No normalnie nie mogłam się uśmiechnąć, kiedy Czeslav zacząć naśladować
Clinta Bartona, który właśnie na kartach trzymanego przeze mnie komiksu,
wbił strzałę w Wandę Maximoff, a ona tuż na następnej stronie go
zabiła. Odgarnęłam różowe włosy z twarzy, zakładając jeden kosmyk za
ucho. Czasami po prostu przeklinałam mój charakter... normalny człek
zacząłby teraz gadać o tym, jak kocha Marvela i DC. Tak, a ja co? Nie
mogłam wydusić z siebie ani słowa, no pięknie, prawda? Popatrzyłam się
na niego, tak prędko nie odwracając wzroku. Poczułam, jak lekki wiatr
rozwiewa moje włosy. Przełknęłam wielką gulę w gardle.
- Cleę - szepnęłam cicho. No co? Nie ma tak łatwo, lubię ludzi, którzy
nie są sławni... choć Clea człowiekiem nie była. Pewnie to imię niewiele
powiedziało chłopakowi, no ale... na więcej się nie zdobędę.
Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się lekko. Wiedziałam, że rozmowa ze
mną nie należała do bardzo interesujących, ale inaczej nie umiałam. TO
BYŁ CUD, ŻE Z KIMŚ ROZMAWIAM. WYMIENIAM Z NIM ZDANIA. Ostatnią moją
długą rozmową... była rozmowa z ciotką przed wyjazdem, dość
nieprzyjemna. Naciągnęłam rękawy bluzy na dłonie, spoglądając w stronę
Czeslava. Kompletnie nie wiedziałam co zrobić. Może plan z Pietro
Maximoffem czas wcielić w życie? Znając życie, to się zmacham po
kilkudziesięciu metrach i jebnę się o drzewo, tyle będzie z mojego
robienia za Quicksilvera. Padnę jak ludzie w walce z Buckym Barnesem.
- Clea... to ta od Doktora Strange'a? - spytał Czes.
OMG, czy on znam Cleę Strange? O Jezu, gdzieś ty człeku był przez całe
moje życie? Tak, mam podnietę, jak podczas zobaczenia zwiastuna Infinity
War, nagranego komórką. Kiwam głową z uśmiechem.
- Tak - mówię trochę głośniej - Clea była siostrzenicą Dormammu,
największego wroga Doktora Strange'a. Ten pomógł mu jednorazowo chronić
Mroczny Wymiar, a Dromammu obiecał, że będzie trzymał się daleko od
ziemi... ale tego pewna nie jestem, w każdym razie, wtedy uwolnił on
Cleę, córkę swojej córki i byłego chyba ucznia Oriniego. Nie jestem
pewna co do niektórych faktów, bo dawno czytałam komiksy.
Sama się zdziwiłam na ten nagły napływ pewności siebie, okej? Nie wiem,
skąd on się wziął, ale chciałabym mieć ich więcej. Uśmiechnęłam się
blado, kładąc ręce na kolanach.
- No i potem... no, Stephen Strange uczył Cleę i tak wyszło, że się
pobrali. Nawet pomógł jej przejąć władzę w Mrocznym Wymiarze...
przepraszam, to pewnie cię nudzi...
Tak, najlepiej będzie, jak wrócimy do nieśmiałej Av, która nie umie nic
powiedzieć do obcej osoby, tak... będzie wtedy dobrze. Moja nagła
śmiałość zaczęła mnie przerażać, okej? Ten ziomek wzbudził we mnie
zaufanie, co jest bardzo dużą nowością.
- Nie, to mnie nie nudzi. - Uśmiechnął się szeroko, przeczesując swoje rudawe włosy.
Odwzajemniłam jego uśmiech, tylko trochę bardziej nieśmiało. Ten gościu
dokonał cudu, okej? CUDU. Wypowiedziałam do niego kilka zdań, Boże.
<Czes? Wybacz, że krótkie, ale mam tak zawalone życie, że tylko tyle zdołałam napisać.>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avery. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 sierpnia 2017
poniedziałek, 14 sierpnia 2017
Od Finnicka CD Avery
Wpatrywała się w ekran telefonu, po którym czasem przejeżdżała palcem od
dołu w górę. Wszystko inne jest lepsze niż próba rozmowy ze mną.
Zacząłem kręcić już prawie pustym kubkiem, od czasu do czasu
przyglądając się swojej towarzyszce. Z początku myślałem, że jest
najzwyczajniej nieśmiała, ale później doszedłem do wniosku, że tak jest
tylko dlatego, ponieważ się nie znamy. Może kojarzyliśmy się z widzenia,
w końcu chodzimy do tej samej szkoły... Mruknąłem, spoglądając na swoją
koszulę. Najchętniej zapomniałbym o tym incydencie i dał jej spokój,
ale potrzebuje jakiejś nowej relacji. Co prawda wylała na mnie kawę, ale
równie dobrze to ja mogłem się podłożyć (podejść) pod gorącą ciecz.
Zaproponowałem jej, że odkupię napój, jeśli zgodzi się ze mną wyjść.
Całe szczęście pozwoliła mi wrócić na szybcika do akademika, a następnie
się przebrać i nie uciekła.
– Zawsze taka jesteś? – zapytałem, co poskutkowało, iż uniosła głowę i na mnie spojrzała. – Wygląda na to, że bardziej od towarzystwa realnej osoby, wolisz przeglądać jakieś strony. Co prawda to nie moja sprawa, ale jednak zgodziłaś się ze mną wyjść, więc... Jakby to powiedzieć? Spróbuj choć na chwilę się od tego odkleić.
– Przepraszam... – zaczęła ciuchusieńko, – ale ty również mógłbyś się bardziej postarać...
Postarać się bardziej? Zawsze "staram się bardziej", ale to na nic. Westchnąłem, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Powinienem się czuć winny za tę niezręczną ciszę między nami? Chciała, bym się tak czuł? Z jednej strony byłem zadowolony, że jest spokojnie i nie muszę wysilać się, żeby powiedzieć cokolwiek, ale z drugiej... Źle mi z tym.
– Wiesz, co byś chciała robić w przyszłości?
Ave? Wybacz, że tak długo pisane, a tak krótko wyszło, w dodatku jeszcze nie ma sensu ;/
– Zawsze taka jesteś? – zapytałem, co poskutkowało, iż uniosła głowę i na mnie spojrzała. – Wygląda na to, że bardziej od towarzystwa realnej osoby, wolisz przeglądać jakieś strony. Co prawda to nie moja sprawa, ale jednak zgodziłaś się ze mną wyjść, więc... Jakby to powiedzieć? Spróbuj choć na chwilę się od tego odkleić.
– Przepraszam... – zaczęła ciuchusieńko, – ale ty również mógłbyś się bardziej postarać...
Postarać się bardziej? Zawsze "staram się bardziej", ale to na nic. Westchnąłem, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Powinienem się czuć winny za tę niezręczną ciszę między nami? Chciała, bym się tak czuł? Z jednej strony byłem zadowolony, że jest spokojnie i nie muszę wysilać się, żeby powiedzieć cokolwiek, ale z drugiej... Źle mi z tym.
– Wiesz, co byś chciała robić w przyszłości?
