Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sun Xing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sun Xing. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 marca 2018

Od Michaela CD Sun

Mało kto z rana świergotał w naszym pokoju - ba, pewnie i w całym akademiku - tak bardzo, jak rozklekotany budzik, przywieziony z domu w Niemczech - prezent na Gwiazdkę od Mariś z uroczym motywem żółwika. Biedny, przez dwa lata jego skorupa mocno ucierpiała - każdy poranek, jaki z nim zaczynałem, zaczynał się mniej więcej tak samo, czyli od walenia w niego dłonią w poszukiwaniu wyłącznika.
Tak było i dzisiaj. Gdy tylko charakterystyczna melodyjka wyrwała moją podświadomość z kociej krainy Morfeusza, pierwszym, co zrobiłem, było zmacanie biurka w poszukiwaniu budzika. Z wciąż wtuloną twarzą w poduszkę, przeszukiwałem kolejne kawałki powierzchni, aż w końcu usłyszałem, jak coś spada - wydając przy tym jednak zupełnie inny dźwięk, niż Pan Żółwik. Ten dla odmiany był taki...dźwięczny.
Szklanka.
Ta myśl mnie właśnie rozbudziła - podniosłem głowę i skierowałem wzrok na podłogę w celu ocenienia szkód - na całe szczęście, nic się nie zbiło, szklanka turlała się tylko lekko w tę i z powrotem, jakby z pełnym wyrzutu chrobotem. Wody w niej już prawie nie było, musiałem wypić w nocy, czego jednak nie pamiętałem.
Hałas najwyraźniej musiał obudzić też, o dziwo, Cześka. Dopiero widząc, jak przyjaciel niemrawo zaczyna ruszać się w pościeli, odstawiłem na miejsce szklankę i wyłączyłem budzik. Rudzielec parę razy jeszcze pokiwał nieprzytomnie głową, pomruczał coś pod nosem i znowu walnął czołem o poduszkę. Immi za to, w pełni rozbudzona, patrzyła na mnie czujnie i wyczekująco, z nutą nagany. Spojrzałem na zegarek - całe czterdzieści minut. Można się podnosić, zanim dobudzę tego Czecha, minie sporo czasu.
Zwlokłem się z łóżka, obejmując ostatnim tęsknym spojrzeniem wygrzaną, rzuconą byle jak pościel. Poprawiłem szybko kołdrę, i kucnąłem, by nalać kotce świeżej wody i nasypać do drugiej miski trochę karmy.
- Smacznego, królewno - pogłaskałem ją po białym łebku, po czym wyprostowałem nogi, by obudzić wciąż śpiącego w najlepsze przyjaciela. Potrząsnąłem jego ramieniem.
- Słoneczko wstało, szkoła czeka, drogi Cześku!
***
- Ufffff - rudzielec wziął głęboki oddech, opierając się dłonią o drzwi klasy matematycznej. - Pierwszy, niemiecka pało!
- Bo ty łatwiej wymijasz ich wszystkich - jęknąłem, siadając na ławce. - Poza tym, od kiedy niby to były wyścigi?
- Od kiedy dobiegłem pierwszy - wyszczerzył się.
- Następnym razem sam się budź,wtedy zobaczymy, kto będzie pierwszy - burknąłem, patrząc na wyświetlacz telefonu. Mieliśmy więcej czasu, niż sądziłem, całe dwie minuty. Wyjąłem podręcznik i zacząłem taksować wzrokiem dział, ale po kilku sekundach wcisnąłem książkę z powrotem do plecaka i wstałem.
- Czuję się coraz bardziej jak humanista z całej duszy - mruknąłem - a na piękny początek dnia dwie rozszerzone matmy.
- Och, nie marudź- Czesiek szturchnął mnie łokciem. - Zawsze mogło być coś gorszego. jak FRANCUSKI.
Ostatnie słowo podkreślił aż nazbyt dobitnie. Nim jednak zdążyłem mu odpowiedzieć, podeszła do nas dziewczyna, której na pierwszy rzut oka nie skojarzyłem. Sun. Poznałem po charakterystycznych oczach. I, hmm,paru innych rzeczach.
- Cześć - przywitała się, nieco zdyszana.
- Hejo - skinąłem głową.
