Wylegiwałem się na kanapie i spokojnie odpowiadałem na wszystkie pytania i może nie koniecznie pytania nowo poznanego chłopaka. Wstał gwałtownie i wyraźnie zatoczył się, pijany jest? Nie śmierdział alkoholem ale to mogło by wyjaśnić te omdlenia.. Albo nie. Nie jestem pewien tak czy siak wydawał się być zagubiony w swojej osobie. Patrzyłem jak kuca na podłodze nieopodal i zasłania twarz rękoma. Podniósł się nagle i.. Leżał na mnie, no nie dokładnie ale prawię. Jego dłonie oparły się na moim brzuchu a twarz zamarła w okolicy kolan. Przechyliłem głowę patrząc jak wyraźnie robi się czerwony, nie było powodu, wyraźnie był osłabiony to słowo którego szukałem. Niestety odpychając się od mojej osoby ponownie pchnął mnie w tył co oznaczało ruch plecami. Jęknąłem cicho i nie zwróciłem uwagi na to co on robi. Plecy jednak potrzebowały wsparcia, skoro on tu jest to nie będę musiał się może tak męczyć z zakładaniem gorsetu? Podniosłem się z stęknięciem.
-Czekaj, zaraz wracam -Ruszyłem do sypialni w której całe szczęście z głową w szufladzie na wysokości bioder miałem moje pomocne ubiory, jakiś stabilizator na kostkę, na kark, no i gorset. Zwinięty w rulonik i zawiązany na kokardkę. Podniosłem go i wróciłem, stał trochę bliżej kanapy i spojrzał na mnie ponownie spanikowany. Przeniósł wzrok na zawiniątko w mojej dłoni które aktualnie wystawiłem w jego kierunku. Zrobił wielkie oczy i ponownie się zaczerwienił, wiem czemu tak mdleje, tyle krwi mu znika z ciała i napływa w policzki..
-Co? Nie dam ci się związać? Jakiś BDSM? CZEGO JESZCZE? Oprowadziłeś mnie z parku i teraz to? -Wyraźnie się wystraszył. Poczekałem aż skończy swoją przemowę i pokręciłem głową.
-Nie, chciałem cię poprosić być pomógł mi założyć t na mnie, to pomaga w plecach, Będą miały jakąś stabilność większą -Oddechnąłęm patrząc jak robi się .. mniejszy?
-Pomóc?
-Uhu, to gorset ortopedyczny czy jakiś tam, no pomocny -Rozwiązałem kokardę i rozwinąłem pas gorsetu. Przyłożyłem do brzucha czarny materiał i trzymając go z tyłu odwróciłem się do Stasa.
-Musisz poprzekładać sznurowadło przez dziurki o po dociągać, nie trudne prawda? -Zapytałem i odwróciłem w jego kierunku twarz. Był raczej zaskoczony. Ale uniósł ręce i powoli zaczął robić to co powinien. Muskał niepewnie moje gołe plecy raz po raz swoimi rękoma. Kiedy zawiązał go i dociągnął usłyszałem głośne pyknięcie w plecach. Zamarł i wydał z siebie ciche pchniecie w przestrachu.
-Układa się tam wszystko, ciągnij spokojnie, powiem ci jak będzie okay -Wciągnąłem powietrze przeponą i czekałem aż ponownie zacznie sznurować. No i to zrobił. Wydawał się o wiele wolniejszy w tym co robi ale w końcu do sznurował odpowiednio. Odwróciłem się kiedy zawiązał mnie na kokardkę i uśmiechnąłem.
-Nie wiem jak ci dziękować, musiał bym to sam o klamkę robić a to jest okropnie męczące.
-Słucham?
-O klamkę, zakładam sznurowadło na nią i odsuwam się, tak się sznuruję jak nie mam kogo prosić o pomoc -Wyjaśniłem. I Poklepałem się po brzuchu który otulony był aktualnie ciemnym materiałem.
-To ja pójdę.. -Wymamrotał szybko i zrobił parę kroków w tył.
-No okay, poczekaj odprowadzę cię -Spojrzałem na koszulkę która nadal leżała obok krzesła.
-MACHI -krzyknąłem na psa a osobnik stojący obok mnie drgnął.
-Przepraszam, okay dobra psina.. podaj -Wskazałem na materiał i czekałem. Pies leniwie wziął materiał w pysk i oparł się o mnie podając mi go.
-Okay, kochana psina -Założyłem koszulkę i odwróciłem się aby oznajmić nowemu koledze ,że możemy iść. Niestety powiedziałem to w otwarte drzwi. Wyszedł i to cicho..
<Stasiu? Nie ogarniam tego imienia wiec jesteś stasio>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stas Rotari. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stas Rotari. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
niedziela, 1 kwietnia 2018
Od Stasa CD Viktora
Zerwałem się do pionu, tym samym powodując upadek na podłogę. Co się stało?! Po krótkiej "wymianie zdań" Victor usiadł na kanapie, przez co jego kolano było tuż przy mojej głowie. Spłonąłem rumieńcem, kaszląc. Próbowałem zignorować to co powiedział.
- Ja ci zaraz księżniczka - wymamrotałem, nadal siedząc na podłodze i bawiąc się rękawami.
- Mówiłeś coś? - mogłem przysiąc, że nie był zadowolony.
- Nie, nic nic - odparłem pośpiesznie. - Po co mnie przyniosłeś do siebie? Równie dobrze mogłeś mnie przez chwilkę tylko popilnować i sobie pójść, nie zwracając na mnie większej uwagi. Bym ci ładnie podziękował, ty byłbyś szczęśliwy bo byś pomógł takiej biednej istocie jak ja, ale nie! - wstałem szybko, ignorując kręcący się świat, mroczki przed oczami i ból głowy. Cóż. Często miewałem takie "rzeczy", gdy moja dieta stawała się rzadka i uboga, tak samo sen stawał się niestabilny. Swój stan zdrowia mogłem określić jako kręcący się wokół chory, a idź do szpitala bo za chwilę zemdlejesz i uderzysz głową o coś twardego. Odchrząknąłem.
- Musiałeś mnie przynieść, a teraz jeszcze narzekasz na to co zrobiłeś - odwróciłem się gwałtownie w jego kierunku, co było błędem. Zamrugałem kilkakrotnie gdy świat niebezpiecznie zawirował, a ja zrobiłem krok do przodu, chcąc złapać większą równowagę. Problem w tym, że się potknąłem i runąłem do przodu. Wprost na Victora. Siedziałem także teraz w nieciekawej pozycji (albo i ciekawej). No bo, na jego kolanie z dłońmi na klatce piersiowej. Wstrzymałem powietrze, nie łapiąc za bardzo co się stało i czekając aż sprawność wzrokowa mi wróci. Także po bardzo krótkiej chwili stałem się istnym buraczkiem i odskoczyłem do tyłu jak poparzony. No bo, byłem tak blisko niego no i na dodatek, jest bez koszulki... Odwróciłem się tyłem do niego i kucnąłem, zasłaniając dłońmi twarz. Mogłem tylko dziękować bogom, że nadal miałem kurtkę na sobie, przez co nasze "zbliżenie" nie było aż tak bliskie! Boże, ile ja mam lat że tak reaguję... Usłyszałem ciche stęknięcie. Spojrzałem na niego.
- Czekaj, zaraz wrócę - zamrugałem zdziwiony. Hej, ja w tym czasie mogę uciec, bez tłumaczenia się! Gdy zniknął mi z pola widzenia, wstałem z zamiarem wyjścia, ale pojawił się zbyt szybko z... czymś, w dłoniach.
<Victor?>
niedziela, 25 marca 2018
Od Viktor'a CD Stas'a
Uścisk dłoni mogłem porónać tylko i wyłącznie do martwej ryby któa wyślizgiwała się z mojej dłoni. Chłopak wyraźnie zestresowany wstał i..