Ave? Wybacz, że tak długo pisane, a tak krótko wyszło, w dodatku jeszcze nie ma sensu ;/
sobota, 12 sierpnia 2017
Od Czeslava CD Avery
Patrzyłem z uśmiechem na tę różowowłosą damę. Uśmiechałem się pod nosem, za każdym razem, gdy nasze spojrzenia spotykały się, a ta szybko odwracała wzrok jak speszona dziewczynka z podstawówki. Hah, ależ Ci ludzie nieraz mnie zadziwiają. Odłożyłem kubek i wziąłem następny w celu wyczyszczenia go. Pocierając szmatką o szkło podgwizdywałem sobie pod nosem. Dzisiaj był dosyć leniwy dzień, siedziałem sam na kasie. Misiek miał wychodne, szefa nie było. Dzisiaj to ja rządziłem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Hmmm wypadałoby poustawiać stoliki i krzesła. Odłożyłem szmatę i szklankę na bok, miałem już wychodzić zza lady, gdy spostrzegłem mały tłumek zmierzający do drzwi lodziarni. Poprawiłem spodnie i wróciłem na stanowisko.
- Dzień dobry - usłyszałem już od progu
- Dzień dobry - uśmiechnąłem się, och jak ja lubię takich klientów.
Do środka weszło czterech chłopaków i trzy dziewczyny. Wyglądali co najwyżej na koniec podstawówki, początek gimnazjum. Hmm ciekawe, czy jest tutaj jakaś szkoła, będę musiał podpytać.
- Dzień dobry - odezwał się jeden z chłopaków - Poprosimy pięć lodów i dwa gofry
- Gałkowe, czy włoskie? I z czym mają być gofry?
- Włoskie - odparł - Wszystkie duże, a gofry... z czym chcecie? - zwrócił się do dziewczyn
- Jeden z truskawkami, a drugi z polewą i bitą śmietaną.
- Już się robi - wdukałem wszystko na kasę i wręczyłem chłopakowi paragon - usiądzcie sobie, bo to chwilę potrwa.
Zabrałem się za przygotowanie deserów. Nastawiłem grzałkę na mleko, żeby ubić śmietanę i przeszedłem do maszyny z lodami.
- W kubeczku, czy wafelku? - zapytałem zwracając głowę w kierunku młodzieży
- w Wafelku - odpowiedzieli w miarę spójnie
Sięgnąłem po nie i zacząłem nakładać lody. Dosyć szybko się z nimi rozprawiłem hehe, wprawa robi swoje. Od razu zająłem się goframi i już po chwili młodzież opuściła moje skromne progi. Przetarłem szmatą blat i ruszyłem poprawić stoły i krzesła. Po chwili zdałem sobie sprawę, że różowowłosa również wyszła. Hmmm czyli jestem całkowicie sam. Podszedłem do radia i zgłośniłem muzykę. A co, raz kiedyś można zaszaleć! Pochwyciłem za miotłę i zacząłem wywijać z nią w rytm ,,Flashdance''.
Lawirując między stołami, co rusz dosuwając jakieś krzesło lub przesuwając całość, zgarniałem okruchy z podłogi. W pewnym momencie poślizgnąłem się na czymś. Wywijając rękoma w powietrzu padłem plecami na kafelki.
- O sakra... - zacząłem rozmasowywać okolicę potylicy - Co do...
Podniosłem się lekko, opierając na łokciach spojrzałem na podłogę. Sakra na czym ja się poślizgnąłem? Podniosłem się do siadu i spostrzegłem niepozorny zeszycik. Mmmm co on tutaj robi? Pochwyciłem go w dłoń i obejrzałem okładkę, nigdzie nie znalazłem podpisu. Otworzyłem na pierwszej stronie, tam również go nie było. Szybko przeleciałem wzrokiem po zawartości, były tam jakieś zapiski. Podniosłem się z ziemi i położyłem go na blacie. Pewnie należy do różowowłosej... jak się nie zjawi, to oddam go jej w szkole. Powróciłem z powrotem do ogarniania lodziarni.
~~~
Przekluczyłem drzwi i złapałem za klamkę. Lodziarnia zamknięta, koniec pracy na dzisiaj. Przerzuciłem torbę przez ramię i dzierżąc zeszyt w jednej dłoni, a w drugiej kręcąc na palcu kluczami, ruszyłem w kierunku akademika. Wyciągnąłem telefon i odpaliłem chat.
< Hoj
> ...
< Co je? :P
> Jesteś już tak leniwy, że nie chce Ci się pisać ,,Ahoj''?
< Bro, to jest skrót... jak C'mon czy thx, ale co ty tam wiesz...
> Powiedzmy, że Ci wierzę. To co sprowadza Cię do mnie?
< W sumie to nic, wyszedłem z pracy i tak jakoś...
> Znowu idziesz i nie masz, co zrobić z głową i rękoma?
< Jak ty mnie znasz Bro <3
> A więc? Jak mam Cię zadowolić?
< Uuuu co za propozycje :D Możesz mi emmm.... zaskocz mnie... gdzieś ty dzisiaj był? Co robiłeś?
> Znalazłem fotki z polaroida i postanowiłem je trochę zakonserwować i odpowiednio podpisać... wiesz taka archwizacja z ewidencjonowaniem
< Czy ty możesz przestać mówić do mnie po niemiecku?
> ... głupku to nie było po niemiecku...
> patrz jaka foteczka
Spojrzałem na nasze uśmiechnięte twarze. Hah! Pamiętam jak robiliśmy te zdjęcia...
< Hahaha genialna :D Zawiśnie na tablicy przy drzwiach!
> Okie dokie ^^
< Bro, my dzisiaj wieczorek w pokoju, czy coś gdzieś?
> Jeszcze nie wiem, ale pewnie jakiś film obejrzymy, a co?
< Bo jak już jestem w mieście, to mogę coś kupić :P
> Mmm nie chyba wszystko mamy... w razie czego ogarnie się na miejscu :D Mało to mamy znajomych?
< Fakt B) Na sępa najlepiej xD
< Uch czekaj Bro sprawa jest!
Gdy tylko spostrzegłem różowowłosą, od razu schowałem telefon. I świetnie! Od razu załatwię sprawę z zeszytem. Pogwizdując pod nosem ruszyłem wprost na nią. Dziewczyna chyba mnie spostrzegła. Momentalnie zaczęła się dziwnie zachowywać. Kręciła głową na boki usilnie, czegoś szukając. Nagle rozłożyła jakąś gazetkę i schowała się za nią. Zaśmiałem się pod nosem - pełen naturalizm. Gdy byłem jeszcze bliżej, ta schowała się jeszcze bardziej. Czyżby, aż tak obawiała się mnie? Małego niegroźnego rudzielca z torbą i zeszytem?
- Upadł Ci zeszyt w lodziarni - powiedziałem wskakując na ławkę. Usiadłem na jej oparciu, a nogi położyłem na siedzeniu. Dziewczyna lekko odchyliła czasopismo i spojrzała najpierw na zeszyt, potem na mnie i znowu na zeszyt... te przerażenie w jej oczach. Lekko zmarszczyłem brwi i uśmiechnąłem się. Hmmm po osobie z takim stylem ubierania, nie spodziewałabym się takiego... zachowania.
- To twój zeszyt prawda? - zapytałem przysuwając go bliżej niej - Znalazłem go w miejscu, gdzie siedziałaś z shakem... jeśli nie jest Twój to wróci razem ze mną do lodziarni i poczeka na właściciela - wykonywałem już ręką gest chowania go do torby, gdy w końcu dziewczyna się odezwała.
- Jest mój - wyciągnąłem do niej rękę i szybko pochwyciła własność zgarniając ją do siebie.