- Nowa? - Czesiek wyszczerzył się od ucha do ucha.
- O właśnie. Czesiek, to jest Sun. Sun... mmm, Xiao?
- Xing, Xiao to pies.
- O to to - wyciągnąłem palec, jakby rysując w powietrzu niewidzialnego ptaszka. - A Sun, to jest Czeisek, Czeslav Nesladek, Młody, Ches, co tam wpadnie, antykotowiec jeden. Właśnie, gdzie psiaki swoje zgubiłaś?
<Sun? >

wtorek, 27 lutego 2018

Od Sun CD Michaela

- Jakoś to tak mi brzmi...hm, wschodnio. Koreanka?
- Chinka.
- Huh, no to daleko masz do mnie, Niemcy pozdrawiają. Ogółem, wcześniej cię nie widziałem, nowa? - pokiwałam głową.
- Ta, dopiero od niedawna tu jestem, ale zaczęłam z chorobą więc kilka dni jednak nie jestem - uśmiechnęłam się szerzej.
- A ty? Wydajesz mi się bardziej miejscowy - zerknęłam na psy, które grzecznie siedziały.
- Trochę dłużej już tu przebywam, więc możliwe. Która klasa?
- 2B - odpowiedziałam po chwilowym namyśle. Widząc jego uśmiech, odwzajemniłam go niezbyt wiedząc co jest w jego głowie.
- Też jestem w tej klasie i... - poczułam burczenie w brzuchu. Zaśmiałam się zawstydzona, czując jak policzki mi płoną. No tak, nie zjadłam przecież obiadu.
- Sorki, nic jeszcze nie jadłam - poprawiłam kosmyk, który dziwnym zjawiskiem wymknął się spod czapki, uśmiechając się tym trochę bardziej nieśmiało.
- To może, ten no, rozstańmy się już bo zimno się trochę robi, a im szybciej się zajmiesz... Jak twój kot ma na imię? - spytałam, zaciekawiona.
- Immi lub Księżna, to kotka - dodał, jakby była jego dumą. Zachichotałam.
- Więc, im szybciej się zajmiesz Księżną to chyba lepiej, a ja nie chcę umrzeć z głodu. Narka! - pożegnaliśmy się, a raczej ja, bo chciałam już coś zjeść i nie chciałam męczyć chłopaka swoją obecnością. Ale pożegnałam się kulturalnie! Ładnie! Nie było przecież aż tak źle. Przywołałam "psiska" do siebie i w trochę szybszym tempie wróciłam do domu. Ugotowałam ryż i zjadłam go z szynką z lodówki, bo przecież to też mięso, a mięso z ryżem jest dobre. Nakarmiłam czworonogi i przyszykowałam się do szkoły, a potem poszłam pograć na fortepianie.
Uwielbiałam na nim grać - przynosiło mi to spokój i w pewnym sensie oczyszczałam swoje myśli po całym dniu. Melancholijna piosenka potrafiła usypiać także psiaki, więc czasami stosowałam właśnie taki trik. Uśmiechnęłam się i po raz ostatni nacisnęłam klawisz. Westchnęłam, idąc się umyć a następnie spać.
~~~
Obudziło mnie szczekanie. Zresztą - jak zwykle, normalka. Wstałam z ociąganiem, ale gdy spojrzałam na kalendarz i godzinę wręcz wybiegłam się ogarnąć i wziąć psy na krótki, ale szybki spacer. Sprawy załatwione, to teraz do szkoły.
- No to... chyba wszystko mam - powiedziałam sama do siebie, trochę zdenerwowana. Zakluczyłam dom i ubrana w płaszcz w barwie zgniłej zieleni, białym swetrze z golfem i czarną, rozkloszowaną spódniczką (i oczywiście ciepłymi rajtuzami) ruszyłam w stronę akademi. Nieśmiało wkroczyłam do budynku i ruszyłam w stronę klasy, wpadając (znowu) na kogoś w wejściu. Okazał się nim Michael, a obok niego stał niski rudzielec. Poczułam lekki gorąc - w pomieszczeniu było ciepło i zawstydziłam się, no bo byłam jednak tylko odrobinę niższa od blondyna... Chwila, on nie jest teraz blondynem.
- Cześć - powiedziałam. Moje przemyślenia nie trwały nawet kilka sekund.