-Kurwa-Jęknął i nagle na mnie leżał. Złapałem go pod pachy i zamarłem patrząc jak się robi cały wiotki, zemdlał.. No okay to.. Skrzywiłem się czując jak kręgosłup daje o sobie znać, powinienem założyć gorset ale nie lubiłem w nim chodzić, wbijał mi się w brzuch..Z głośniejszym jękiem złapałem go pod nogi i uniosłem w stylu "na pannę młodą" Nie był ciężki ale nadal był obicążeniem. Ruszyłem w kierunku domu mrucząc pod nosem o braku odpowiedzialności nad ciałami teraźniejszej młodzieży. Kiedy udało mi się doczłapać do mojej posesji miałem wrażenie ,że całe plecy usypane mam igłami, zdecydowanie muszę isć na masarz .. i to jakiś terapeutyczny bo to zaczyna być okropne. Kopnąłem drzwi i momentalnie w głowie zaśpiewałem "z buta wjerzdżam" Położyłem nowo poznaną osobę na kanapie i wróciłem zamknąć drzwi. Machi wskoczył do domu i wesoło podreptał na swoje posłanie.
-Dzięki, nie przekszadzaj tak jak teraz i będzie ideolo. -Schyliłem się ,żeby ją pogłaskać ale musiałem zrezygnować bo chyba bym się nie wyprostował. Jęknąłem ponownie i powoli złapałem pion.Przeniosłem wzrok na sprawcę tego całęgo zamieszania który dalej zgrywał trupa i pokręciłem głową. Zciągnąłem koszulkę i poszedłem do kuchni po maść na plecy. Kiedy już ją znalazłem i umarłem wewnetrznie z powodu zimnej maści na ciepłych plecach rozpocząłem ją powoli wmasowywać w swoje biedne plecy, dokładnie dolną część pleców. Nagle usłyszałem głośne jeb i
-Co do chuja?! -Najwyraźniej odzyskał przytomność. Wyszedłem z kuchni i nadal masując plecy patrzyłem jak Stasi siada na podłodze opierajac się plecami o kanapę. Przeniosł na mnie wzrok i zamarł.
-Nie licz na to ,ze ci pomogę wstać, niosąc cię tu rozwaliłem sobie plecy na dobre tygodnie.. -Skrzywiłem się na potwierdzenie swoich słów. Popatrzył na mnie i wydawał się łączyć fakty.
-Po co mnie tu przyniosłeś ?
-Bo zemdlałeś w parku? Nie zostawił bym cię tam, jeszcze by sie ktoś toba zainteresował i zgwałcił albo sprzedał na organy -Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po koszulkę któą odwieszałem na krzesło, niestety spadła. Skrzywiłem się na myśl o pochylaniu się i strzeliłem językiem.
-Co jest?-O dziwo wydawał się przytomny i jakoś nie przerażony.
-Nie podniosę jej.. Przynajmniej nie teraz -Mruknąłem i zrezygowany poszedłem i usiadłem na kanapie. Dalej tkwił u moich kolan oparty lecami a wiec i odwrócony nimi do mnie.
-Co ja tu robię ? -Zapytał po chwili .
-Przyniosłem cię księżniczko bo zasłabłeś w parku -Wyciągnąłem rękę i poklepałem miejsce obok siebie.
<stasi?>
-Kurwa-Jęknął i nagle na mnie leżał. Złapałem go pod pachy i zamarłem patrząc jak się robi cały wiotki, zemdlał.. No okay to.. Skrzywiłem się czując jak kręgosłup daje o sobie znać, powinienem założyć gorset ale nie lubiłem w nim chodzić, wbijał mi się w brzuch..Z głośniejszym jękiem złapałem go pod nogi i uniosłem w stylu "na pannę młodą" Nie był ciężki ale nadal był obicążeniem. Ruszyłem w kierunku domu mrucząc pod nosem o braku odpowiedzialności nad ciałami teraźniejszej młodzieży. Kiedy udało mi się doczłapać do mojej posesji miałem wrażenie ,że całe plecy usypane mam igłami, zdecydowanie muszę isć na masarz .. i to jakiś terapeutyczny bo to zaczyna być okropne. Kopnąłem drzwi i momentalnie w głowie zaśpiewałem "z buta wjerzdżam" Położyłem nowo poznaną osobę na kanapie i wróciłem zamknąć drzwi. Machi wskoczył do domu i wesoło podreptał na swoje posłanie.
-Dzięki, nie przekszadzaj tak jak teraz i będzie ideolo. -Schyliłem się ,żeby ją pogłaskać ale musiałem zrezygnować bo chyba bym się nie wyprostował. Jęknąłem ponownie i powoli złapałem pion.Przeniosłem wzrok na sprawcę tego całęgo zamieszania który dalej zgrywał trupa i pokręciłem głową. Zciągnąłem koszulkę i poszedłem do kuchni po maść na plecy. Kiedy już ją znalazłem i umarłem wewnetrznie z powodu zimnej maści na ciepłych plecach rozpocząłem ją powoli wmasowywać w swoje biedne plecy, dokładnie dolną część pleców. Nagle usłyszałem głośne jeb i
-Co do chuja?! -Najwyraźniej odzyskał przytomność. Wyszedłem z kuchni i nadal masując plecy patrzyłem jak Stasi siada na podłodze opierajac się plecami o kanapę. Przeniosł na mnie wzrok i zamarł.
-Nie licz na to ,ze ci pomogę wstać, niosąc cię tu rozwaliłem sobie plecy na dobre tygodnie.. -Skrzywiłem się na potwierdzenie swoich słów. Popatrzył na mnie i wydawał się łączyć fakty.
-Po co mnie tu przyniosłeś ?
-Bo zemdlałeś w parku? Nie zostawił bym cię tam, jeszcze by sie ktoś toba zainteresował i zgwałcił albo sprzedał na organy -Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po koszulkę któą odwieszałem na krzesło, niestety spadła. Skrzywiłem się na myśl o pochylaniu się i strzeliłem językiem.
-Co jest?-O dziwo wydawał się przytomny i jakoś nie przerażony.
-Nie podniosę jej.. Przynajmniej nie teraz -Mruknąłem i zrezygowany poszedłem i usiadłem na kanapie. Dalej tkwił u moich kolan oparty lecami a wiec i odwrócony nimi do mnie.
-Co ja tu robię ? -Zapytał po chwili .
-Przyniosłem cię księżniczko bo zasłabłeś w parku -Wyciągnąłem rękę i poklepałem miejsce obok siebie.
<stasi?>
Od Stas'a CD Viktor'a
- Czemu? Nie planuję cię zabić ani nic, chcę tylko żebyś nie chodził jak ofiara ataku mocno niestabilnego wampira.. - Koleś aż nadto naciskał.
-Spasuję, i tak zaraz znowu się ubrudzę
-Okay to nie ruszaj się zaraz wracam - Ruszył gdzieś biegiem. Przewróciłem oczami, wgapiając się w psa, który tylko obejrzał się... za swoim panem? Dlaczego miałbym czekać? To tylko krew, dżizas. Nic się nie stało, a też się przejmuje i naciska... Westchnąłem i wstałem. Zamrugałem, próbując odpędzić mroczki, które się nagle pojawiły. Ruszyłem, gdy w pewnym momencie poczułem szarpnięcie za ramię.
-Chyba nie umiesz słuchać co? Chodź, przemyję ci to
-Zostaw mnie.
-Zrobię to jak tylko upewnię się, że nic ci nie jest okay? Serio - ponownie mnie pociągnął. Zachwiałem się lekko. Uległem jednak i usiadłem na wolnej ławce. Chłopake, facet? Odkręcił butelkę, zamoczył pierwszy wacik i zaczął coś tam robić. Przyglądałem się w międzyczasie jego twarzy, jakby się uspokajając.
-Już? - Spytałem się, tym razem spokojnie.
-Uhu.. Posmaruje ci to i szybko zmaleje opuchlizna ale.. - Przyłożył palec z chyba maścią do rany. Syknąłem. Strasznie szczypało.
-Będzie szczypało -Dodał, odsuwając się.
-Uhu... Czuję - mruknąłem.
-Nie ma za co... - Potarł kark dłonią. Zorientowałem się nagle, że mnie trzyma.
-Już możesz puścić moją twarz - Wziął dłoń, a ja poczułem mrowienie pod brodą. Odchrząknąłem.
-Wybacz... Jestem Viktor - Uśmiechnął się i wystawił przed siebie rękę. Spojrzałem na niego oceniającym wzrokiem.
- Stas - mruknąłem po dłuższej chwili milczenia. Z wahaniem złapałem go za dłoń, którą z chyba radością uścisnął? Czemu on taki radosny i pomocny? Ale przynajmniej miał miłą w dotyku dłoń. Puściłem go i wstałem, ale znowu zrobiło mi się słabo.