- Ufff - westchnąłem - Już myślałem, że będę musiał dawać ogłoszenia w stylu ,,znaleziono zeszyst, tęskni za swoim właścicielem, pragnie być jeszcze wykorzystany''. W ogóle to jak się nazywasz? Bo szukałem jakiegoś imienia i nazwiska, ale nic nie znalazłem.
Dziewczyna wbiła wzrok w ziemię. Podrapałem się po szyi. Czyżbym aż tak bardzo onieśmielał panienki? Wiem, że jestem chodzącą sex bombą, ale żeby aż tak?
- Avery - powiedziała po chwili
- A więc miło mi Cię poznać Avery - wyszczerzyłem się - Powiedz mi co porabiasz różowowłosa?
Dziewczyna spojrzała na mnie, ale szybko odwróciła wzrok. No nie wierzę, czy powiedziałem coś nie tak? Zsunąłem się z oparcia na siedzisko. Teraz znowu byłem niższy. Spostrzegłem, że to czasopismo, co trzyma w łapkach tak naprawdę jest komiksem.
- ,,House of M'' - uśmiechnąłem się - Dawno nie czytałem komiksów Marvela... Musiałbym powrócić do starych czasów, do czasów, gdy za każdym razem gdy Wolverine wysuwał swoje adamantiowe szpony i robił nimi znak X, do czasów, gdy chciałem być jak Hawkeye - zeskoczyłem na chodnik i przyjąłem pozycję jak do strzelania z łuku - i do czasów, gdzie naśladując spidermana wspinałem się po drzewach i ścianach, albo gdy chciałem być tak szybko jak flash! Ach... piękne czasy - Z powrotem klapnąłem na ławkę - A ty? Kogo lubisz najbardziej?
<Avery?>
- Dzień dobry - usłyszałem już od progu
- Dzień dobry - uśmiechnąłem się, och jak ja lubię takich klientów.
Do środka weszło czterech chłopaków i trzy dziewczyny. Wyglądali co najwyżej na koniec podstawówki, początek gimnazjum. Hmm ciekawe, czy jest tutaj jakaś szkoła, będę musiał podpytać.
- Dzień dobry - odezwał się jeden z chłopaków - Poprosimy pięć lodów i dwa gofry
- Gałkowe, czy włoskie? I z czym mają być gofry?
- Włoskie - odparł - Wszystkie duże, a gofry... z czym chcecie? - zwrócił się do dziewczyn
- Jeden z truskawkami, a drugi z polewą i bitą śmietaną.
- Już się robi - wdukałem wszystko na kasę i wręczyłem chłopakowi paragon - usiądzcie sobie, bo to chwilę potrwa.
Zabrałem się za przygotowanie deserów. Nastawiłem grzałkę na mleko, żeby ubić śmietanę i przeszedłem do maszyny z lodami.
- W kubeczku, czy wafelku? - zapytałem zwracając głowę w kierunku młodzieży
- w Wafelku - odpowiedzieli w miarę spójnie
Sięgnąłem po nie i zacząłem nakładać lody. Dosyć szybko się z nimi rozprawiłem hehe, wprawa robi swoje. Od razu zająłem się goframi i już po chwili młodzież opuściła moje skromne progi. Przetarłem szmatą blat i ruszyłem poprawić stoły i krzesła. Po chwili zdałem sobie sprawę, że różowowłosa również wyszła. Hmmm czyli jestem całkowicie sam. Podszedłem do radia i zgłośniłem muzykę. A co, raz kiedyś można zaszaleć! Pochwyciłem za miotłę i zacząłem wywijać z nią w rytm ,,Flashdance''.
Lawirując między stołami, co rusz dosuwając jakieś krzesło lub przesuwając całość, zgarniałem okruchy z podłogi. W pewnym momencie poślizgnąłem się na czymś. Wywijając rękoma w powietrzu padłem plecami na kafelki.
- O sakra... - zacząłem rozmasowywać okolicę potylicy - Co do...
Podniosłem się lekko, opierając na łokciach spojrzałem na podłogę. Sakra na czym ja się poślizgnąłem? Podniosłem się do siadu i spostrzegłem niepozorny zeszycik. Mmmm co on tutaj robi? Pochwyciłem go w dłoń i obejrzałem okładkę, nigdzie nie znalazłem podpisu. Otworzyłem na pierwszej stronie, tam również go nie było. Szybko przeleciałem wzrokiem po zawartości, były tam jakieś zapiski. Podniosłem się z ziemi i położyłem go na blacie. Pewnie należy do różowowłosej... jak się nie zjawi, to oddam go jej w szkole. Powróciłem z powrotem do ogarniania lodziarni.
~~~
Przekluczyłem drzwi i złapałem za klamkę. Lodziarnia zamknięta, koniec pracy na dzisiaj. Przerzuciłem torbę przez ramię i dzierżąc zeszyt w jednej dłoni, a w drugiej kręcąc na palcu kluczami, ruszyłem w kierunku akademika. Wyciągnąłem telefon i odpaliłem chat.
< Hoj
> ...
< Co je? :P
> Jesteś już tak leniwy, że nie chce Ci się pisać ,,Ahoj''?
< Bro, to jest skrót... jak C'mon czy thx, ale co ty tam wiesz...
> Powiedzmy, że Ci wierzę. To co sprowadza Cię do mnie?
< W sumie to nic, wyszedłem z pracy i tak jakoś...
> Znowu idziesz i nie masz, co zrobić z głową i rękoma?
< Jak ty mnie znasz Bro <3
> A więc? Jak mam Cię zadowolić?
< Uuuu co za propozycje :D Możesz mi emmm.... zaskocz mnie... gdzieś ty dzisiaj był? Co robiłeś?
> Znalazłem fotki z polaroida i postanowiłem je trochę zakonserwować i odpowiednio podpisać... wiesz taka archwizacja z ewidencjonowaniem
< Czy ty możesz przestać mówić do mnie po niemiecku?
> ... głupku to nie było po niemiecku...
> patrz jaka foteczka
Spojrzałem na nasze uśmiechnięte twarze. Hah! Pamiętam jak robiliśmy te zdjęcia...
< Hahaha genialna :D Zawiśnie na tablicy przy drzwiach!
> Okie dokie ^^
< Bro, my dzisiaj wieczorek w pokoju, czy coś gdzieś?
> Jeszcze nie wiem, ale pewnie jakiś film obejrzymy, a co?
< Bo jak już jestem w mieście, to mogę coś kupić :P
> Mmm nie chyba wszystko mamy... w razie czego ogarnie się na miejscu :D Mało to mamy znajomych?
< Fakt B) Na sępa najlepiej xD
< Uch czekaj Bro sprawa jest!
Gdy tylko spostrzegłem różowowłosą, od razu schowałem telefon. I świetnie! Od razu załatwię sprawę z zeszytem. Pogwizdując pod nosem ruszyłem wprost na nią. Dziewczyna chyba mnie spostrzegła. Momentalnie zaczęła się dziwnie zachowywać. Kręciła głową na boki usilnie, czegoś szukając. Nagle rozłożyła jakąś gazetkę i schowała się za nią. Zaśmiałem się pod nosem - pełen naturalizm. Gdy byłem jeszcze bliżej, ta schowała się jeszcze bardziej. Czyżby, aż tak obawiała się mnie? Małego niegroźnego rudzielca z torbą i zeszytem?
