Wyszłam poza teren lotniska i wraz z telefonem i włączoną w nim nawigacją udałam się wzdłuż głównej ulicy. Chmurzyło się i wiał lodowaty wiatr, więc chodnik był pusty, a jedyne dźwięki wydawały przejeżdżające samochody i moja walizka. Jej stukot donośnie ogłaszał otoczeniu, że oto jestem, Lizawieta Peverell przybyła do miasta. W oddali zamajaczyły mi jakieś postaci, a zza rogu wyszło kilku innych ludzi. Wraz z nimi pojawił się również deszcz spadający z nieba. Przyspieszyłam, bo pod płaszcz wpadały mi duże, zimne krople. Nawigacja prowadziła mnie poboczem wzdłuż ruchliwej ulicy, więc stanęłam przy przejściu dla pieszych i dotknęłam dłonią żółtego pudełka przyspieszającego zmianę świateł. Niestety nic takiego się nie stało i stojąc na tej ulewie, owinęłam się szczelnie płaszczem. Moje włosy były już przemoczone i oklapły, przyklejając się do całej buzi. Nagle deszcz przestał na mnie padać, więc spojrzałam zaskoczona w górę, gdzie zauważyłam parasol w kolorowe... tak, w kolorowe żółwie i uśmiechniętą twarz blondwłosego chłopaka.
– Nie ma za co – uprzedził mnie i zapytał uprzejmie. – Gdzie idziesz?
– Do akademika Green Hills – odrzekłam, zaplatając zmarznięte ręce pod biustem.
– Znaj me dobre serce, pójdę z tobą. – powiedział, a widząc moje uniesione brwi, dodał. – To znaczy i tak tam wracam.
Światła zmieniły się na zielone, więc ramię w ramię przeszliśmy przez jezdnię. Pokonaliśmy jeszcze fragment drogi, po czym chłopak gwałtownie wystawił do mnie dłoń, przy okazji odsuwając się lekko i strzepując na mnie wodę z całego parasola. Zaklnęłam głośno, gdy poczułam, jak spływa mi aż na plecy.
– Przepraszam! – krzyknął i wolną ręką pogłaskał mnie po głowie, ulizując mi włosy jeszcze bardziej.
Cofnął dłoń, gdy tylko zobaczył mój wzrok.
– Jeśli chciałeś się przedstawić, mogłeś to zrobić bez chlapania mnie. – przysunęłam się do niego, chroniąc się przed deszczem. – Mam na imię Lizawieta.
By złapać kontakt wzrokowy musiałam podnieść głowę, gdyż chłopak należał do wysokich ludzi. Mnie los niestety nie obdarzył czymś więcej niż niecałym metrem sześćdziesiąt. Tymczasem blondyn patrzył w kamienicę niedaleko przejścia dla pieszych, gdyż nie pokonaliśmy zbyt dużo drogi i nagle zwrócił się do mnie:
– Dlaczego nie pojechałaś autobusem?
Michael? :3
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Walter Rosenthal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Walter Rosenthal. Pokaż wszystkie posty
sobota, 1 września 2018
niedziela, 24 czerwca 2018
Od Delli CD Michaela
- Cześć- odchrząknęłam niezręcznie, spoglądając, niczym na potęcjalnego wroga, spode łba- też mam się przedstawić? Choć sądząc po tym, że się tu znajdujesz, wiesz jak się nazywam.
Przystąpiłam z nogi na nogę i jakby grzecznościowo, choć z przymusu rozchyliłam drzwi szerzej, nie dając przybyszowi wyboru, musiał wejść, choćby równie grzecznościowo jak ja. Zawiodłam się też na Edzie, który wbrew dwuletniemu szkoleniu "Atakuj nieznajomego" schował w koc i najwyraźniej zasnął. Nie został nawet zauważony przez Michaela.
Niestety (lub dla mnie stety) nie fatygowałam się z ugoszczeniem rówieśnika. Po prostu staliśmy pod drzwiami wejściowymi, co chyba uważałam za korzyste, był to bowiem jednoznaczy sygnał "idź sobie", choć nie byłam pewna czy tego chcę. Miał coś w sobie, coś wkurzającego w tym swoim optymistycznym i energicznym sposobie bycia. Aura jaką się otaczał nie odpowiadała mojej. Moja była głęboka, mroczna i taka... Mraśna. A jego była taka kolorowa, wesoła, taka mdląca niczym po przedawkowaniu słodyczy. Jednak ta mdląca aura również przypominała owoce. Orzeźwiający sorbet i mdlące cukierki... Ach ta moja wyobraźnia.