(your turn)

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Od Michaela CD Sun


Kołysałem roztrzęsioną kotkę w ramionach, wolną ręką gładząc jej biała, teraz nastroszoną sierść. Immi na przemian miauczała i syczała na psy, rozpaczliwie machając łapkami. Pazurki Księżnej zahaczały o materiał mojej kurtki i skóry, nie reagowałem jednak - każda takowa próba mogłaby się zakończyć paniką pupilki, na co zupełnie nie miałem ochoty, dość ma już zszarganych nerwów. Dlatego teraz obserwowałem uważnie trójkę psów, wyczulony na każdy, choćby najmniejszy ruch, szczególnie tego dużego, puchatego... hm, jak nazywała się ta rasa? Akita? Czyli to taki Hachiko? Przed oczami stanęło mi wspomnienie pewnego zimowego wieczoru rok temu, kiedy to razem z Mariś oglądaliśmy film o wiernym psiaku i Mała kolejny tydzień spędziła na tonięciu we łzach, opowiadając każdemu w domu, czy to wujkowi, czy sąsiadom, historię akity. Ba, próbowała nawet przekonać nas, żebyśmy przygarnęli takiego Hachiko, koronnym argumentem przeciwko całemu pomysłowi była Immi, do Małej nie trafiały bowiem argumenty typu brak rasowych psów, szczególnie tego typu, w tutejszych schroniskach czy nawet jakichś hodowlach i innych cudach, a utrzymanie takiego bydlaka wynosiłoby chyba fortunę. Ostatecznie więc skapitulowała, mając na uwadze dobro ukochanej Immi, wciąż jednak lubiła od czasu do czasu próbować przyprowadzać bezpańskie psy z ulicy. Ba, w ostatnim liście wujek nawet mi opisywał, jak Młoda ostatnio wróciła z wielkim kundlem, który "wyglądał jak tyranozaur", cokolwiek to miało znaczyć - wujek miał tendencję do wyolbrzymiania.
Ten akita jednak, poza wyglądem, żadną miarą nie przypominał mi sympatycznego Hachiko. Jak przez mgłę przemknęły mi jednak słowa Mariś, która dosłownie połykała wiedzę o psach jak czekoladę - to psy również obronne, stróże. Cóż, jak widać, i antykotowe.
- Nie no, w porządku - powiedziałem mimo wszystko, mierząc nieprzychylnym wzrokiem Ksiama... jak ona go nazwała? A, Xiao. Zupełnie nieniemieckie imię, co jak co. Z drugiej strony, panna doprowadziła to zbiorowisko do porządku, ale kie licho wie, czy któreś znowu nie skoczy. Cofnąłem się o krok od akity. - Ale z tobą wszystko w porządku?
Martwiłem się trochę, czy przez całą tą akcję nic sobie nie zrobiła, zaliczyła w końcu całkiem bolesny upadek.
- Mi nic nie jest, ale... twój kot... twoja ręka... - zauważyła, niepewnie wskazując na mnie.
Szczerze mówiąc, zadrapanie na moim nadgarstku było teraz najmniejszym z moich zmartwień. Dużo bardziej denerwowałem się o Immi - przez bok kotki przechodziła długa, choć cienka i raczej niegroźna szrama. Miała też lekko nadszarpnięte uszko.
- Cóż, mamy nauczkę, by uważać - wzruszyłem ramionami, przechylając głowę, by lepiej zbadać skaleczenie kotki. - Puściłem ją ze smyczy, a od dawna nie wychodziła, mój błąd. Dobrze, że więcej było strachu jak szkody.
- Lepiej to opatrzyć - zmarszczyła brwi.
- Owszem - potaknąłem. - Zajmę się tym, jak wrócę do siebie. A jak z twoimi psi... psami?
Zanotowałem wcześniej, że była dość wyczulona na określenia typu "psiska", a wolałem niczego nie prowokować, tym bardziej, że sam byłem dość zdenerwowany, uleciała ze mnie wszelka ochota na żarciki. Zziajany i z wciąż szybko bijącym sercem, marzyłem tylko o znalezieniu się w bezpiecznym miejscu.
- Im na pewno nic nie jest - stwierdziła sucho, wzdychając. - Raz jeszcze przepraszam.