- Upadł Ci zeszyt w lodziarni - powiedziałem wskakując na ławkę. Usiadłem na jej oparciu, a nogi położyłem na siedzeniu. Dziewczyna lekko odchyliła czasopismo i spojrzała najpierw na zeszyt, potem na mnie i znowu na zeszyt... te przerażenie w jej oczach. Lekko zmarszczyłem brwi i uśmiechnąłem się. Hmmm po osobie z takim stylem ubierania, nie spodziewałabym się takiego... zachowania.
- To twój zeszyt prawda? - zapytałem przysuwając go bliżej niej - Znalazłem go w miejscu, gdzie siedziałaś z shakem... jeśli nie jest Twój to wróci razem ze mną do lodziarni i poczeka na właściciela - wykonywałem już ręką gest chowania go do torby, gdy w końcu dziewczyna się odezwała.
- Jest mój - wyciągnąłem do niej rękę i szybko pochwyciła własność zgarniając ją do siebie.
- Ufff - westchnąłem - Już myślałem, że będę musiał dawać ogłoszenia w stylu ,,znaleziono zeszyst, tęskni za swoim właścicielem, pragnie być jeszcze wykorzystany''. W ogóle to jak się nazywasz? Bo szukałem jakiegoś imienia i nazwiska, ale nic nie znalazłem.
Dziewczyna wbiła wzrok w ziemię. Podrapałem się po szyi. Czyżbym aż tak bardzo onieśmielał panienki? Wiem, że jestem chodzącą sex bombą, ale żeby aż tak?
- Avery - powiedziała po chwili
- A więc miło mi Cię poznać Avery - wyszczerzyłem się - Powiedz mi co porabiasz różowowłosa?
Dziewczyna spojrzała na mnie, ale szybko odwróciła wzrok. No nie wierzę, czy powiedziałem coś nie tak? Zsunąłem się z oparcia na siedzisko. Teraz znowu byłem niższy. Spostrzegłem, że to czasopismo, co trzyma w łapkach tak naprawdę jest komiksem.
- ,,House of M'' - uśmiechnąłem się - Dawno nie czytałem komiksów Marvela... Musiałbym powrócić do starych czasów, do czasów, gdy za każdym razem gdy Wolverine wysuwał swoje adamantiowe szpony i robił nimi znak X, do czasów, gdy chciałem być jak Hawkeye - zeskoczyłem na chodnik i przyjąłem pozycję jak do strzelania z łuku - i do czasów, gdzie naśladując spidermana wspinałem się po drzewach i ścianach, albo gdy chciałem być tak szybko jak flash! Ach... piękne czasy - Z powrotem klapnąłem na ławkę - A ty? Kogo lubisz najbardziej?
<Avery?>
piątek, 4 sierpnia 2017
Od Avery CD Czeslava
Jestem na ogół bardzo cichą i spokojną osobą, chyba że mówimy o
wirtualnym świecie. Cóż, ale nieźle się wkurzyłam, gdy przyszłam do
mojej kochanej kawiarenki w sobotę o jedenastej i zastałam tam tylko
kartkę na drzwiach "dzisiaj nieczynne, zapraszamy jutro". No normalnie
się wkurzyłam tak, jak kiedy dowiedziałam się, że Capitan Marvel nie
wystąpi w Infinity War. Oczywiście to "wkurzenie" nastąpiło tylko w
mojej głowie, a normalnie, tylko wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się
smutno. Cóż, dzisiaj nie wypiję mojej kochanej potrójnej americano.
Westchnęłam ciężko, wyjmując telefon z torebki, w której panował istny
burdel. To jakaś szminka, tusz do rzęs, puder, komiks, telefon,
ładowarka, klucze, mapa miasta, kolczyki, zegarek na rękę, Kostka
Rubika, portfel, zapasowe słuchawki (jak zwykle splątane), czarny worek
(który przypomina ten worek rodem z CSI, co w nim się chowa zwłoki) i
zeszyt do zapisywania pomysłów. I tak tego było mało, bo rano opróżniłam
połowę rzeczy, zmieniając torebkę. Słyszałam kiedyś o jakiejś
lodziarni, więc czemu by tam nie pójść na jakiegoś shake'a miętowego?
Szybko znalazłam to miejsce na telefonie, bo przecież nie mam mapy,
prawda? Ruszyłam do niego powolnym krokiem, rozmyślając nad tym
miesiącem w szkole. Był taki zwyczajny... przynajmniej dla mnie.
Oczywiście, że byłam przyzwyczajona, do ignorowania mnie przez prawie
wszystkich... no były takie dwie osoby, które wzbudziły we mnie
pozytywne emocje. Moje życie tutaj, można było zilustrować obrazkiem
węża Uroborosa, który cały czas połykał swój ogon. Zawędrowanie do
lodziarni, zajęło mi jakieś trzydzieści minut. No co? Mam niby długie
nogi, ale szybkie chodzenie i myślenie, nie idą dobrze u mnie w parze.
Moim oczętom ukazał się niski budynek, przed którym stały wielkie,
plastikowe lody włoskie. Nie czekając, weszłam tam wolnym krokiem.
Odetchnęłam z ulgą, stwierdzając, że na szczęście nie ma tu nikogo. Cóż,
może uczniowie wybrali inne miejsce do spotkań, czy coś? Podeszłam do
lady, szukając wzrokiem kogoś, kto tu wszystko obsługuje. Mój wzrok
najpierw trafił na drzwi do zaplecza, potem na tablice z różnymi lodami i
wszelkimi specjałami, które można tu kupić. Cóż, jednak tego gostka
znalazłam tuż prawie pod ladą. Ewidentnie czegoś pod nią szukał i nie
zdawał sobie sprawy, że przyszedł klient. Nie odezwałam się ani słowem,
tylko poczekałam. Chłopak, mamrocząc coś pod nosem, w końcu podniósł
głowę, uśmiechając się wesoło. W ręce trzymał trochę zakurzony telefon,
który najwidoczniej wpadł mu pod te szafki. Jego oczy zwróciły się w
moją stronę, a natychmiast z jego ust wydobył się cichy pisk. Uniosłam
lekko brwi, aż tak źle dzisiaj wyglądam?
— O Boże, przestraszyłaś mnie — Chłopak o lekko rudawych włosach (ten rudy wchodził trochę w blond) uśmiechnął się szeroko do mojej osoby i podniósł się z ziemi. — Co podać koleżance?
— Mię-miętowego shake'a — wydukałam cicho.
— Już podaję! Znam cię skądś! — O nie, czyżby on chciał zacząć jakąś konwersację? Muszę stąd spadać i to szybko, bo zaraz tu dednę, czuję, jak mi serce wali. Zaczęłam obserwować dokładnie ruchy chłopaka, który sporządzał mojego ukochanego shake'a. — Nie chodzisz przypadkiem do drugiej A? Oj, nie przedstawiłem się! Choć być może mnie znasz, a jestem tego pewny na jakieś osiemdziesiąt sześć procent, to me imię brzmi Czeslav Nesladek, w skrócie, Chester, Ches, Czesiu, Czesiek, Czesław, Czechu, Ser lub co tylko ci przyjdzie do głowy.