- Ed, leniuchu, atakuj- powiedziałam pod nosem, oczywiście nie łudziłam się, że wierny i posłuszny kot wykona polecenie, a mój kolega z klasy, który był bardziej zafrapowany nową lokacją, jaką był mój cudowny pokój, tego nie usłyszał. Co do ciekawych miejsc- powiedziałam głośniej, a blondyn przeniósł wzrok na mnie- jedynym miejscem jakie odwiedziłam była bliblioteka, zaskakujący jest tam zbiór kryminałów, a raczej jego brak, nie zupełny, ale jednak brak. Jestem też ciekawa drugiej części biblioteki na piętrze.
Michael zaśmiał się, co może uznałabym za urazę gdyby nie melodia, odbiór śmiechu. Nie był to bowiem śmiech szydzący, bluźnierczy lub złośliwy. Nie odbierałam w nim żadnej negatywnej nuty. Zadałam też sobie pytanie, dlaczego najpierw bibliotekarka śledziła mnie morderczym spojrzeniem, gdy zbliżałam się do schodów, a teraz on, który śmieje się gdy wspominam o drugiej części biblioteki.
Dopiero po dobrych dziesięciu sekundach niezręcznej ciszy, zdałam sobie sprawę, że obydwoje chamsko świdrujemy się oczyma, jakbyśmy wzrokiem próbowali poznać duszę i myśli rozmówcy.
- No... Do wyższego poziomu nie ma wstępu- chłopak przerwał wreszcie irytujące milczenie, po czym przypomniał sobie w jakiej właściwie sprawie tutaj przyszedł- Mam dla ciebie dokumenty do wypełnienia.
- Na kiedy ta wykreślanka?- spytałam unosząc brew. W duchu śmiałam się z wybornego żartu, jakim było nazwanie dokumentu wykreślanką. "Del jakaś ty głupia" krzyczałam w myślach.
Chyba dałam się zdradzić, ponieważ Michael też się zaśmiał, choć miałam problem z potwierdzeniem szczerości śmiechu, był raczej grzecznościowy, chyba mój żart był nad wyraz kiepski.
- Z chęcią pokażę ci szkołę. Wszystkie miejscówki i te sprawy- podrapał się po karku szczerząc zęby- tyle, że może nie starczyć czasu. Lekcje jeszcze mam. Ty o ile się nie mylę zaczynasz od jutra.
- Jeżeli będziesz chciał mi ją pokazać później, to po prostu przyjdź po szkole, a teraz wybacz, ale muszę... Emm... Wyprać firanki.- powiedziałam po czym wypchałam go za drzwi i zatrzasnęłam je ze strachem karcąc się w duchu.
W tym momencie krzyknęłam.
- Del. Ty debilu jeden! Ty i ludzie?! Kiepski żart, zaraz postanowisz się z nimi bratać albo coś. Poza tym... Co ci odwaliło z jakimś chodzeniem po szkole? Jeszcze z jakimś typem?! Jakbyś nie trafiła sama do klasy!- rzuciłam się jak kłoda na łóżko i krzyknęłam w poduszkę. Po chwili zamarłam. Zza drzwi dobiegł zduszony chichot. Zaczerwieniłam się i krzyknęłam, tym razem w duchu, przeklinając siebie niemiłosiernie.
- Miło było poznać, do zobaczenia!- krzyknął jeszcze przez drzwi i odszedł.
Przystąpiłam z nogi na nogę i jakby grzecznościowo, choć z przymusu rozchyliłam drzwi szerzej, nie dając przybyszowi wyboru, musiał wejść, choćby równie grzecznościowo jak ja. Zawiodłam się też na Edzie, który wbrew dwuletniemu szkoleniu "Atakuj nieznajomego" schował w koc i najwyraźniej zasnął. Nie został nawet zauważony przez Michaela.