- Kur*wa - warknąłem, potykając się o własne nogi i wpadając na... jak mu było... Victora? Przez chwilę byłem pewny, że moja głowa była oparta o jego klatkę piersiową, ale skąd mogłem to wiedzieć skoro zemdlałem?!
<Victor?>
-Spasuję, i tak zaraz znowu się ubrudzę
-Okay to nie ruszaj się zaraz wracam - Ruszył gdzieś biegiem. Przewróciłem oczami, wgapiając się w psa, który tylko obejrzał się... za swoim panem? Dlaczego miałbym czekać? To tylko krew, dżizas. Nic się nie stało, a też się przejmuje i naciska... Westchnąłem i wstałem. Zamrugałem, próbując odpędzić mroczki, które się nagle pojawiły. Ruszyłem, gdy w pewnym momencie poczułem szarpnięcie za ramię.
-Chyba nie umiesz słuchać co? Chodź, przemyję ci to
-Zostaw mnie.
-Zrobię to jak tylko upewnię się, że nic ci nie jest okay? Serio - ponownie mnie pociągnął. Zachwiałem się lekko. Uległem jednak i usiadłem na wolnej ławce. Chłopake, facet? Odkręcił butelkę, zamoczył pierwszy wacik i zaczął coś tam robić. Przyglądałem się w międzyczasie jego twarzy, jakby się uspokajając.
-Już? - Spytałem się, tym razem spokojnie.
-Uhu.. Posmaruje ci to i szybko zmaleje opuchlizna ale.. - Przyłożył palec z chyba maścią do rany. Syknąłem. Strasznie szczypało.
-Będzie szczypało -Dodał, odsuwając się.
-Uhu... Czuję - mruknąłem.
-Nie ma za co... - Potarł kark dłonią. Zorientowałem się nagle, że mnie trzyma.
-Już możesz puścić moją twarz - Wziął dłoń, a ja poczułem mrowienie pod brodą. Odchrząknąłem.
-Wybacz... Jestem Viktor - Uśmiechnął się i wystawił przed siebie rękę. Spojrzałem na niego oceniającym wzrokiem.
- Stas - mruknąłem po dłuższej chwili milczenia. Z wahaniem złapałem go za dłoń, którą z chyba radością uścisnął? Czemu on taki radosny i pomocny? Ale przynajmniej miał miłą w dotyku dłoń. Puściłem go i wstałem, ale znowu zrobiło mi się słabo.
- Kur*wa - warknąłem, potykając się o własne nogi i wpadając na... jak mu było... Victora? Przez chwilę byłem pewny, że moja głowa była oparta o jego klatkę piersiową, ale skąd mogłem to wiedzieć skoro zemdlałem?!
<Victor?>
piątek, 23 marca 2018
Od Viktor'a CD Stasa
Odnalazłem jakiś tam park, Machi momentalnie rozpoczęła swoją serenadę o spuszczenie ze smyczy.
-Nie..
-AUHUAHUAHUHAUUU -jęknął pies i ponownie wydobył z siebie dźwięki jak mordowany jeleń.
-Okay ale jak zginiesz to ty płacisz za schronisko -Rozmowy z psem były bardzo rozwijające i zdecydowanie miałem pewność ,że mnie rozumie, no bo jak by inaczej huh? Przecież to oczywiste ,że pies zapłaci za schronisko ze swoich zarobków.. Psich.. Pokręciłem głową i patrzyłem jak momentalnie rozpoczyna poszukiwania czegoś. Ja sam oddałem się przyjemności napawania się naturą. Piękna pogoda , wiał leciutki wiatr ale świeciło słońce przez co nie było zimno. Uśmiechnięty mogłem kroczyć alejkami i przyglądać się ludziom. Głośne szczekanie mojego psa niestety sprowadziło mnie na ziemię. Czemu ona szczeka? Okazało się ,że znalazła sobie jakąś ofiarę na ławce która najwyraźniej nie chciała jej głaskać. Szybo skoczyłem w tamtym kierunku i złapałem psa za obrożę. Osoba z którą miałem do czynienia złapała kontakt wzrokowy i bardzo szybko go zerwała rozsmarowując krew po całej twarzy, zaraz.. Skąd tam była krew?
-Uh? Wszytko okay?-Nie byłem pewien co robić, urazy były czymś częstym w tańcu ale sam sobie bardziej potrafię pomóc .. Czemu ? Bo wiem co boli i ludzie zwykle mają trudności z określeniem miejsca bólu.
-Tak -Mruknięcie zza rąk wydawało się zbawienne.
-Nie wydaje mi się.. Chcesz iść przemyć twarz? Mieszkam blisko
-Nie..
-Czemu? Nie planuję cię zabić ani nic, chcę tylko żebyś nie chodził jak ofiara ataku mocno niestabilnego wampira.. -Ponownie naciskałem, No użyj swojego uroku Viktor.
-Spasuję, i tak zaraz znowu się ubrudzę -Kolejne mruknięcie.
-Okay to nie ruszaj się zaraz wracam -Ruszyłem biegiem w kierunku mieszkania, wygrzebałem butelkę wody, waciki i trochę maści na opuchliznę, nie wiem co mu jest skoro nie widziałem jego twarzy całkowicie tak? Okazało się ,ze się ruszył szedł alejką.
-Chyba nie umiesz słuchać co? Choć przemyję ci to -Pociągnąłem go lekko za ramię.
-Zostaw mnie.
-Zrobię to jak tylko upewnię się ,że nic ci nie jest okay? Serio -Ponownie pociągnąłem, zachwiał się lekko, no siłacz nie a co. Uległ i usiadł na wolnej ławce, odkręciłem butelkę i zamoczyłem pierwszy wacik , najdelikatniej jak potrafiłem jeździłem po twarzy nowo poznanego i zmywałem krew, miał obity nos ale lekko, tyle z obrażeń.
-Już? -Głos był teraz spokojniejszy.
-Uhu.. Posmaruje ci to i szybko zmaleje opuchlizna ale.. -Przyłożyłem palec z maścią do rany i usłyszałem syknięcie.
-Będzie szczypało -Dodałem odsuwając się.
-Uhu..czuję
-Nie ma za co.. -Potarłem kark dłonią , co teraz? Zwykle ...
-Już możesz pościć moją twarz -No tak, zapomniałem ,ze ciągle obejmowałem go pod brodą.
-Wybacz..Jestem Viktor -Uśmiechnąłem się i wystawiłem przed siebie rękę.
<Stasi?>
-Nie..
-AUHUAHUAHUHAUUU -jęknął pies i ponownie wydobył z siebie dźwięki jak mordowany jeleń.
-Okay ale jak zginiesz to ty płacisz za schronisko -Rozmowy z psem były bardzo rozwijające i zdecydowanie miałem pewność ,że mnie rozumie, no bo jak by inaczej huh? Przecież to oczywiste ,że pies zapłaci za schronisko ze swoich zarobków.. Psich.. Pokręciłem głową i patrzyłem jak momentalnie rozpoczyna poszukiwania czegoś. Ja sam oddałem się przyjemności napawania się naturą. Piękna pogoda , wiał leciutki wiatr ale świeciło słońce przez co nie było zimno. Uśmiechnięty mogłem kroczyć alejkami i przyglądać się ludziom. Głośne szczekanie mojego psa niestety sprowadziło mnie na ziemię. Czemu ona szczeka? Okazało się ,że znalazła sobie jakąś ofiarę na ławce która najwyraźniej nie chciała jej głaskać. Szybo skoczyłem w tamtym kierunku i złapałem psa za obrożę. Osoba z którą miałem do czynienia złapała kontakt wzrokowy i bardzo szybko go zerwała rozsmarowując krew po całej twarzy, zaraz.. Skąd tam była krew?
-Uh? Wszytko okay?-Nie byłem pewien co robić, urazy były czymś częstym w tańcu ale sam sobie bardziej potrafię pomóc .. Czemu ? Bo wiem co boli i ludzie zwykle mają trudności z określeniem miejsca bólu.
-Tak -Mruknięcie zza rąk wydawało się zbawienne.
-Nie wydaje mi się.. Chcesz iść przemyć twarz? Mieszkam blisko
-Nie..
-Czemu? Nie planuję cię zabić ani nic, chcę tylko żebyś nie chodził jak ofiara ataku mocno niestabilnego wampira.. -Ponownie naciskałem, No użyj swojego uroku Viktor.