Westchnęłam ciężko w myślach. Nawet nie miałam odwagi, żeby poprawić tego faceta, że jestem w drugiej C. Nie chwila, nie miałam wcale odwagi, żeby się odezwać, tylko zwiesiłam wzrok na kolorowych słomkach i tyle. Podniosłam wzrok, kiedy Czeslav postawił przede mną shake'a w podłużnej szklance z czerwoną słomką. Z wielkim uśmiechem powiedział mi, ile płacę. Cóż, zauważyłam od razu, że dał mi mały rabat. Wyjęłam portfel z torebki, a potem położyłam daną sumę na ladę. Kiedy chłopak otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ja chwyciłam mój ukochany napój i szybkim krokiem udałam się do kąta pomieszczenia, żeby tam usiąść i spożyć w spokoju napój. Nie chciałam, żeby Czeslav odebrał to do siebie w jakiś przykry sposób... no po prostu, nie umiałam odzywać się do ludzi. Bałam się choćby wypowiedzieć do nich jedno słowo. Szybko wypiłam tego shake'a, coraz patrząc się na chłopaka za ladą. Ten uśmiechał się do mnie szeroko, a ja natychmiast odwracałam wzrok. Nie lubię mieć z kimś kontaktu wzrokowego czy fizycznego. Gdy tylko do budynku weszła jakaś grupa małolatów, których naturalnie chłopak musiał obsłużyć, zobaczyłam swoją szansę, czmychnięcia stąd jak Catwoman w trzecim Batmanie Nolana przed tytułowym Mrocznym Rycerzem, który powraca. Szybkim krokiem, niczym Natasha Romanoff, pokonałam dystans dzielący mnie od drzwi i wyszłam niezauważona. Nie chciałam tam zostać, bo ten uroczy chłopak, mógłby zacząć jakąś pogawędkę, a ja bym zeszła na zawał. Spoglądając na zegarek, stwierdziłam, że nie ma sensu jeszcze wracać do pokoju i przygotowywać się do przeprowadzki do domku. Postanowiłam pójść do parku, żeby tam w spokoju poczytać trochę wydanie zbiorowe "House of M", czyli tego, gdzie Scarlet Witch wypowiada "No more mutants" i na świecie zostaje tylko sto dziewięćdziesięciu ośmiu mutantów. Usiadłam w parku na ławce, również na siedzisku układając nogi. Wyjęłam komiks i jak wcześniej planowałam, zaczęłam go czytać. Nawet nie spostrzegłam, jak szybko go skończyłam. Zamknęłam czytadło i uniosłam wzrok. O nie, nie, nie, nie. Czy tam właśnie idzie ten gościu z lodziarni? A jak coś zagada? Jak coś powie? Jak się spyta o imię? Jak powie "cześć?". O nie, nie, nie, nie. Czeslav szedł sobie spokojnie parkową alejką ze wzrokiem zwróconym w moją skromną osóbkę. Zaczęłam panikować. Ja nic z siebie nie wyduszę! Nawet teraz czuję, jak mi gula rośnie w gardle. Szybko otworzyłam komiks na losowej stronie i ustawiłam go tak, żeby zasłaniał twarz. O Boże, co on sobie pomyśli? W sumie mnie to nie chodzi, aby tylko nic nie powiedział... a może by tak pobawić się w Quicksilvera lub Flasha i zwiać? Zrobić sajonara i zwiać? Tak, doskonały pomysł, już zaraz tylko...
— Upadł ci zeszyt w lodziarni.
No i plan jebną. Dziękuję cioci, że mi zrujnowała życie i wrzuciła tutaj... no przecież ja tu zginę. Lekko uchyliłam komiks, żeby spojrzeć na chłopaka, który się przysiadł na ławkę. Czyli pobawienie się w Pietro Maximoffa lub Barry'ego Allena odpada na sto procent, tak? A jak wezmę ten zeszyt i zacznę tak po prostu iść. Pójdę boso i te sprawy, tylko w trampkach. Tak prosto do tego mojego pokoju, tak żeby się pakować, co? Zaraz... czy on trzyma mój zeszyt z pomysłami? Ten mój zeszyt... chwila, czy tam nie było przypadkiem jakichś moich zapisanych chorych snów z Elizabeth Olsen? Stanowczo muszę stąd spadać.
<Czesiu? Mam nadzieję, że ogarniesz te moje porównania ;p>
— O Boże, przestraszyłaś mnie — Chłopak o lekko rudawych włosach (ten rudy wchodził trochę w blond) uśmiechnął się szeroko do mojej osoby i podniósł się z ziemi. — Co podać koleżance?
— Mię-miętowego shake'a — wydukałam cicho.
— Już podaję! Znam cię skądś! — O nie, czyżby on chciał zacząć jakąś konwersację? Muszę stąd spadać i to szybko, bo zaraz tu dednę, czuję, jak mi serce wali. Zaczęłam obserwować dokładnie ruchy chłopaka, który sporządzał mojego ukochanego shake'a. — Nie chodzisz przypadkiem do drugiej A? Oj, nie przedstawiłem się! Choć być może mnie znasz, a jestem tego pewny na jakieś osiemdziesiąt sześć procent, to me imię brzmi Czeslav Nesladek, w skrócie, Chester, Ches, Czesiu, Czesiek, Czesław, Czechu, Ser lub co tylko ci przyjdzie do głowy.
Westchnęłam ciężko w myślach. Nawet nie miałam odwagi, żeby poprawić tego faceta, że jestem w drugiej C. Nie chwila, nie miałam wcale odwagi, żeby się odezwać, tylko zwiesiłam wzrok na kolorowych słomkach i tyle. Podniosłam wzrok, kiedy Czeslav postawił przede mną shake'a w podłużnej szklance z czerwoną słomką. Z wielkim uśmiechem powiedział mi, ile płacę. Cóż, zauważyłam od razu, że dał mi mały rabat. Wyjęłam portfel z torebki, a potem położyłam daną sumę na ladę. Kiedy chłopak otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ja chwyciłam mój ukochany napój i szybkim krokiem udałam się do kąta pomieszczenia, żeby tam usiąść i spożyć w spokoju napój. Nie chciałam, żeby Czeslav odebrał to do siebie w jakiś przykry sposób... no po prostu, nie umiałam odzywać się do ludzi. Bałam się choćby wypowiedzieć do nich jedno słowo. Szybko wypiłam tego shake'a, coraz patrząc się na chłopaka za ladą. Ten uśmiechał się do mnie szeroko, a ja natychmiast odwracałam wzrok. Nie lubię mieć z kimś kontaktu wzrokowego czy fizycznego. Gdy tylko do budynku weszła jakaś grupa małolatów, których naturalnie chłopak musiał obsłużyć, zobaczyłam swoją szansę, czmychnięcia stąd jak Catwoman w trzecim Batmanie Nolana przed tytułowym Mrocznym Rycerzem, który powraca. Szybkim krokiem, niczym Natasha Romanoff, pokonałam dystans dzielący mnie od drzwi i wyszłam niezauważona. Nie chciałam tam zostać, bo ten uroczy chłopak, mógłby zacząć jakąś pogawędkę, a ja bym zeszła na zawał. Spoglądając na zegarek, stwierdziłam, że nie ma sensu jeszcze wracać do pokoju i przygotowywać się do przeprowadzki do domku. Postanowiłam pójść do parku, żeby tam w spokoju poczytać trochę wydanie zbiorowe "House of M", czyli tego, gdzie Scarlet Witch wypowiada "No more mutants" i na świecie zostaje tylko sto dziewięćdziesięciu ośmiu mutantów. Usiadłam w parku na ławce, również na siedzisku układając nogi. Wyjęłam komiks i jak wcześniej planowałam, zaczęłam go czytać. Nawet nie spostrzegłam, jak szybko go skończyłam. Zamknęłam czytadło i uniosłam wzrok. O nie, nie, nie, nie. Czy tam właśnie idzie ten gościu z lodziarni? A jak coś zagada? Jak coś powie? Jak się spyta o imię? Jak powie "cześć?". O nie, nie, nie, nie. Czeslav szedł sobie spokojnie parkową alejką ze wzrokiem zwróconym w moją skromną osóbkę. Zaczęłam panikować. Ja nic z siebie nie wyduszę! Nawet teraz czuję, jak mi gula rośnie w gardle. Szybko otworzyłam komiks na losowej stronie i ustawiłam go tak, żeby zasłaniał twarz. O Boże, co on sobie pomyśli? W sumie mnie to nie chodzi, aby tylko nic nie powiedział... a może by tak pobawić się w Quicksilvera lub Flasha i zwiać? Zrobić sajonara i zwiać? Tak, doskonały pomysł, już zaraz tylko...