- Oj tam - wyszczerzyłem się. - Grunt, że nic poważnego się nie stało żadnej ze stron. Michael ogółem... cóż, zważywszy na okoliczności, to może trochę dziwnie zabrzmieć, ale miło poznać.
- Sun Xing.
- Podobna wymowa, jak imię twojego psa - zauważyłem, wskazując na akitę. Immi zamiauczała w moich ramionach.
- To jest Xiao - przewróciła oczami ze słabym uśmiechem.
- Jakoś to tak mi brzmi...hm, wschodnio. Koreanka?
- Chinka.
- Huh, no to daleko masz do mnie, Niemcy pozdrawiają. Ogółem, wcześniej cię nie widziałem, nowa?
Mówiąc to, równocześnie poprawiłem obróżkę Immi, powoli szykując się do powrotu, by nie męczyć dodatkowo ani kotki, ani Sun.
< Sun? Przepraszam, że dopiero odpisuję >

sobota, 30 grudnia 2017

Od Sun CD Michael'a

- Na razie trzeba jakoś wyminąć te psiska... - zamrugałam zdziwiona. Psiska? Wyminąć?
- Ale to są właściwie moje psy... - wymamrotałam, ale do chłopaka chyba to nie dotarło.
- Te "PSISKA" to moje psy! - szturchnęłam go. Spojrzał na mnie jakby lekko zdziwiony.
- Posuń się, proszę. Muszę je uspokoić - kiwnęłam głową na trzy zwierzaki, które siedziały, ale gotowe do akcji. Powoli się ruszył i wtedy akita, skoczył.
- Xiao! - wrzasnęłam, rzucając się na psa. Na szczęście, zdążył tylko drasnąć chłopaka i kota. Leżałam na psie, ciężko oddychając. Pozostałe dwa psy, podeszły do mnie i szturchnęły.
- Hej, żyjesz? - widziałam jak blond czupryna chłopaka się zniża, a wraz z nią jego całe ciało.
- Ta... Xiao, przepraszam... Piesku, wybacz mi proszę, ale musisz przestać tak reagować na koty. Xiao, wybacz mi~- mamrotałam do psa, powoli wstając i cały czas głaszcząc go.
- Zły Xiao. Nie dostaniesz ciasteczek - zwierzak położył łapę na pysku i schylił się lekko.
- Wy też - skierowałam się tym razem do pudla i doga niemieckiego. Obydwa pisnęły.
- A ciebie przepraszam za moje psy... Naprawdę przepraszam, nie spodziewałam się, że Xiao nadal wariuje gdy widzi koty, naprawdę przepraszam - mówiłam coraz ciszej, kłaniając się lekko. Robiłam to już z przyzwyczajenia, bo dość często psiak atakował inne zwierzęta, a nawet ludzi. Nie miałam z nim łatwo, bo był po pierwsze agresywny, wybredny i niewychowany. Musiałam go sama wszystkiego nauczyć, a i tak nadal mam z nim problemy. No ale już nic na to nie poradzę, taka jego natura. A co do pozostałej dwójki - gdy jeden coś robi lub wyczuje, to reszta za nim pójdzie. Takie małe stado. Przydatne, jak i denerwujące. Wyprostowałam się i poprawiłam włosy, które wchodziły mi w oczy.
- Nie no, w porządku - powiedział - ale z tobą wszystko w porządku? - Kiwnęłam energicznie głową.
- Mi nic nie jest, ale... twój kot... twoja ręka... - niepewnie wskazałam na jego dłoń, która lekko krwawiła i kota, który siedział wczepiony w jego ubranie. Świetnie. Dzień był nawet ok, ale teraz już nie jest. Spaliłam swój obiad, a psy zaczęły mi gonić kota, następnie Xiao go zaatakował. Pięknie.


(i co dalej drogi Michaelu?)

piątek, 29 grudnia 2017

Od Michaela CD Sun

Westchnąłem ciężko, patrząc na wyszczerzonego Cześka.
- Powtarzam ci po raz setny - wycedziłem powoli, dobitnie podkreślając każde słowo. - Immi. Nigdzie. Nie. Wyjdzie.
- Czemu nie? - zajęczał, bujając się na krześle.