-Spasuję, i tak zaraz znowu się ubrudzę -Kolejne mruknięcie.
-Okay to nie ruszaj się zaraz wracam -Ruszyłem biegiem w kierunku mieszkania, wygrzebałem butelkę wody, waciki i trochę maści na opuchliznę, nie wiem co mu jest skoro nie widziałem jego twarzy całkowicie tak? Okazało się ,ze się ruszył szedł alejką.
-Chyba nie umiesz słuchać co? Choć przemyję ci to -Pociągnąłem go lekko za ramię.
-Zostaw mnie.
-Zrobię to jak tylko upewnię się ,że nic ci nie jest okay? Serio -Ponownie pociągnąłem, zachwiał się lekko, no siłacz nie a co. Uległ i usiadł na wolnej ławce, odkręciłem butelkę i zamoczyłem pierwszy wacik , najdelikatniej jak potrafiłem jeździłem po twarzy nowo poznanego i zmywałem krew, miał obity nos ale lekko, tyle z obrażeń.
-Już? -Głos był teraz spokojniejszy.
-Uhu.. Posmaruje ci to i szybko zmaleje opuchlizna ale.. -Przyłożyłem palec z maścią do rany i usłyszałem syknięcie.
-Będzie szczypało -Dodałem odsuwając się.
-Uhu..czuję
-Nie ma za co.. -Potarłem kark dłonią , co teraz? Zwykle ...
-Już możesz pościć moją twarz -No tak, zapomniałem ,ze ciągle obejmowałem go pod brodą.
-Wybacz..Jestem Viktor -Uśmiechnąłem się i wystawiłem przed siebie rękę.
<Stasi?>
środa, 21 marca 2018
Od Stasa CD Viktor'a
Siedziałem przy książkach, niezbyt jednak zmotywowany. Ostatnio czułem się jak chodząca depresja - chociaż możliwe że się nie wyleczyłem w pełni? Westchnąłem cicho, drapiąc szczurka za uszkiem. Siedział na biurku, patrząc się na to, co robiłem. Patrzył się na mnie swoimi malutkimi oczami. Uśmiechnąłem się, sięgając do kieszeni do malutkiego woreczka ze smakołykami dla niego i... Kurde, nie było. Przeklnąłem pod nosem. Wstałem i skrzywiłem się gdy usłyszałem trzeszczenie krzesła. Ugh, nienawidzę takich dźwięków. Jakim w ogóle prawem one jeszcze istnieją? Wciąż mamrocząc pod nosem założyłem na ramiona tylko lekką kurtkę. Miałem ubraną fioletową koszulkę i zwykłe spodnie, które nawet dość dobrze wyglądały. Włosy trochę roztrzepane, sińce pod oczami. Ziewnąłem, ręką próbując ogarnąć kłaki. Niezbyt się udawało, więc się poddałem. Do kieszeni kurtki wrzuciłem trochę pieniędzy. Zakładałem już wygodne, sportowe ale i dobrze wyglądające buty kiedy przypomniałem sobie o Merlinie. Nie mógł siedzieć sam w pokoju, nie zamknięty w klatce. Westchnąłem.
- Sorki szczurku - pogłaskałem go krótko, po chwili wychodząc z pokoju. Minąłem hałaśliwych sąsiadów, którzy się o coś kłócili i zszedłem po schodach, przeskakując po kilka stopniach. Oczywiście na końcu musiałem się zjebać prosto na twarz. Syknąłem z bólu, podnosząc się z ziemi. Otrzepałem kolana z brudu i jak nigdy nic ruszyłem dalej. Szedłem powolnym krokiem, czując jak pulsuje mi nos. Dotarłem do parku. Było tu ładnie - zresztą, jak zawsze. Lubiłem czasami tutaj przychodzić. Usiadłem na ławce i zamknąłem oczy. Oddychałem tym rześkim powietrzem. Pory roku się zmieniały, pogoda też. Byle żeby gorąco nie było. Nagle usłyszałem szczekanie. Otworzyłem oczy i ledwo uniknąłem ataku psa. Wręcz pisnąłem i odsunąłem się na bok.
- Kur*a, głupi pies! Weź spadaj stąd! Głupia kupa kłaków która potrafi tylko szczekać - warczałem wręcz na psa, który z radością na mnie szczekał. W pewnym momencie poczułem jak kręci mi się w głowie, a ciepła ciecz wypływa z nosa. Zamrugałem zdziwiony, przystawiając dłoń do nosa. Odsunąłem i spojrzałem na palce.
- No nie - jęknąłem, patrząc na krew. Świetnie. Spojrzałem do góry, wprost na kogoś twarz. Zestresowany, czułem jak się lekko czerwienię. Nie miałem ochoty nikogo spotykać. Gdyby ten pies nie przyszedł, wszystko byłoby super! Przetarłem krew pod nosem dłonią, rozcierając ją na połowę twarzy. Boże, ale jestem głupi.
(Victor?)
- Sorki szczurku - pogłaskałem go krótko, po chwili wychodząc z pokoju. Minąłem hałaśliwych sąsiadów, którzy się o coś kłócili i zszedłem po schodach, przeskakując po kilka stopniach. Oczywiście na końcu musiałem się zjebać prosto na twarz. Syknąłem z bólu, podnosząc się z ziemi. Otrzepałem kolana z brudu i jak nigdy nic ruszyłem dalej. Szedłem powolnym krokiem, czując jak pulsuje mi nos. Dotarłem do parku. Było tu ładnie - zresztą, jak zawsze. Lubiłem czasami tutaj przychodzić. Usiadłem na ławce i zamknąłem oczy. Oddychałem tym rześkim powietrzem. Pory roku się zmieniały, pogoda też. Byle żeby gorąco nie było. Nagle usłyszałem szczekanie. Otworzyłem oczy i ledwo uniknąłem ataku psa. Wręcz pisnąłem i odsunąłem się na bok.
- Kur*a, głupi pies! Weź spadaj stąd! Głupia kupa kłaków która potrafi tylko szczekać - warczałem wręcz na psa, który z radością na mnie szczekał. W pewnym momencie poczułem jak kręci mi się w głowie, a ciepła ciecz wypływa z nosa. Zamrugałem zdziwiony, przystawiając dłoń do nosa. Odsunąłem i spojrzałem na palce.
- No nie - jęknąłem, patrząc na krew. Świetnie. Spojrzałem do góry, wprost na kogoś twarz. Zestresowany, czułem jak się lekko czerwienię. Nie miałem ochoty nikogo spotykać. Gdyby ten pies nie przyszedł, wszystko byłoby super! Przetarłem krew pod nosem dłonią, rozcierając ją na połowę twarzy. Boże, ale jestem głupi.
(Victor?)
środa, 10 stycznia 2018
Od Akane CD Stasa
Miło było rozmawiać z chłopakiem. Jazda na łyżwach szła mu coraz to lepiej. Pomagałam mu w utrzymaniu równowagi, a czasami też chciałam go przed upadkiem. Wyginaliśmy się wtedy w różne strony, tylko po to, aby złapać równowagę. I udawało się to nam. Za każdą jedna z tych sytuacji chłopak mówił "Dziękuję". Miłe było to z jego strony, ale nie musiał mi, aż tak bardzo dziękować. Najzwyczajniej chciałam być miła oraz w jakiś sposób pomocna. Nie pozwoliłabym mu się przewrócić i jeszcze w dodatku coś złego zrobić. Stas zaproponował zrobienie kilku randek wokół lodowiska. Zgodziłam się z nim. Pojechałam pierwsza. Jadąc tyłem, będąc odwrócona w stronę chłopaka, spojrzałam się na niego. Chciałam go chociaż w jakiś sposób mieć na oku i przy okazji pewność, że daje sobie radę. Po przyglądaniu się chłopakowi z bliska, zauważyłam, że się chyba tak jakby, nie byłam za bardzo pewną, ale się rozmarzył lub zamyślił. Bądź co bądź, jedno z dwóch. Tak odpłynął, że nie za bardzo uważał na to jak jeździ. Stracił równowagę, a gdy wypowiedziałam jego imię, on stracił kompletnie równowagę. Zaliczył glebę, mówiąc dokładniej taflę, twardego, zimnego, nie przyjemnego lodu. Za późno zareagowałam, aby mu w odpowiednim czasie pomóc.