— Upadł ci zeszyt w lodziarni.
No i plan jebną. Dziękuję cioci, że mi zrujnowała życie i wrzuciła tutaj... no przecież ja tu zginę. Lekko uchyliłam komiks, żeby spojrzeć na chłopaka, który się przysiadł na ławkę. Czyli pobawienie się w Pietro Maximoffa lub Barry'ego Allena odpada na sto procent, tak? A jak wezmę ten zeszyt i zacznę tak po prostu iść. Pójdę boso i te sprawy, tylko w trampkach. Tak prosto do tego mojego pokoju, tak żeby się pakować, co? Zaraz... czy on trzyma mój zeszyt z pomysłami? Ten mój zeszyt... chwila, czy tam nie było przypadkiem jakichś moich zapisanych chorych snów z Elizabeth Olsen? Stanowczo muszę stąd spadać.
<Czesiu? Mam nadzieję, że ogarniesz te moje porównania ;p>
piątek, 28 lipca 2017
Od Avery cd Finnick
Każdy dzień w tej szkole zlewał się w jedno, dosłownie. Mimo iż byłam już tu niemalże dwa tygodnie, nic nawet nie starało się odstawać od normy. Od poniedziałku do czwartku siedzenie na tych nudnych lekcjach, notowanie tych wszystkich nudnych rzeczy, a po tych męczarniach, siedzenie w pokoju i pisanie postów na bloga. W piątki natomiast tak samo lekcje, a potem wypad do Cafe salvatore na małą kawkę na wynos i siedzenie potem na ławce w parku. Weekendy... ach, moje kochane weekendy, gdzie nie musiałam nawet wychodzić z pokoju, kochałam je. W międzyczasie mój Twitter wzbogacił się o dziesiątki wpisów o szarym, złym, nudnym, głupim życiu.
Jak zwykle w piątkowy wieczór, wyszłam z Cafe salvatore z kubkiem gorącej potrójnej Americano. Polubiłam tę kafejkę. Pewnie dlatego, że jej nazwa jest też nazwiskiem moich kochanych braci z Pamiętników Wampirów. Kawę parzyli nadzwyczaj dobrą, więc czemu by nie mieć takiego piątkowego rytuału, chodzenia po kawę po lekcjach? Ścisnęłam mocniej kubek, idąc spokojnie chodnikiem. Zapomnieli o daniu tej białej pokrywki do kubka, ugh. Cóż, może nic się nie stanie. Na uszach oczywiście musiałam mieć swoje ukochane, białe słuchawki, w których tradycyjnie leciał Bach. Uśmiechnęłam się do siebie, nucąc dobrze mi znany fragment utworu. Szłam powoli, układając fabułkę do następnego rozdziału na bloga. Jakoś ten świat wokół mnie, nie interesował mojej skromnej osoby. Nagle skręcając w kolejną ulicę, moje ciało uderzyło o kogoś. Zamknęłam odruchowo oczy, gdy usłyszała głośny syk. Uchyliłam powieki, widząc dużą, brązową plamę na koszuli niebieskowłosego chłopaka. Brawo Ave! Wylałaś kawę na jakiegoś faceta, co będzie wymagało stokrotnego przepraszania, a ty nie umiesz odezwać się nawet słowem. Spojrzałam na niego, nieco przestraszona... tak, przestraszona. Najchętniej włączyłabym Gogola i sprawdziła, co się robi, gdy wylejesz na kogoś kawę.
- Przepraszam! - powiedziała, bardzo, ale to bardzo cicho. Chyba normalny człowiek by tego nie usłyszał. Nie wiedziała co zrobić. Mówić do kogoś, to było dla niej wyzwanie... a co dopiero go dotknąć! I w tym momencie muzyka się skończyła i chyba mój spokojny wieczór.
Finnick?
Jak zwykle w piątkowy wieczór, wyszłam z Cafe salvatore z kubkiem gorącej potrójnej Americano. Polubiłam tę kafejkę. Pewnie dlatego, że jej nazwa jest też nazwiskiem moich kochanych braci z Pamiętników Wampirów. Kawę parzyli nadzwyczaj dobrą, więc czemu by nie mieć takiego piątkowego rytuału, chodzenia po kawę po lekcjach? Ścisnęłam mocniej kubek, idąc spokojnie chodnikiem. Zapomnieli o daniu tej białej pokrywki do kubka, ugh. Cóż, może nic się nie stanie. Na uszach oczywiście musiałam mieć swoje ukochane, białe słuchawki, w których tradycyjnie leciał Bach. Uśmiechnęłam się do siebie, nucąc dobrze mi znany fragment utworu. Szłam powoli, układając fabułkę do następnego rozdziału na bloga. Jakoś ten świat wokół mnie, nie interesował mojej skromnej osoby. Nagle skręcając w kolejną ulicę, moje ciało uderzyło o kogoś. Zamknęłam odruchowo oczy, gdy usłyszała głośny syk. Uchyliłam powieki, widząc dużą, brązową plamę na koszuli niebieskowłosego chłopaka. Brawo Ave! Wylałaś kawę na jakiegoś faceta, co będzie wymagało stokrotnego przepraszania, a ty nie umiesz odezwać się nawet słowem. Spojrzałam na niego, nieco przestraszona... tak, przestraszona. Najchętniej włączyłabym Gogola i sprawdziła, co się robi, gdy wylejesz na kogoś kawę.
- Przepraszam! - powiedziała, bardzo, ale to bardzo cicho. Chyba normalny człowiek by tego nie usłyszał. Nie wiedziała co zrobić. Mówić do kogoś, to było dla niej wyzwanie... a co dopiero go dotknąć! I w tym momencie muzyka się skończyła i chyba mój spokojny wieczór.
Finnick?
poniedziałek, 10 lipca 2017
Od Avery
Och biedna, mała, niewinna Ave... Och słodka, nieśmiała Ave. Tak użalali
się nade mną wszyscy członkowie mojej rodziny. Cały czas zdrobniali
moje imię na miliony sposobów. Aveczko! Avuniu! Cóż, śmiem twierdzić, że
każdego by to wkurzyło, nawet wtedy, gdy miałoby się wtedy piętnaście
lat. Jednak nic rodzicom, cioci, bratu nie mówiłam... i tak by to
robili, więc po co strzępić język? Jednak teraz wiedziałam, że nikt mnie
nie nazwie Aveczką i nie pogłaska po główce. Cóż, tu zaczynało się
szare życie dorosłych, przynajmniej tak sądziłam. Kto by pomyślał, że
ciocia Crystal pozbędzie się mnie, wysyłając do internatu? No kto? Na
pewno nikt z sąsiedztwa, na pewno nikt z rodziny, dlaczego? Bo zawsze,
kiedy przychodzili z wizytą, ciocia udawała, że nadzwyczajnie mnie kocha
jak rodzoną córkę. Jednak wiedziałam, że jest inaczej.