Niestety (lub dla mnie stety) nie fatygowałam się z ugoszczeniem rówieśnika. Po prostu staliśmy pod drzwiami wejściowymi, co chyba uważałam za korzyste, był to bowiem jednoznaczy sygnał "idź sobie", choć nie byłam pewna czy tego chcę. Miał coś w sobie, coś wkurzającego w tym swoim optymistycznym i energicznym sposobie bycia. Aura jaką się otaczał nie odpowiadała mojej. Moja była głęboka, mroczna i taka... Mraśna. A jego była taka kolorowa, wesoła, taka mdląca niczym po przedawkowaniu słodyczy. Jednak ta mdląca aura również przypominała owoce. Orzeźwiający sorbet i mdlące cukierki... Ach ta moja wyobraźnia.
- Ed, leniuchu, atakuj- powiedziałam pod nosem, oczywiście nie łudziłam się, że wierny i posłuszny kot wykona polecenie, a mój kolega z klasy, który był bardziej zafrapowany nową lokacją, jaką był mój cudowny pokój, tego nie usłyszał. Co do ciekawych miejsc- powiedziałam głośniej, a blondyn przeniósł wzrok na mnie- jedynym miejscem jakie odwiedziłam była bliblioteka, zaskakujący jest tam zbiór kryminałów, a raczej jego brak, nie zupełny, ale jednak brak. Jestem też ciekawa drugiej części biblioteki na piętrze.
Michael zaśmiał się, co może uznałabym za urazę gdyby nie melodia, odbiór śmiechu. Nie był to bowiem śmiech szydzący, bluźnierczy lub złośliwy. Nie odbierałam w nim żadnej negatywnej nuty. Zadałam też sobie pytanie, dlaczego najpierw bibliotekarka śledziła mnie morderczym spojrzeniem, gdy zbliżałam się do schodów, a teraz on, który śmieje się gdy wspominam o drugiej części biblioteki.
Dopiero po dobrych dziesięciu sekundach niezręcznej ciszy, zdałam sobie sprawę, że obydwoje chamsko świdrujemy się oczyma, jakbyśmy wzrokiem próbowali poznać duszę i myśli rozmówcy.
- No... Do wyższego poziomu nie ma wstępu- chłopak przerwał wreszcie irytujące milczenie, po czym przypomniał sobie w jakiej właściwie sprawie tutaj przyszedł- Mam dla ciebie dokumenty do wypełnienia.
- Na kiedy ta wykreślanka?- spytałam unosząc brew. W duchu śmiałam się z wybornego żartu, jakim było nazwanie dokumentu wykreślanką. "Del jakaś ty głupia" krzyczałam w myślach.
Chyba dałam się zdradzić, ponieważ Michael też się zaśmiał, choć miałam problem z potwierdzeniem szczerości śmiechu, był raczej grzecznościowy, chyba mój żart był nad wyraz kiepski.
- Z chęcią pokażę ci szkołę. Wszystkie miejscówki i te sprawy- podrapał się po karku szczerząc zęby- tyle, że może nie starczyć czasu. Lekcje jeszcze mam. Ty o ile się nie mylę zaczynasz od jutra.
- Jeżeli będziesz chciał mi ją pokazać później, to po prostu przyjdź po szkole, a teraz wybacz, ale muszę... Emm... Wyprać firanki.- powiedziałam po czym wypchałam go za drzwi i zatrzasnęłam je ze strachem karcąc się w duchu.
W tym momencie krzyknęłam.
- Del. Ty debilu jeden! Ty i ludzie?! Kiepski żart, zaraz postanowisz się z nimi bratać albo coś. Poza tym... Co ci odwaliło z jakimś chodzeniem po szkole? Jeszcze z jakimś typem?! Jakbyś nie trafiła sama do klasy!- rzuciłam się jak kłoda na łóżko i krzyknęłam w poduszkę. Po chwili zamarłam. Zza drzwi dobiegł zduszony chichot. Zaczerwieniłam się i krzyknęłam, tym razem w duchu, przeklinając siebie niemiłosiernie.