Wyciągnęłam mu dłoń, aby pomóc mu wstać. Jego nos krwawił, a oczy w pewnym momencie się zaszkliły. On chwycił mnie za dłoń. Gdy był już na równych "nogach" podałam mu swoją chusteczkę.
- Przyłóż ja do nosa - uśmiechnęłam się ciepło w jego stronę.
- Dzięki - odparł, a ja zaśmiałam się.
- Chyba słyszę dzisiaj już to słowo Poraz tysięczny. Nie mniej jednak dziękuję - uśmiechnęłam się do niego. Chciałam mu chociaż w jakiś sposób poprawić humor.
Zeszliśmy z lodowiska. Po zdjęciu łyżew, poszłam wraz z chłopakiem do toalety. Pomogłam mu z nosem, który już prawie wcale nie krwawił.
- Pewnie będzie ciebie bolało, ale ważne, że już nie leci z niego krew - uśmiechnęłam się, wybierając dokładnie raz delikatnie nos. - Skoro pojeździliśmy to czas na słodkie co nie co - uśmiechnęłam się, mając na myśli wszystkie słodkości jakie to serwują w pobliskiej kawiarence. Przebraliśmy się, oddaliśmy kluczyki od szafek i wyszliśmy.
- Aleś ty urocza! - ktoś klepną mnie w tyłek, szepcąc mi przy uchu takie słówka. Odwróciłam się w stronę tejże osoby. - Chyba twój chłoptaś nie pasuje do ciebie za bardzo. Widziałem z chłopakami jak się przewrócił na lodowisku i prawie rozpłakał. Zupełnie jak jakaś baba czy też dziecko - chłopak zaczął się wyśmiewać ze Stas'a.
Nie pozwoliłam na to. Chwyciłam go za rękę po czym swobodnie przerzuciłam go przez siebie.
- To ty jesteś baba, która nie potrafi się odpowiednio zachować wobec dziewczyn. W dodatku to ty płaczesz po tak słabym upadku na ziemi. Nawet twoje przeprosiny nie są warte - powiedziałam zezłoszczona. Pomachałam im na drogę z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Stas nie przejmuj się takimi osobami jak oni. Jak dla mnie jesteś najlepszą osobą tuż po A-chanie - uśmiechnęłam się. - Wiesz, tak mówiąc to ja poza A-chanem to nie mam za wielu przyjaciół w tej szkole. Chciałam się już ciebie wcześniej zapytać, ale czy moglibyśmy zostać przyjaciółmi? - spojrzałam się mu w oczy.
Wyciągnęłam mu dłoń, aby pomóc mu wstać. Jego nos krwawił, a oczy w pewnym momencie się zaszkliły. On chwycił mnie za dłoń. Gdy był już na równych "nogach" podałam mu swoją chusteczkę.
- Przyłóż ja do nosa - uśmiechnęłam się ciepło w jego stronę.
- Dzięki - odparł, a ja zaśmiałam się.
- Chyba słyszę dzisiaj już to słowo Poraz tysięczny. Nie mniej jednak dziękuję - uśmiechnęłam się do niego. Chciałam mu chociaż w jakiś sposób poprawić humor.
Zeszliśmy z lodowiska. Po zdjęciu łyżew, poszłam wraz z chłopakiem do toalety. Pomogłam mu z nosem, który już prawie wcale nie krwawił.
- Pewnie będzie ciebie bolało, ale ważne, że już nie leci z niego krew - uśmiechnęłam się, wybierając dokładnie raz delikatnie nos. - Skoro pojeździliśmy to czas na słodkie co nie co - uśmiechnęłam się, mając na myśli wszystkie słodkości jakie to serwują w pobliskiej kawiarence. Przebraliśmy się, oddaliśmy kluczyki od szafek i wyszliśmy.
- Aleś ty urocza! - ktoś klepną mnie w tyłek, szepcąc mi przy uchu takie słówka. Odwróciłam się w stronę tejże osoby. - Chyba twój chłoptaś nie pasuje do ciebie za bardzo. Widziałem z chłopakami jak się przewrócił na lodowisku i prawie rozpłakał. Zupełnie jak jakaś baba czy też dziecko - chłopak zaczął się wyśmiewać ze Stas'a.
Nie pozwoliłam na to. Chwyciłam go za rękę po czym swobodnie przerzuciłam go przez siebie.
- To ty jesteś baba, która nie potrafi się odpowiednio zachować wobec dziewczyn. W dodatku to ty płaczesz po tak słabym upadku na ziemi. Nawet twoje przeprosiny nie są warte - powiedziałam zezłoszczona. Pomachałam im na drogę z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Stas nie przejmuj się takimi osobami jak oni. Jak dla mnie jesteś najlepszą osobą tuż po A-chanie - uśmiechnęłam się. - Wiesz, tak mówiąc to ja poza A-chanem to nie mam za wielu przyjaciół w tej szkole. Chciałam się już ciebie wcześniej zapytać, ale czy moglibyśmy zostać przyjaciółmi? - spojrzałam się mu w oczy.
<Stas?>
sobota, 6 stycznia 2018
Od Stasa CD Akane
W drodze na lodowisko rozmawialiśmy, głównie o zwierzętach. Kiedy powiedziałem jej, że mam szczura w akademiku, wydawała się zdziwiona tym, że jakiegoś można w nim mieć.
Po dostaniu numerków szafek, założyliśmy łyżwy i weszliśmy na lód.
- Stas umiesz jeździć na łyżwach czy tak nie za bardzo? - zapytała się dziewczyna. Zastanowiłem się.
- Tak średnio, ale utrzymać się umiem - uśmiechnąłem się lekko, na co zareagowała tym samym.
I zaczęliśmy jeździć. Na początku powoli, bo trochę zapomniałem jak się to robi. Akane pomagała mi się utrzymać.
- Dzięki - powtórzyłem się po raz kolejny. Za każdym razem, kiedy ratowała mnie przed upadkiem lub pomagała mi z równowagą, mówiłem to jedno słowo.
- Mówisz to już któryś raz z kolei - zaśmiała się - ale nie ma za co.
Uśmiechnąłem się nieśmiało i zestresowany. Tak bardzo próbowałem sprawić na niej dobre wrażenie, żeby nie uważała mnie za dziwnego, że nie zdawałem sobie sprawę że jestem "zbyt miły". Odchrząknąłem niezbyt elegancko.
- Spróbujmy pojechać kilka kółek - wyprostowałem się, mówiąc te słowa. Dziewczyna kiwnęła głową i ruszyła pierwsza, a ja tuż za nią.
Na lodowisku nie mało, ani dużo osób - można było sobie z kimś tak na spokojnie pojeździć, powygłupiać się... Ach, chciałbym tak kiedyś pójść na lodowisko z kimś, kogo lubię... W ten inny, nie przyjacielski sposób... Chociaż z przyjacielem też bym chciał. Tak szczerze powygłupiać się, wyluzować. Westchnąłem, całkowicie odpływając w myślach, automatycznie posuwając się do przodu na lodzie. Prawa noga, lewa noga. I tak intensywnie myślałem, aż w końcu nie usłyszałem Akane.
- Stas? - i nagle równowaga jazdy zaczęła kwiczeć.
- Cholera - syknąłem, kiedy chwilę potem runąłem do przodu jak kłoda. Zaczepiłem czubkiem łyżew o lód. Jęknąłem z bólu, czując, jak twarz mi zamarza jednocześnie rozgrzewając się... Chyba leci mi krew z nosa.
- Stas, żyjesz? - Jakbym to gdzieś już słyszał, hah.
- Tym razem ledwo - powiedziałem drżącym głosem. Cóż, chyba za chwilę się popłaczę przez to, że uderzyłem głową o posadzkę lodowiska i krew mi leci z nosa! Na drżących rękach spróbowałem się podnieść.
- Łap się, łatwo nie wstaniesz - podała mi pomocne dłonie, z których bardzo chętnie skorzystałem. I teraz stałem naprzeciwko niej, z krwawiącym nosem, trochę przestraszony i ze łzami w oczach.
Jak jakaś totalna sierota.
(przepraszam za taki zwrot akcji)
Po dostaniu numerków szafek, założyliśmy łyżwy i weszliśmy na lód.
- Stas umiesz jeździć na łyżwach czy tak nie za bardzo? - zapytała się dziewczyna. Zastanowiłem się.