Westchnęłam przeciągle, wpatrując się w biały sufit pokoju. Obok mnie siedziała Elise — różowy, pluszowy miś, który łypał na mnie swoimi szarymi, szklistymi oczami. Czasami przez moje myśli przechodziła taka jedna, że pora przestać spać z misiem i oddać go dla biednych dzieci, jednak... ten miś był dla mnie rzeczą, na której mogłam wyładowywać swoje emocje. To on widział, jak płakałam wiele razy po nocach, to on widział po raz pierwszy mój uśmiech.
Zamknęłam oczy, słysząc budzik. Leniwie wygrzebałam telefon spod poduszki. Było przed siódmą. Uśmiechnęłam się delikatnie do Iron Mana na tapecie i przetarłam oczy. Czyli misję samobójczą czas zacząć. Odłożyłam telefon na mały stoliczek, stojący przy łóżku i podeszłam do lustra. Wyglądałam okropnie, bo przecież nie mogłam zasnąć w nowym miejscu, a wory pod oczami doskonale to pokazywały. Cóż, najwyżej lenonki na oczy i nie zdejmować ich do końca dnia... chyba że zrobię mocniejszy makijaż. Schyliłam się do walizki i wyjęłam z niej różową, pikowaną kosmetyczkę. Nie malowałam się często, bo po co? I tak nie miałam znajomych, a zdanie innych mało mnie obchodziło. Jednak, no... to mój pierwszy dzień i chciałabym, żeby ktoś mnie polubił, choć to mało prawdopodobne. Znając mnie, nawet jak ktoś do mnie podejdzie, to szepnę coś cicho lub odejdę bez słowa, zakładając słuchawki na uszy. Podczas moich, jakże fajnych, rozmyślań o nierealnym zdobywaniu przeze mnie przyjaciół, zdążyłam się umalować i ubrać. Włosy pozostawiłam w nieładzie, a na nas założyłam fioletowe lenonki, pasujące kolorem do trampków na koturnie. Ze stoliczka zabrałam telefon, podłączyłam do niego żółte słuchawki i puściłam Bacha, po czym założyłam je na uszy. Wzięłam z podłogi wcześniej przygotowaną torbę i zarzuciłam ją na ramię.
Kiedy wychodziłam z pokoju, stwierdziłam, że cholernie się boję. Nie bałam się nauczycieli, nie bałam się wyzwania, jakie stanowiła nauka, a bałam się ludzi, uczniów. Po cichu liczyłam, że zostawią mnie w spokoju, w cieniu, nie będą zaczepiać... Byłam rozdarta. Z jednej strony chciałam mieć przyjaciół, a z drugiej cholernie bałam się jakiegokolwiek kontaktu z osobami w moim wieku.
Szłam korytarzem, przypominając sobie o śniadaniu. Odblokowałam telefon, żeby sprawdzić godzinę i stwierdziłam, że jeszcze jest pora śniadaniowa. Wcale nie byłam głodna, ale nie samym powietrzem człowiek żyje, prawda? Na dworze było pięknie ani jednej kropelki deszczu. Czyż ten dzień mógł być lepszy? Mijałam jakieś osoby, jednak... ani razu nie spojrzałam im prosto w oczy. Wolałam iść drugą stroną korytarza, udając, że mnie tam nie ma. Zbytnio nie znałam drogi, ale ściągnięcie sobie planu na telefon było dobrym pomysłem. Zapatrzona w szklany ekranik, niechcący kogoś potrąciłam.
— Przepraszam — wymamrotałam cicho, że chyba normalnych człowiek by tego nie usłyszał.
Nawet nie spoglądając w stronę chłopaka, bo tak sądziłam po butach, ruszyłam do przodu. Czułam piekielne gorąco na twarzy, ech cholerne gorąco. Chciałam wtedy cofnąć czas i przedstawić się, zaśmiać i przeprosić ze szczerym uśmiechem na twarzy. Cóż, niestety nikt na świecie nie mógł tego zrobić. Przyśpieszyłam kroku, poprawiając pasek skórzanej torby na ramieniu. Zeszłam po schodach, szukając odpowiedniego korytarza i oczywiście przy tym stołówki. Nie trwało to długo, bo znalazłam je bardzo szybko. Przy wejściu do stołówki nie kręciło się dużo osób, na szczęście. Przed wejściem do pomieszczenia weszłam na Twittera i napisałam tweeta.
"LUDZIE, LUDZIE. DLACZEGO TO ŻYCIE JEST TAK BEZNADZIEJNE?"
Po napisaniu tej, jakże krótkiej wiadomości, natychmiast schowałam telefon to kieszeni jeansów, a okulary założyłam na głowę, modląc się, żeby makijaż starannie zakrył wory. Weszłam do sali, razem za jakąś dziewczyną o jasnych włosach. Zostawiłam torbę na pustym stoliku w kącie sali. Podeszłam do blatu, gdzie (na pewno) miła pani nałożyła mi sałatki i dała soczek w kartoniku do popicia. Wróciłam na wcześniej zajęte miejsce, obserwując ludzi i zastanawiając się, jaka będzie moja klasa. Wybrałam najmniej liczną klasę, z już wiadomych powodów. Nienawidziłam tłumów, przerażały mnie. Jestem aspołeczna, dziękuję. W kieszeni kurtki wymacałam lizaka. Popatrzyłam się na sałatkę. Za nic nie chciałam zepsuć smaku łakocia smakiem tej sałatki, więc lizaczek musiał trochę poczekać. Słuchałam uważnie rozmów innych, oczywiście dyskretnie, żeby nie wyjść na wścibską. Wydawało mi się, że wszystko się dłuży, a chęć wyskoczenia z okna szybko rosła. Dzień był... nudny. Każda chwila mijała tak samo. Poczynając od chęci wreszcie zasmakowania tego lizaka o ukochanym smaku, przechodząc przez prawie wyjmowanie telefonu, kończąc na gotowości zadźgania się ołówkiem. Skończenie sałatki powitałam z wielką radością. Wyszłam z pomieszczenia, przedtem odstawiając tackę, a potem z głównego budynku. Założyłam na uszy słuchawki, a na nos okulary. Usiadłam na murku, wyjmując telefon. Odkryłam, że mam jeszcze jednego lizaka w torbie. Szybko ogarnęłam wszelkie sprawy na swoich blogach i znów napisałam na Twitterze.
"Mówią, że trzeba korzystać z życia, bo jest tylko jedno. Tak... ale bez drugiej osoby korzystanie z życia jest bez sensu."
Cóż, czasami miałam wenę na pisanie o życiu. Dlaczego? Bo czasami zaczynałam dzień wspomnieniem z moją mamą.
— Dlaczego dobrzy ludzie odchodzą tak szybko? — spytałam kiedyś mamę.
— A jakie kwiaty zrywasz, idąc do ogrodu? Te najpiękniejsze. — odparła mama.
Patrzyłam się na drzewa, których liście lekko powiewały na lekkim wietrze. W ręce trzymałam dwa lizaki, wspominałam. Nie przeszkadzał mi fakt, że muzyka się skończyła, że zaczyna robić się coraz zimniej. Dopiero z transu wyrwało mnie chrząknięcie. Uniosłam wzrok.
— Dasz jednego? — osoba wskazała na lizaki.