- Miło było poznać, do zobaczenia!- krzyknął jeszcze przez drzwi i odszedł.
wtorek, 19 czerwca 2018
Od Michaela CD Delii
Energicznym ruchem otworzyłem okno, wpuszczając do okna świeże, poranne powietrze, przesycone zapachem wilgotnej gleby i kwiatów - o tak, nie ma to jak nocne burze! Szczególnie po długim okresie, kiedy praktycznie nie dało się wyjść na zewnątrz z powodu wszechobecnej duchoty, teraz zatem, szczerze uradowany, wziąłem głęboki oddech, wychylając głowę na zewnątrz - pomachałem też do kilku rannych ptaszków, które dostrzegłem na ścieżce - kilka osób widocznie również postanowiło wykorzystać dzisiejszą pogodę, z tym że w dużo bardziej aktywny sposób. Ja natomiast po prostu ostrożnie usiadłem na parapecie, podkurczając nogi, by je zmieścić, po czym ostrożnie umieściłem szkicownik na kolanach i zacząłem skrobać ołówkiem po kartce, oddając kępkę kwiatów rosnących pod młodą wisienką - choć miałem do nich kilka bitych metrów, dobrze widziałem i płatki, i skrzące się wesoło w porannym słońcu skapujące po nich krople porannego słońca. Lekko pochylone w dół trawa o niemal szmaragdowej barwie, czyste, błękitne niebo, śpiew ptaków- czego chcieć więcej?
- Zgaś to światło, padalcu - usłyszałem nagle burknięcie dobiegające spod dotąd dużo cichszego kłębku pościeli.
- Nie ma opcji!- odparłem, prostując się nieco, by znaleźć wygodne oparcie dla pleców. - Za szkoda marnować tak piękny poranek!
- Żebym ja tu zaraz ciebie nie zmarnował...
- Luz, facet, i tak już musisz wstawać, zaraz lecimy na śniadanie!
- Toż to blady świt...
- Dziewiąta rano, kochany braciszku, dziewiąta, wschód był kilka godzin temu - zaśmiałem się, dorysowując liście.
- Ja się tak nie bawię - jęknął.
- E tam, i tak już jesteś dość rozbudzony, nie? - zeskoczyłem z parapetu, po drodze zahaczając nogą o zapakowany plecak, z którego wypadło kilka książek. Klnąc pod nosem, ukucnąłem i pozbierałem je, nalałem Immi wody i wrzuciłem trochę karmy, zerkając przy okazji na kotkę, która nadal siedziała w kącie, z dezaprobatą spoglądając na naszą hałasującą dwójkę.
- Nie... - Czesiek mimo wszystko wolno wysunął nogę z kołdry i ostrożnie dotknął bosą stopą podłogi,jakby sprawdzał, czy aby nie parzy.
- Dobra, to ty się ogarniaj w swoim tempie, ja lecę jeszcze załatwić parę rzeczy do miłośników, bo chciałbym ostatecznie ogarnąć, jak z tym konkursem, bo coś mi Lind mówiła, że jakieś problemy ze zgłoszeniami i wypadałoby ogarnąć papierki, powiedziała, że pomoże, a teraz ma chwilę
- Luz, leć, pędź czy coś, się nie wywal tylko.
- No pa, się nie spóźnij tylko!
Wybiegłem na korytarz, szybko pokonując drogę do pokoju klubowego, gdzie koleżanka już czekała, stukając palcami o swoje ramię okryte ciepłym swetrem w paski - nie mogłem się nadziwić, jak w nim wytrzymywała w taką temperaturę, nawet jeśli było dopiero rano.
Papierkowa robota poszła zaskakująco sprawnie - miałem jeszcze pięć minut do lekcji, więc spokojnym krokiem dotarłem pod salę angielskiego, przy okazji zahaczając o sekretariat, gdzie zostawiłem potrzebne dokumenty.
***
- Delia z 84, tak? - powtórzyłem po raz dziesiąty chyba, patrząc na Anę, która cierpliwie skinęła głową.
- Dokładnie, będzie chodzić do naszej klasy - wytłumaczyła - zaczyna od jutra, zapisała się też do Klubu Miłośników Sztuki, więc Lindsey prosiła, byś zajrzał do niej, bo podobno chciałaby jakąś deklarację członkostwa i przy okazji nauczyciele dorzucili jej kilka innych dokumentów.
- Okey, i mam jej po prostu je zanieść, tak?
- I wykazać się jako przewodniczący! Szkoła jest spora, też się gubiłam na początku.
- Pamiętam - pokiwałem głową, wracając pamięcią do początku naszej relacji. - Ale teraz trafisz wszędzie z zamkniętymi oczami, nie?
- No, aż tak to może nie, trochę bałabym się schodów - przyznała z uśmiechem godnym elfki.