- Tak średnio, ale utrzymać się umiem - uśmiechnąłem się lekko, na co zareagowała tym samym.
I zaczęliśmy jeździć. Na początku powoli, bo trochę zapomniałem jak się to robi. Akane pomagała mi się utrzymać.
- Dzięki - powtórzyłem się po raz kolejny. Za każdym razem, kiedy ratowała mnie przed upadkiem lub pomagała mi z równowagą, mówiłem to jedno słowo.
- Mówisz to już któryś raz z kolei - zaśmiała się - ale nie ma za co.
Uśmiechnąłem się nieśmiało i zestresowany. Tak bardzo próbowałem sprawić na niej dobre wrażenie, żeby nie uważała mnie za dziwnego, że nie zdawałem sobie sprawę że jestem "zbyt miły". Odchrząknąłem niezbyt elegancko.
- Spróbujmy pojechać kilka kółek - wyprostowałem się, mówiąc te słowa. Dziewczyna kiwnęła głową i ruszyła pierwsza, a ja tuż za nią.
Na lodowisku nie mało, ani dużo osób - można było sobie z kimś tak na spokojnie pojeździć, powygłupiać się... Ach, chciałbym tak kiedyś pójść na lodowisko z kimś, kogo lubię... W ten inny, nie przyjacielski sposób... Chociaż z przyjacielem też bym chciał. Tak szczerze powygłupiać się, wyluzować. Westchnąłem, całkowicie odpływając w myślach, automatycznie posuwając się do przodu na lodzie. Prawa noga, lewa noga. I tak intensywnie myślałem, aż w końcu nie usłyszałem Akane.
- Stas? - i nagle równowaga jazdy zaczęła kwiczeć.
- Cholera - syknąłem, kiedy chwilę potem runąłem do przodu jak kłoda. Zaczepiłem czubkiem łyżew o lód. Jęknąłem z bólu, czując, jak twarz mi zamarza jednocześnie rozgrzewając się... Chyba leci mi krew z nosa.
- Stas, żyjesz? - Jakbym to gdzieś już słyszał, hah.
- Tym razem ledwo - powiedziałem drżącym głosem. Cóż, chyba za chwilę się popłaczę przez to, że uderzyłem głową o posadzkę lodowiska i krew mi leci z nosa! Na drżących rękach spróbowałem się podnieść.
- Łap się, łatwo nie wstaniesz - podała mi pomocne dłonie, z których bardzo chętnie skorzystałem. I teraz stałem naprzeciwko niej, z krwawiącym nosem, trochę przestraszony i ze łzami w oczach.
Jak jakaś totalna sierota.
(przepraszam za taki zwrot akcji)
wtorek, 2 stycznia 2018
Od Akane CD Stasa
Przyjął moją dłoń. Ucieszyłam się z tego i to bardzo. Gdy był już na nogach, otrzepał się ze śniegu. Chłopak przedstawił się, miał bardzo mało kiedy spotykane imię. Takie oryginalne jest jego imię. Był na tym samym kierunku co ja z tym, że był starszy o rok ode mnie.
Jego pytanie mnie zaskoczyło z lekka, ale nie tak bardzo. Uśmiechałam się często, a przynajmniej mogłam tak stwierdzić po słowach Anthony'ego i opinii innych. Stas zapytał się czy mam wolny czas. Na to pytanie, rozpromieniłam się w środku. Na temat lodowiska, chłopak sam zapytał się czy mógłby pójść ze mną. Od razu się zgodziłam. Nie miałam nic przeciwko. Strasznie się cieszyłam z tego powodu. Przynajmniej nie musiałam sama jeździć ze słuchawkami w uszach. Musiałam jeszcze wstąpić do akademika, ale Stas nie miał nic przeciwko. Na spokojnie pożegnałam się z chłopakiem na króciutka chwilkę, jednak jak już nie było mnie widać, zaczęłam prawie, że biec do swojego pokoju. Nie chciałam, aby długo na mnie czekał. Wzięłam łyżwy do ręki, zapakowałam je do torby, przy okazji wzięłam rękawiczki bo na spacerze jak byłam to zapomniałam. Zbiegłam ze schodów następnie kawałek poszłam spokojnym krokiem, aby nie było widać, że biegłam. Wyszłam z akademika, a tam czekał chłopak. Coś mruczał pod nosem. Nie za bardzo lubił zimę. Najprawdopodobniej że względu na chłód jaki panuje oraz niebezpieczne chodniki pokryte lodem. Wymawiając jego imię że zapytaniem, chłopak podskoczył odrobinę w górę. Przestraszyłam go zapewne.
- Tylko marudzę pod nosem - powiedział. Chyba było mu trochę głupio, ale nie widziałam w czym problem. Często ją sama mówię pod nosem coś co mi się nie podoba.
- Chodźmy - uśmiechnęłam się delikatnie.
W drodze na lodowisko, które oddalone nie było, aż tak daleko od szkoły, porozmawialiśmy sobie na kilka tematów, aby się lepiej zapoznać. Temat zwierząt jednak zwyciężył przez co, całą drogę opowiadaliśmy sobie o zwierzętach i ich zachowaniach. Stas ma w akademiku małego gryzonia. Trochę zaskoczyło mnie to, że możemy mieć zwierzaka jakiegoś w swoim pokoju.
Doszliśmy na miejsce. Długo czekać nie musieliśmy w kolejce. Dostaliśmy numerki szafek. Mieliśmy szczęście, że dostaliśmy obok siebie. Założyliśmy łyżwy po czym weszliśmy na lodowisko.
- Stas umiesz jeździć na łyżwach czy tak nie za bardzo? - zapytałam się, aby dowiedzieć się na czym stoję.
Jego pytanie mnie zaskoczyło z lekka, ale nie tak bardzo. Uśmiechałam się często, a przynajmniej mogłam tak stwierdzić po słowach Anthony'ego i opinii innych. Stas zapytał się czy mam wolny czas. Na to pytanie, rozpromieniłam się w środku. Na temat lodowiska, chłopak sam zapytał się czy mógłby pójść ze mną. Od razu się zgodziłam. Nie miałam nic przeciwko. Strasznie się cieszyłam z tego powodu. Przynajmniej nie musiałam sama jeździć ze słuchawkami w uszach. Musiałam jeszcze wstąpić do akademika, ale Stas nie miał nic przeciwko. Na spokojnie pożegnałam się z chłopakiem na króciutka chwilkę, jednak jak już nie było mnie widać, zaczęłam prawie, że biec do swojego pokoju. Nie chciałam, aby długo na mnie czekał. Wzięłam łyżwy do ręki, zapakowałam je do torby, przy okazji wzięłam rękawiczki bo na spacerze jak byłam to zapomniałam. Zbiegłam ze schodów następnie kawałek poszłam spokojnym krokiem, aby nie było widać, że biegłam. Wyszłam z akademika, a tam czekał chłopak. Coś mruczał pod nosem. Nie za bardzo lubił zimę. Najprawdopodobniej że względu na chłód jaki panuje oraz niebezpieczne chodniki pokryte lodem. Wymawiając jego imię że zapytaniem, chłopak podskoczył odrobinę w górę. Przestraszyłam go zapewne.
- Tylko marudzę pod nosem - powiedział. Chyba było mu trochę głupio, ale nie widziałam w czym problem. Często ją sama mówię pod nosem coś co mi się nie podoba.
- Chodźmy - uśmiechnęłam się delikatnie.
W drodze na lodowisko, które oddalone nie było, aż tak daleko od szkoły, porozmawialiśmy sobie na kilka tematów, aby się lepiej zapoznać. Temat zwierząt jednak zwyciężył przez co, całą drogę opowiadaliśmy sobie o zwierzętach i ich zachowaniach. Stas ma w akademiku małego gryzonia. Trochę zaskoczyło mnie to, że możemy mieć zwierzaka jakiegoś w swoim pokoju.
Doszliśmy na miejsce. Długo czekać nie musieliśmy w kolejce. Dostaliśmy numerki szafek. Mieliśmy szczęście, że dostaliśmy obok siebie. Założyliśmy łyżwy po czym weszliśmy na lodowisko.
- Stas umiesz jeździć na łyżwach czy tak nie za bardzo? - zapytałam się, aby dowiedzieć się na czym stoję.