- Ile razy mam ci to tłumaczyć? - jęknąłem, po czym pokazałem mu szeroko otwartą dłoń, zaginając palce z każdym kolejnym argumentem. - Po pierwsze, jest za zimno. Po drugie, Immi nie lubi spacerów. Po trzecie, jest ślisko i może jej się coś stać. Po czwarte, mam robotę i dla twojego spokoju nie zamierzam celowo wychodzić w ten ziąb. Po piąte... to Immi!
- Chcę się wyspać! Odpocząć! A z tym przeklętym kotem to niemożliwe! - załamał ręce, chowając twarz w dłoniach. - Włazi mi na łóżko, na twarz, macha tym ogonem przed nosem...
- Miłość unosi się w powietrzu, kochany braciszku - stwierdziłem sucho.
- Niech ta miłość wyjdzie na dwór! - pełnym dramatyzmu gestem wskazał na Immi, a potem na okno. - Bo sam ją wywalę!
- No już, już, sznyclu, spokojnie - poczochrałem go po rozwichrzonych kudłach - może i przyda jej się trochę ruchu. Ale obiecujesz, że będziesz spał? Żadnego siedzenia na telefonie albo rozwalania ścian?
- Żadnego - obiecał, zapalczywie kiwając łepetyną.
- I stawiasz mi następnym razem kebaba.
- Największego z możliwych - potaknął. - W życiu ci tego przez tydzień nie zapomnę.
- Och, żeby to chociaż tydzień był - westchnąłem tęsknie. - Już widzę cię jutro: "Jaki kebab, bro?".
- Zabierz stąd tego kota chociaż na godzinę - mruknął. - Tylko o to proszę.
- Tak, tak - podniosłem się i ruszyłem do szafy, szukając w pudłach obróżki i smyczy dla Immi. - I zmieniasz jej kuwetę przez następny miesiąc.
- NIE MA MOWY - zaperzył się.
- Cóż, warto było próbować - wzruszyłem ramionami, po czym odwróciłem się, trzymając w dłoni szukane przedmioty. - Księżniczko, szykuj się, czas odwiedzić twe królestwo.
- Idziecie do kuwety? - zapytał niewinnie Ches.
- Możesz powtórzyć, przyjacielu? - spiorunowałem go wzrokiem. - Chyba nie dosłyszałem.
- Och, miłego spaceru!
- Dziękuję - ukucnąłem, zapinając na wdzięcznej szyi kotki czerwoną, błyszczącą obróżkę, plecionkę wykonaną przez Mariś. - Będziemy za jakąś godzinę, może dwie.
- Papa, nie musicie się śpieszyć?
- Też tęsknię - przewróciłem oczami, zamykając za sobą drzwi.

***

Siedząc w parku, dmuchałem co chwilę na dłonie, obserwując spadające z nieba płatki śniegu. Immi, skrępowana smyczą, kręciła się niespokojnie dookoła, podczas gdy ja szkicowałem na spokojnie rozłożysty dąb.
- Puścić cię na chwilę? - kotka zamiauczała potakująco. Chwilę biłem się z myślami, uznałem jednak, że kot domowy raczej nie oddali się zbyt daleko. - Tylko bądź tu w pobliżu.
Immi, zgodnie z oczekiwaniami, dreptała w odległości maksymalnie dziesięciu metrów ode mnie, obserwując łakomie ptaki siedzące na gałęziach drzew. Dałbym słowo, że miała na nie dużo większą chrapkę, niż na suchą, kocią karmę.
W pewnym momencie, usłyszałem głośne ujadanie. Zaalarmowany nagłym hałasem, uniosłem głowę znad szkicownika, a moja dłoń wypuściła ołówek z ręki ,gdy zobaczyłem trzy pokaźne psiska, biegnące prosto na moją Immi. Kotka, gdy sama przekonała się o niebezpieczeństwie, zamiauczała głośno i zaczęła gnać przed siebie.
Zerwałem się na równe nogi i sam zacząłem biec, usiłując utrzymać możliwie niedaleką odległość, nie miałem jednak szans dotrzymać im tempa. Księżna biegła jak szalona, lawirując między ławkami i koszami na śmieci, w końcu wskoczyła na czyjś parapet i przebiegła tam kilka metrów, skacząc prosto w moje ramiona. Psy wyhamowały gwałtownie, skupiając całą swoją uwagę na mnie.