<Ktoś?>
Westchnęłam przeciągle, wpatrując się w biały sufit pokoju. Obok mnie siedziała Elise — różowy, pluszowy miś, który łypał na mnie swoimi szarymi, szklistymi oczami. Czasami przez moje myśli przechodziła taka jedna, że pora przestać spać z misiem i oddać go dla biednych dzieci, jednak... ten miś był dla mnie rzeczą, na której mogłam wyładowywać swoje emocje. To on widział, jak płakałam wiele razy po nocach, to on widział po raz pierwszy mój uśmiech.
Zamknęłam oczy, słysząc budzik. Leniwie wygrzebałam telefon spod poduszki. Było przed siódmą. Uśmiechnęłam się delikatnie do Iron Mana na tapecie i przetarłam oczy. Czyli misję samobójczą czas zacząć. Odłożyłam telefon na mały stoliczek, stojący przy łóżku i podeszłam do lustra. Wyglądałam okropnie, bo przecież nie mogłam zasnąć w nowym miejscu, a wory pod oczami doskonale to pokazywały. Cóż, najwyżej lenonki na oczy i nie zdejmować ich do końca dnia... chyba że zrobię mocniejszy makijaż. Schyliłam się do walizki i wyjęłam z niej różową, pikowaną kosmetyczkę. Nie malowałam się często, bo po co? I tak nie miałam znajomych, a zdanie innych mało mnie obchodziło. Jednak, no... to mój pierwszy dzień i chciałabym, żeby ktoś mnie polubił, choć to mało prawdopodobne. Znając mnie, nawet jak ktoś do mnie podejdzie, to szepnę coś cicho lub odejdę bez słowa, zakładając słuchawki na uszy. Podczas moich, jakże fajnych, rozmyślań o nierealnym zdobywaniu przeze mnie przyjaciół, zdążyłam się umalować i ubrać. Włosy pozostawiłam w nieładzie, a na nas założyłam fioletowe lenonki, pasujące kolorem do trampków na koturnie. Ze stoliczka zabrałam telefon, podłączyłam do niego żółte słuchawki i puściłam Bacha, po czym założyłam je na uszy. Wzięłam z podłogi wcześniej przygotowaną torbę i zarzuciłam ją na ramię.
Kiedy wychodziłam z pokoju, stwierdziłam, że cholernie się boję. Nie bałam się nauczycieli, nie bałam się wyzwania, jakie stanowiła nauka, a bałam się ludzi, uczniów. Po cichu liczyłam, że zostawią mnie w spokoju, w cieniu, nie będą zaczepiać... Byłam rozdarta. Z jednej strony chciałam mieć przyjaciół, a z drugiej cholernie bałam się jakiegokolwiek kontaktu z osobami w moim wieku.
Szłam korytarzem, przypominając sobie o śniadaniu. Odblokowałam telefon, żeby sprawdzić godzinę i stwierdziłam, że jeszcze jest pora śniadaniowa. Wcale nie byłam głodna, ale nie samym powietrzem człowiek żyje, prawda? Na dworze było pięknie ani jednej kropelki deszczu. Czyż ten dzień mógł być lepszy? Mijałam jakieś osoby, jednak... ani razu nie spojrzałam im prosto w oczy. Wolałam iść drugą stroną korytarza, udając, że mnie tam nie ma. Zbytnio nie znałam drogi, ale ściągnięcie sobie planu na telefon było dobrym pomysłem. Zapatrzona w szklany ekranik, niechcący kogoś potrąciłam.
— Przepraszam — wymamrotałam cicho, że chyba normalnych człowiek by tego nie usłyszał.
Nawet nie spoglądając w stronę chłopaka, bo tak sądziłam po butach, ruszyłam do przodu. Czułam piekielne gorąco na twarzy, ech cholerne gorąco. Chciałam wtedy cofnąć czas i przedstawić się, zaśmiać i przeprosić ze szczerym uśmiechem na twarzy. Cóż, niestety nikt na świecie nie mógł tego zrobić. Przyśpieszyłam kroku, poprawiając pasek skórzanej torby na ramieniu. Zeszłam po schodach, szukając odpowiedniego korytarza i oczywiście przy tym stołówki. Nie trwało to długo, bo znalazłam je bardzo szybko. Przy wejściu do stołówki nie kręciło się dużo osób, na szczęście. Przed wejściem do pomieszczenia weszłam na Twittera i napisałam tweeta.
"LUDZIE, LUDZIE. DLACZEGO TO ŻYCIE JEST TAK BEZNADZIEJNE?"
Po napisaniu tej, jakże krótkiej wiadomości, natychmiast schowałam telefon to kieszeni jeansów, a okulary założyłam na głowę, modląc się, żeby makijaż starannie zakrył wory. Weszłam do sali, razem za jakąś dziewczyną o jasnych włosach. Zostawiłam torbę na pustym stoliku w kącie sali. Podeszłam do blatu, gdzie (na pewno) miła pani nałożyła mi sałatki i dała soczek w kartoniku do popicia. Wróciłam na wcześniej zajęte miejsce, obserwując ludzi i zastanawiając się, jaka będzie moja klasa. Wybrałam najmniej liczną klasę, z już wiadomych powodów. Nienawidziłam tłumów, przerażały mnie. Jestem aspołeczna, dziękuję. W kieszeni kurtki wymacałam lizaka. Popatrzyłam się na sałatkę. Za nic nie chciałam zepsuć smaku łakocia smakiem tej sałatki, więc lizaczek musiał trochę poczekać. Słuchałam uważnie rozmów innych, oczywiście dyskretnie, żeby nie wyjść na wścibską. Wydawało mi się, że wszystko się dłuży, a chęć wyskoczenia z okna szybko rosła. Dzień był... nudny. Każda chwila mijała tak samo. Poczynając od chęci wreszcie zasmakowania tego lizaka o ukochanym smaku, przechodząc przez prawie wyjmowanie telefonu, kończąc na gotowości zadźgania się ołówkiem. Skończenie sałatki powitałam z wielką radością. Wyszłam z pomieszczenia, przedtem odstawiając tackę, a potem z głównego budynku. Założyłam na uszy słuchawki, a na nos okulary. Usiadłam na murku, wyjmując telefon. Odkryłam, że mam jeszcze jednego lizaka w torbie. Szybko ogarnęłam wszelkie sprawy na swoich blogach i znów napisałam na Twitterze.
"Mówią, że trzeba korzystać z życia, bo jest tylko jedno. Tak... ale bez drugiej osoby korzystanie z życia jest bez sensu."
Cóż, czasami miałam wenę na pisanie o życiu. Dlaczego? Bo czasami zaczynałam dzień wspomnieniem z moją mamą.
— Dlaczego dobrzy ludzie odchodzą tak szybko? — spytałam kiedyś mamę.
— A jakie kwiaty zrywasz, idąc do ogrodu? Te najpiękniejsze. — odparła mama.
Patrzyłam się na drzewa, których liście lekko powiewały na lekkim wietrze. W ręce trzymałam dwa lizaki, wspominałam. Nie przeszkadzał mi fakt, że muzyka się skończyła, że zaczyna robić się coraz zimniej. Dopiero z transu wyrwało mnie chrząknięcie. Uniosłam wzrok.
— Dasz jednego? — osoba wskazała na lizaki.
<Ktoś?>
Nowa uczennica!
Avery Darcey
Ksywka: Ave i więcej pieszczotliwych przezwisk nadanych przez rodziców, których nie zamierza ujawniać.
Wiek: 19 lat
Wiek: 19 lat
Klasa: IIC
Subskrybuj:
Posty (Atom)