<Stas?>
Od Stasa cd Akane
- To dobrze, że nic ci się nie stało. Jestem Akane - uśmiechnęła się delikatnie, wyciągając do mnie rękę. Przez moment przyglądałem się jej twarzy, niezbyt przekonany, ale gdy zerknąłem na jej oczy - poczułem, że może nie jest zła. Nieśmiało skorzystałem z jej pomocnej ręki i powoli wstałem, bojąc się że za chwilę nie tylko ja upadnę przez swoją nieostrożność. Nadal czułem zimno na twarzy, ale na szczęście biała maska mniej więcej je hamowała. Wyprostowałem się i zdałem sobie sprawę, że byłem tylko z lekka wyższy od dziewczyny. Odchrząknąłem.
- Stas - powiedziałem - Miło poznać - dodałem ciszej, lekko kiwając do tego głową. Ah, niezłe powitanie Stasiu.
- Chodzisz do Akademi, prawda? - cały czas lekko się uśmiechała.
- No... Od niedawna... To znaczy, w sumie od wczoraj - pomasowałem czoło, mając nadzieję że chociaż trochę się ociepli. Grzywka wszystkiego nie zrobi.
- Do której chodzisz klasy? - zapytała, a ja zastanowiłem się.
- Drugiej B, a ty?
- Pierwsza B - ponownie się uśmiechnęła. Nie żebym miał coś przeciwko temu, ale czy ją twarz nie boli od tego uśmiechania?
- Zawsze się uśmiechasz? - rzuciłem prosto z mostu, nie zdając sobie sprawy z tego. Dopiero gdy zobaczyłem że jest trochę zdziwiona i przygaszona, zrozumiałem co właśnie powiedziałem.
- N-nie miałem nic złego na myśli, po prostu... No, e... - zacząłem uciekać wzrokiem, ale zielonooka zaśmiała się lekko.
- Ta, chyba zawsze się uśmiecham - i znowu się uśmiechnęła, tym razem szeroko. Niekontrolowanie kąciki moich ust podeszły do góry, w lekkim uśmiechu.
- Akane, nie chcę być nachalny, ale masz może teraz czas wolny...? - powiedziałem po chwili, trochę cicho i niezbyt pewny siebie.
- W sumie tak, miałam iść na lodowisko
- A... mogę iść z tobą...? - uśmiechnąłem się nieśmiało, licząc że powie "tak".
- Jeżeli chcesz. - Krzyczałem z radości w środku. Pierwsza osoba jaką poznałem i nie była szurnięta, nie flirtowała, nie naśmiewała się i była miła!
- Spotykamy się za chwilę przed akademikiem? - rzuciła krótko. Kiwnąłem głową.
- Do zobaczenia za chwilę - skinąłem głową, ruszając w swoją stronę, lekko uśmiechnięty.
Poznałem kogoś, poznałem kogoś~!
______
- To idziemy, co nie? - mruknąłem, poprawiając szalik i czapkę i marudząc znowu jak to ja nienawidzę zimy, idąc w miejsce spotkania.
- Zimno, śnieg, lód, przeziębienia, leki - mamrotałem pod nosem.
- Stas? - podskoczyłem lekko i odwróciłem się w stronę dziewczyny.
- Tylko marudzę pod nosem - zaśmiałem się nerwowo.
(what's next?)
- Stas - powiedziałem - Miło poznać - dodałem ciszej, lekko kiwając do tego głową. Ah, niezłe powitanie Stasiu.
- Chodzisz do Akademi, prawda? - cały czas lekko się uśmiechała.
- No... Od niedawna... To znaczy, w sumie od wczoraj - pomasowałem czoło, mając nadzieję że chociaż trochę się ociepli. Grzywka wszystkiego nie zrobi.
- Do której chodzisz klasy? - zapytała, a ja zastanowiłem się.
- Drugiej B, a ty?
- Pierwsza B - ponownie się uśmiechnęła. Nie żebym miał coś przeciwko temu, ale czy ją twarz nie boli od tego uśmiechania?
- Zawsze się uśmiechasz? - rzuciłem prosto z mostu, nie zdając sobie sprawy z tego. Dopiero gdy zobaczyłem że jest trochę zdziwiona i przygaszona, zrozumiałem co właśnie powiedziałem.
- N-nie miałem nic złego na myśli, po prostu... No, e... - zacząłem uciekać wzrokiem, ale zielonooka zaśmiała się lekko.
- Ta, chyba zawsze się uśmiecham - i znowu się uśmiechnęła, tym razem szeroko. Niekontrolowanie kąciki moich ust podeszły do góry, w lekkim uśmiechu.
- Akane, nie chcę być nachalny, ale masz może teraz czas wolny...? - powiedziałem po chwili, trochę cicho i niezbyt pewny siebie.
- W sumie tak, miałam iść na lodowisko
- A... mogę iść z tobą...? - uśmiechnąłem się nieśmiało, licząc że powie "tak".
- Jeżeli chcesz. - Krzyczałem z radości w środku. Pierwsza osoba jaką poznałem i nie była szurnięta, nie flirtowała, nie naśmiewała się i była miła!
- Spotykamy się za chwilę przed akademikiem? - rzuciła krótko. Kiwnąłem głową.
- Do zobaczenia za chwilę - skinąłem głową, ruszając w swoją stronę, lekko uśmiechnięty.
Poznałem kogoś, poznałem kogoś~!
______
- To idziemy, co nie? - mruknąłem, poprawiając szalik i czapkę i marudząc znowu jak to ja nienawidzę zimy, idąc w miejsce spotkania.
- Zimno, śnieg, lód, przeziębienia, leki - mamrotałem pod nosem.
- Stas? - podskoczyłem lekko i odwróciłem się w stronę dziewczyny.
- Tylko marudzę pod nosem - zaśmiałem się nerwowo.
(what's next?)
Od Akane CD Stasa
Miałam dzisiaj wolna chwile sama dla siebie. Anthony musi nadrobić zaległości w szkole, a ja nie mogę mu pomóc. Zostałam kompletnie, ale to kompletnie sama. Co prawda obiecał mi, że nadrobi że mną ten stracony czas, ale kiedy to ja już nie wiedziałam. Wyjrzałam za okno. Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki, która mogła by zagrozić deszczem lub śniegiem. Świeciło natomiast słońce. Była piękna pogoda, można by rzec, iż w sam raz idealna na spacer. Ubrałam płaszczyk, owinęłam swoją szyję długim oraz szerokim szalem, założyłam buty z korzuszkiem który był cieplutki i milutki. Wzięłam swój telefon i słuchawki do ręki. Zakluczyłam drzwi od pokoju, klucze schowałam od razu do kieszeni kurtki. Przeszłam przez korytarz dobrze mi już znany, a po zejściu ze schodów wyszłam na zewnątrz.
Założyłam słuchawki, włączyłam muzykę, a pierwsza piosenka jaka była na play liście zaczęła grać. Mróz szczypał w buzie, ale nie było, aż tak źle. Jako, że ostatniej nocy była mgła oraz mróz, drzewa była bielusienkie od mrozu. Krajobraz zimowy sam w sobie był przepiękny. Zabierał dech w piersi. Niektóre ptaki zostały w naszym parku na zimę. Z domków dla ptaszków, które zostały zawieszone przez naszą szkołę, zamieszkało kilka par w każdym jednym. Wydawały z siebie miły i przyjemny dźwięk. Zdjęłam na chwilę słuchawki, aby się przesłuchać tym dźwiękom. Były piękne i urzekające.
Po kilkunastu minutach spędzonych na zewnątrz, postanowiłam wrócić do akademika, aby zabrać swoje łyżwy i pójść na lodowisko. Trochę, mam na myśli strasznie nudno tak samej chodzić po parku. Zapewne na lodowisku nie spotkam nikogo znajomego, ale chociaż inne osoby będą. Założyłam z powrotem słuchawki. Będąc prawie przy akademiku, zobaczyłam jak jakiś chłopak upada na ziemię. Upadł na twarz więc podeszłam do niego, aby sprawdzić czy wszystko z nim w porządku.
- Żyjesz? - zapytałam się, a on zobaczył tyło moje buty przed nosem. To musiało go zaboleć.
- Tak, jeszcze tak - odparł. Klękną na kolanach, jego wzrok skierował się na moją twarz. Ja uśmiechnęłam się do niego, aby nie myślał, że się z niego wyśmieje czy coś.