- Scheisse... - wymamrotałem, blednąc. Gdy zacząłem już obmyślać plan odwrotu, poczułem, jak niewidzialna siła od tyłu popycha mnie prosto w zaspę śniegu.
Wstałem, prychając śniegiem na wszystkie strony. Cholera, czwarty pies?!
- Przepraszam - usłyszałem. Odwróciłem się, a mój wzrok spoczął na grubo opatulonej, zziajanej dziewczynie.
- Potem pogadamy - chwyciłem ją za ramię, by cofnęła się o krok. - Na razie trzeba jakoś wyminąć te psiska...

<Sun?>

Od Sun

Westchnęłam głęboko, patrząc na patelnię, gdzie znajdowało się spalone mięso.
- Super. I co ja teraz zjem? - spojrzałam na Akitę, który tylko położył łapę na pysku.
- Tak, czuj się winny. Przez ciebie będę teraz chodzić głodna - warknęłam, i wręcz uderzając stopami po panelach, ruszyłam w stronę salonu. Nie miałam nawet najmniejszej ochoty wychodzić na dwór, narażać się na zimno, śnieg, ani lód. Nie, nie i jeszcze raz NIE. Nienawidziłam zimy. Trzeba się zawsze ciepło ubrać, trzeba uważać żeby się nie przewrócić, uważać na to, żeby psu nie było zimno (chociaż pieski sobie poradzą, mądre zwierzątka). Usiadłam ciężko na kanapie, a dog niemiecki podniósł głowę. Największy z całej piątki, a największy kanapowiec. Poklepałam nogę, a po chwili Ines położyła swój łeb na niej. Zaczęłam ją powoli głaskać i nucić jedną z wielu piosenek, które uwielbiałam. Przymknęłam oczy, rozkoszując się tą przyjemną chwilą. Aż do momentu, w którym nie usłyszałam warknięcia. Otworzyłam powieki i przewróciłam oczami, widząc jak corgi i maltańczyk ciągną zabawkową linę.
- Która godzina... Ah, szesnasta. Super. Robin, Xiao, Ines, spacer - zawołałam psy, które szybko znalazły się przy drzwiach, czekając na mnie.
- Mądre psiaki - zacmokałam, szybko pojawiając się tam, gdzie one. Założyłam płaszcz, botki i czapkę. Założyłam zwierzakom obroże, przypięłam smycze, aparat do torby, torba na ramię. Wyszłam, zakluczyłam mieszkanie i westchnęłam. Chcąc nie chcąc, i tak musiałam wyjść na długi spacer z tymi większymi psami i kupić im karmę. Tak więc, bez motywacji, powoli ruszyłam chodnika w stronę sklepu zoologicznego. Porozmawiałam ze sprzedawczynią, która skomplementowała moje psiaki i ich zachowanie.
- Widzicie, warto być posłusznymi, dobrymi pieskami - zaśmiałam się. Czułam się dumna jak paw, a humor znacznie mi się poprawił. Kupiłam trochę karmy, pożegnałam się i wyszłam. I wtedy zobaczyłam kota na ulicy.
- No nie - jęknęłam. Jak na zawołanie, Xiao szczeknął i zaczął się wyrywać.
- A mówili, nie chwal dnia przed zachodem słońca - chlipnęłam do siebie. Pies się wyrywał, ledwo go utrzymywałam, a pozostałe dwa zaczęły się kręcić. No i nie wytrzymałam. Musiałam je puścić. Wszystkie, jak na zawołanie, zaczęły biec za biednym kotkiem.
- Przepraszam kocie - szepnęłam, biegnąc za nimi. No, kilka razy się poślizgnęłam, ale udawało mi się utrzymać równowagę. Ale nie na tym felernym zakręcie w parku, gdzie psy się zatrzymały, a ja wpadłam w poślizg. Jak kamień runęłam do przodu, prosto na kogoś, ale na szczęście ta osoba wpadła w zaspę śniegową.



(ktoś? kto został ofiarą?)

Nowa Uczennica!


Ksywka: Przez swoje chińskie pochodzenie, zdobyła angielskie imię - Samara
Wiek: 19 lat
Klasa: 2B
Theme by Bełt