąkać - Uch nieważne...
- Mmm? - dziewczyna patrzyła na niego zdezorientowana
- Dlaczego masz twarz pomalowaną na kota...
- CO?!
Taiga i Akashi parskneli śmiechem, gdy dziewczyna rzuciła się do łazienki.
- Będziemy jeszcze grać w beerponga? - zapytał Nath - Bo ten stół tak na środku stoi, możnaby go przesunąć lekko.
- Pewnie - Czes zerwał się na równe nogi - Ale to więcej osób potrzeba, bo jest ciężki, jeszcze jak teraz jest obstawiony.
Do mebla podeszli jeszcze Michael, Ayato i Akashi. Chłopaki mocno się zaparli i popchnęli stół. To co wydarzyło się chwilę potem działo się niczym w zwolnionym tempie. Cała piątka wraz ze stołem i jego zawartością wpadła z łoskotem na ścianę... na ścianę, która nie wytrzymała całego naporu i po prostu odpuściła.
- O sakra... - wydusił z siebie Czesiek leżąc na ziemi i patrząc na to wszystko, co było przed nim.
Stół przeleciał przez ścianę na wylot i wylądował w czyimś pokoju.
- MÓJ POKÓJ?! - powiedział przerażony Michael
Chłopaki spojrzeli na siebie przerażeni. Nathaniel podniósł się z ziemi i otrzepał. Alkohol zamroczył go na tyle, że dopiero po chwili zdał sobie sprawę, z tego co się wydarzyło.
- O cholera - mruknął
- Co... co teraz? - Ches błagalnym wzrokiem spojrzał na Taigę
- Ja bym proponował zrobić ewakuację - powiedział cicho Akashi - A jutro... jutro coś z tym zrobimy...
- Taaaaa - mruknął Ayato - zaraz się tu zlecą nauczyciele.
- Ale.... - Czesiek siedział przerażony
- Trzeba ich zgarnąć - powiedział Akashi
- Ja mogę zgarnąć Miśka - powiedziała Niki
- Nathy przygarniesz mnie? - Czesiek spojrzał błagalnym spojrzeniem na przyjaciela, ten tylko skinął głową
- A co z resztą? - spytała Tai
- Musimy ich zostawić... i tak nic im nie zrobią teraz - mruknął Ayato
- Chodź - Nath złapał Czeslava za ramię i pociągnął za sobą.
~~~
Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Leżałem chwilę z zamkniętymi oczami wtulony w poduszkę i kołdrę. Kac... Kac morderca... a ten... ten był zdecydowany. Najgorsze uczucie, gdy po wspaniałej imprezie, dopada on. Sprawia, że każdy najmniejszy dźwięk to ból, każdy ruch to katorga, a myślenie... uch ono nawet nie istnieje. Leżałem i słuchałem bicia zegara. Jezu nigdy jeszcze nie miałem takiego kaca, żeby tak głośno było słychać bicie zegara, który wisi kilka metrów ode mnie na ścianie... i czemu... skąd to sapanie... Lekko otworzyłem oczy. Sakra. Zamknąłem oczy, coś mi się chyba kolory popsuły... Ale... moment... Otworzyłem oczy jeszcze raz i rozejrzałem się, byłem w jakimś obcym pokoju. Zmarszczyłem czoło. O SAKRA. Szybko odskoczyłem w sam róg ściany. Byłem w obcym pokoju. Wtulony w obcą osobę. Sakra sakra sakraaaaaaa. Przyciągnąłem kołdrę i okryłem się nią. Pokój wydawał się jakiś znajomy... spojrzałem na osobnika, w którego jeszcze przed chwilą byłem wtulony.
- Nathy? - puknąłem chłopaka stopą w nogę. Blondyn odwrócił się, odłożył książkę i spojrzał na mnie.
- Co ty taki blady? - zapytał przecierając oczy
- Co ja robię w twoim pokoju? - spytałem przerażony - Dlaczego śpię z Tobą w łózku?!
- Nic nie pamietasz? - uśmiechnął się podpierając na łokciu - Mój ty słodziutki.
- Co.... - spojrzałem na niego przerażony
- Połącz fakty mój kochany - uśmiechnął się - Była ostra impreza, alkohol, wylądowaliśmy razem w łóżku...
- CO?!?!?!!? - patrzyłem na niego przerażony
Chłopak nagle wybuchł śmiechem.
- Ches, nie chcę nic mówić, ale sam pchałeś mi się do łóżka... a jak już tutaj przyszlismy to błagałeś, żebyśmy spali razem.
- Coo.......
- Pamiętasz, że ściana w Twoim pokoju została rozwalona? - patrzyłem na niego bez słowa, Nath westchnął i mówił dalej - No to ściana została rozwalona, i żeby nie było zbyt dużej draki to zgarnęliśmy Ciebie i Miśka.
- Ale... co...
- Tak wiem, nic nie ogarniasz - mruknął - Teraz lepiej się szybko ogarnij, bo trzeba zobaczyć co tam sie dzieje.
Nathy usiadł na krawędzi łóżka i spojrzał na mnie.
- Tam masz łazienkę - wskazał ręką na drzwi
Powoli zsunąłem się z łóżka i poszedłem do toalety. On żartuje. On żartuje, prawda? Jaka ściana? Jaka dziura? Co.... Odkręciłem wodę i obmyłem twarz. Nie mogłem zrozumieć o czym on do mnie mówił... Wytarłem twarz w koszulkę i wyszedłem. Spojrzałem na chłopaka, który stał z kubkiem w dłoni.