- To dobrze, że nic ci się nie stało. Jestem Akane - uśmiechnęłam się delikatnie, wyciągnęłam do niego pomocną dłoń z nadzieją, że ją przyjmie.
Założyłam słuchawki, włączyłam muzykę, a pierwsza piosenka jaka była na play liście zaczęła grać. Mróz szczypał w buzie, ale nie było, aż tak źle. Jako, że ostatniej nocy była mgła oraz mróz, drzewa była bielusienkie od mrozu. Krajobraz zimowy sam w sobie był przepiękny. Zabierał dech w piersi. Niektóre ptaki zostały w naszym parku na zimę. Z domków dla ptaszków, które zostały zawieszone przez naszą szkołę, zamieszkało kilka par w każdym jednym. Wydawały z siebie miły i przyjemny dźwięk. Zdjęłam na chwilę słuchawki, aby się przesłuchać tym dźwiękom. Były piękne i urzekające.
Po kilkunastu minutach spędzonych na zewnątrz, postanowiłam wrócić do akademika, aby zabrać swoje łyżwy i pójść na lodowisko. Trochę, mam na myśli strasznie nudno tak samej chodzić po parku. Zapewne na lodowisku nie spotkam nikogo znajomego, ale chociaż inne osoby będą. Założyłam z powrotem słuchawki. Będąc prawie przy akademiku, zobaczyłam jak jakiś chłopak upada na ziemię. Upadł na twarz więc podeszłam do niego, aby sprawdzić czy wszystko z nim w porządku.
- Żyjesz? - zapytałam się, a on zobaczył tyło moje buty przed nosem. To musiało go zaboleć.
- Tak, jeszcze tak - odparł. Klękną na kolanach, jego wzrok skierował się na moją twarz. Ja uśmiechnęłam się do niego, aby nie myślał, że się z niego wyśmieje czy coś.
- To dobrze, że nic ci się nie stało. Jestem Akane - uśmiechnęłam się delikatnie, wyciągnęłam do niego pomocną dłoń z nadzieją, że ją przyjmie.
<Stas?>
niedziela, 31 grudnia 2017
Od Stasa
- Ładuj się szybciej - mruknąłem. Od kilkunastu minut pewna gra wyjątkowo długo mi się ładowała, co strasznie mi się nie podobało.
- Zrobię tylko aktualizację i spadam na dwór, nawet jeśli jest bardzo zimno i pewnie bardzo pada i jest bardzo ślisko - syknąłem, wyglądając zza okna. Miałem w planach dzisiaj na luzie, spokojnie sobie pograć z Lucasem, ale nieee, internet musiał nawalić! Zawsze, kiedy mam ochotę z nim pograć, no po prostu zawsze. Warknąłem i uderzyłem ręką o biurko, po chwili sycząc z bólu, masując ją.
- Ta, jeszcze zrób sobie krzywdę, głupia sieroto - wymamrotałem i wstałem, szurając nogami krzesła o podłoga. Podszedłem do klatki mojego szczurka, Merlina. Kucnąłem i przyglądałem się jemu. On robił to samo. Przyglądał się sobie w lusterku, które miał tuż obok klatki. Merlin był kochanym gryzoniem, który patrzy jak gram lub się uczę. W klatce zawsze wojuje, ale jak się go wyjmie, to jest spokojny i wyluzowany. Lubiłem u niego tą cechę - oj tak. Kiedy tak przyglądałem się szczurowi w bezruchu, nagle usłyszałem powiadomienie z gry. Podskoczyłem w miejscu przestraszony.
- Totalnie zapomniałem - szepnąłem, trochę zawstydzony swoją reakcją. Wstałem, wyłączyłem ową grę i zamknąłem laptopa. Przetarłem ręką twarz i westchnąłem.
- Że ja serio chcę iść na dwór? Na spacer? Chyba żartuję - parsknąłem, ale wbrew swojej woli, założyłem ocieplane trapery i grubą kurtkę, a na twarz białą maskę. Tak grubo ubrany, wyszedłem ze swojego pokoju, zamknąłem go i powoli szedłem po korytarzach i schodach, aż w końcu wyszedłem z akademika.
- Mogłem jeszcze szalik założyć - burknąłem, powoli zmierzając w stronę parku Green Heels. Szedłem bardzo powoli, ostrożnie, uważając na lód, którzy czaił się na każdym kroku. Wrr, nienawidzę zimy. Śnieg, wiatr, zimno, lód, zimno, śnieg. I muszę się bardzo ciepło ubierać. I uważać, żeby nie zachorować jakoś poważnie. I brać cały czas witaminy, czasami leki, bo przeziębienie mnie chyba śledzi. Ugh, nienawidzę tego!
I jak na zawołanie kichnąłem. I to nie byle jak, co to, to nie. Kichnąłem jak jakiś kotek. I w tym samym momencie straciłem równowagę. Niebezpiecznie się zachwiałem robiąc kolejny krok, przez co runąłem do przodu na twarz. Przynajmniej podparłem się dłońmi o ziemię, inaczej mój nos musiałby odwiedzić szpital. Jęknąłem z bólu.
- Żyjesz? - usłyszałem głos i zobaczyłem przed twarzą parę butów.
Eh, mam nadzieję że przynajmniej nie będzie się ze mnie śmiać, lub że to osoba którą pierwszy i ostatni raz zobaczę w swoim życiu...
(ktoś?)
- Zrobię tylko aktualizację i spadam na dwór, nawet jeśli jest bardzo zimno i pewnie bardzo pada i jest bardzo ślisko - syknąłem, wyglądając zza okna. Miałem w planach dzisiaj na luzie, spokojnie sobie pograć z Lucasem, ale nieee, internet musiał nawalić! Zawsze, kiedy mam ochotę z nim pograć, no po prostu zawsze. Warknąłem i uderzyłem ręką o biurko, po chwili sycząc z bólu, masując ją.
- Ta, jeszcze zrób sobie krzywdę, głupia sieroto - wymamrotałem i wstałem, szurając nogami krzesła o podłoga. Podszedłem do klatki mojego szczurka, Merlina. Kucnąłem i przyglądałem się jemu. On robił to samo. Przyglądał się sobie w lusterku, które miał tuż obok klatki. Merlin był kochanym gryzoniem, który patrzy jak gram lub się uczę. W klatce zawsze wojuje, ale jak się go wyjmie, to jest spokojny i wyluzowany. Lubiłem u niego tą cechę - oj tak. Kiedy tak przyglądałem się szczurowi w bezruchu, nagle usłyszałem powiadomienie z gry. Podskoczyłem w miejscu przestraszony.
- Totalnie zapomniałem - szepnąłem, trochę zawstydzony swoją reakcją. Wstałem, wyłączyłem ową grę i zamknąłem laptopa. Przetarłem ręką twarz i westchnąłem.
- Że ja serio chcę iść na dwór? Na spacer? Chyba żartuję - parsknąłem, ale wbrew swojej woli, założyłem ocieplane trapery i grubą kurtkę, a na twarz białą maskę. Tak grubo ubrany, wyszedłem ze swojego pokoju, zamknąłem go i powoli szedłem po korytarzach i schodach, aż w końcu wyszedłem z akademika.
- Mogłem jeszcze szalik założyć - burknąłem, powoli zmierzając w stronę parku Green Heels. Szedłem bardzo powoli, ostrożnie, uważając na lód, którzy czaił się na każdym kroku. Wrr, nienawidzę zimy. Śnieg, wiatr, zimno, lód, zimno, śnieg. I muszę się bardzo ciepło ubierać. I uważać, żeby nie zachorować jakoś poważnie. I brać cały czas witaminy, czasami leki, bo przeziębienie mnie chyba śledzi. Ugh, nienawidzę tego!
I jak na zawołanie kichnąłem. I to nie byle jak, co to, to nie. Kichnąłem jak jakiś kotek. I w tym samym momencie straciłem równowagę. Niebezpiecznie się zachwiałem robiąc kolejny krok, przez co runąłem do przodu na twarz. Przynajmniej podparłem się dłońmi o ziemię, inaczej mój nos musiałby odwiedzić szpital. Jęknąłem z bólu.
- Żyjesz? - usłyszałem głos i zobaczyłem przed twarzą parę butów.
Eh, mam nadzieję że przynajmniej nie będzie się ze mnie śmiać, lub że to osoba którą pierwszy i ostatni raz zobaczę w swoim życiu...
(ktoś?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