- Chcesz coś do picia? - zapytał - do jedzenia?
Przecząco pokręciłem głową siadając na skraju łóżka.
- Taiga pisała, że już wszystko wiedzą - powiedział popijając herbatę - I teraz tylko na nas czekają i mamy się jak najszybciej stawić w gabinecie dyrektora.
Przełknąłem ślinę... tylko, że ja nic nie pamiętam...
- Nath, ale ja nic nie pamiętam...
- Domyślam się - pokiwał głową i odstawił kubek - Jednak im szybciej pójdziemy tym szybciej będziemy mieć to z głowy.
Ciężko podniosłem się i stanałem zgarbiony. O sakra.
~~~
Siedzieliśmy wszyscy na korytarzu... Ja, Taiga, Ophelia, Michael, Lucas, Ayato, Akashi, Chris Niki i Kichi. Ci którzy zwiali wcześniej, byli bezpieczni - bo nikt ich nie złapał... ale my... cóż... Spuściłem głowę i wpatrywałem się w swoje buty. Co teraz będzie...
Nagle drzwi od gabinetu otworzyły się i ze środka wyszli nasi wychowawcy, Vice dyrektor, dyrektorka i pani z akademika. Przełknąłem ślinę i wyprostowałem się.
- Zapraszam - dyrektorka wykonała zapraszający gest ręką
Powoli podnieśliśmy się i weszliśmy do środka. Nogi były niczym z ołowiu... w gardle nagle zaschło... i jeszcze ten ból głowy od kaca... fantastycznie. Wszedłem i stanąłem w rogu sali tuż przy oknie i palmie. Tuż po nas weszli pozostali i zamknęły sie drzwi... a więc... zaczyna się.
- Wszyscy wiemy, że od czasu do czasu w akademiku odbywają się jakieś imprezy - zaczęła dyrektorka - wiemy też bardzo dobrze, że spożywacie alkohol i przymykamy na to oko. Ale to co zrobiliście wczoraj przeszło ludzkie pojęcie. To była najzwyklejsza libacja! Bieganie nago po terenie akademi, rozpalanie grilla na balkonie, niszczenie mienia szkoły, upijanie się do nieprzytomności... brak mi słów, po prostu brak słów. Wszystkich was ratuje fakt, że to pierwszy taki wybryk, każdego z was. Naprawdę nie mam pojęcia, co przyszło wam do głowy, aby robić takie rzeczy! Nie możemy pozostawić tego tak po prostu. Razem z gronem pedagogicznym i opiekunką akademika postanowiliśmy, że za karę, będziecie mieli obniżone zachowanie, do końca semestru będziecie, co sobotę chodzić do przedszkola i przeprowadzać zajęcia edukacyjne. I oczywiście jeszcze sprawa rozwalonej ściany...
~~~ OBECNIE ~~~
Wstrząsnąłem głową.
- Dobra Misiek starczy tego - powiedziałem z niesmakiem - Aż na same wspomnienia mną wzdryga.
- Jakby nie patrzeć przeżyliśmy to - Misiek uśmiechnął się szeroko - I udało się załatwić sprawę z tym pokojem... nikt nie wyleciał... w sumie nikt nie ucierpiał!
- A Chris? - zapytałem - Przecież trafił do pielęgniarki
- No tak, ale nie było, aż tak źle...
- A co w końcu z tą palmą? - zapytałem
- Ach - Misiek zaśmiał się - Siedzieliśmy tam u dyrektorki z dobre dwie godziny, słuchaliśmy po kolei rozmów moralizatorskich, potem sprawa z tym pokojem... a ty w pewnym momencie zacząłeś rzygać do palmy w gabinecie dyrektorki.
- Serio? - spojrzałem na niego zdziwiony - Aż tak bym nie pamiętał?
- Nie no żartowałem. Przymuliło Cię i oparłeś się o nią i cóż... troszkę pękła... tak na pół...
- Och...
- Żałuj, że nie widziałeś siebie jak zacząłeś przepraszać wszystkich po kolei. Nawet nas! - powiedział bro - I w sumie dzięki temu nas puścili wtedy, żebyśmy się ogarnęli i w ogóle. A wiesz co było najśmieśniejsze?
- Co? - zapytałem podnosząc się na łokciach
- Że jak przyszliśmy do swoich pokoi to poszedłeś spać u siebie, a jak sie obudziłeś to byłeś tak przerażony na widok tej dziury, ze masakra.
- Bro ja Ci mówię, że nie pamiętam kompletnie nic! Wyobraź sobie, ze wstajesz sobie szczęśliwy, a tutaj masz dziurę w ścianie! Ja tam przeżyłem zawał!
- Hah pamiętam to bardzo dobrze - uśmiechnął się - Cały blady i te rude włosy. Cudowny widok!
- Ach przestań pfff - obruszyłem się - Bo pewnego dnia obudzisz się bez brwi!
- Bez brwi? - złapał się za czoło - Brateł jak ty tak możesz mówić! Moje piękne brewki chcesz tykać?!
- Nie no nie tknę ich przecież - uśmiechnąłem się - Bro co ty na to, zeby wybrać się dzisiaj na salę gimnastyczną? Przydałoby Ci się trochę ruchu artysto ty mów.