- Oj tam, ja bym ci się dał prowadzić i przez przepaść - trąciłem ją lekko w ramię, po czym wstałem z ławki, zgarniając cienki plik kartek. - Dobra, to dzięki wielkie, będę już leciał!
- Pamiętasz wszystko?
- Po dziesięciu powtórzeniach nie ma mowy, żebym zapomniał. Delia, IIb, pokój 84 - ostatnie zdanie wyrecytowałem gładko.
- Tak, Delia Inaudita, pamiętaj.
- Troszkę się boję, że źle wypowiem nazwisko,ale zapamiętam, dziękuję. I do zobaczenia! - pomachałem koleżance, oddalając się w stronę żeńskiej części akademika - Ana chciała coś jeszcze załatwić w pokoju nauczycielskim.
***
Poszło dużo łatwiej, niż sądziłem - po zaledwie kilku chwilach byłem pod drzwiami z wyraźnymi, wypisanymi granatową farbą cyframi 84. Przez chwilę się wahałem, niepewny, jak dziewczyna zareaguje na niezapowiedzianą wizytę obcej osoby, ale zaraz zapukałem lekko trzy razy, cofając się o krok.
Po chwili drzwi z cichym skrzypnięciem ustąpiły, oświetlając nieco korytarz - nowa wychyliła głowę, spoglądając na mnie czujnie. Jej przeszywające spojrzenie niebieskich, wręcz błękitnych, oczu, zdawało się mnie dokładnie prześwietlać, zupełnie jak rentgen. Czarne, krótko ścięte włosy otaczały jej bladą twarz, osadzoną na łabędziej szyi. Uroda dziewczyny była dość... chłodna, zdawała się być osobą trzymającą dystans, ale z pewnością była ładna, wydawała się też sympatyczna.
- Hej - wyciągnąłem dłoń, którą Delia po chwili uścisnęła lekko. - Michael Walter Rosenthal z IIb, miło mi poznać! Generalnie to jesteśmy od dziś kolegami z klasy i klubu. Dołączyłaś do Miłośników Sztuki, mam rację? Ogółem to przychodzę z kilkoma dokumentami, ale to żadna specjalnie pilna sprawa, więc spokojnie. Przede wszystkim to jak się podoba w szkole? Poznałaś już kogoś, zwiedziłaś jakieś ciekawe miejsca?
< Delia? >
wtorek, 17 kwietnia 2018
Od Cher CD Michaela
Pytanie chłopaka przypomniało mi, że nie zabrałam żadnego okrycia wierzchniego. Poczułam gęsią skórkę na ramionach.
- Nie przeszkadza mi lekki chłód - odrzekłam z uśmiechem. Wskazałam ruchem głowy na płótno pod pachą Michaela - nad czym pracujesz?
- Sam jeszcze nie wiem. Ma to być rysunek o tematyce wiosennej.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem, bo wiem, że czasem ciężko jest złapać wenę. Chłopak rozejrzał się dookoła, przejeżdżając przy tym dłonią po jego rudych włosach.
- Chcesz się przejść? - zapytał.
- Jasne - wstałam z ławki i poprawiłam już trochę pomiętą koszulę.
Pozwoliłam Michaelowi wybrać trasę, gdyż nie znałam jeszcze okolicy. Spacer był przyjemny i mogłam nacieszyć się widokiem przeróżnych gatunków kwiatów, drzew i krzewów. W trakcie podziwiałam rozbudzającą się naturę. Widziałam jak mała wiewiórka, obgryzała orzech. Obserwowałam jak dwa motyle wirowały wokół siebie niczym w tańcu. Podleciała do nas pszczoła i przywitała swoim brzęczeniem.
- Pięknie tu - powiedziałam cicho.
- Też tak uważam - usłyszałam - ten park to idealne miejsce dla relaksu.
- Zapamiętam sobie - uśmiechnęłam się. Cieszę się, że akademię otacza taki piękny park. Uwielbiam przebywać wśród zieleni, traktuję ją jak moją małą świątynię. Co jakiś czas zerkałam na chłopaka. Z początku wydawał się być czymś przygnębiony, chociaż i tak dobrze to ukrywał, ale teraz biło od niego taką samą pozytywną energią co dzisiaj rano. Wyglądał, jakby w jego głowie błądził jakiś pomysł. W pewnym momencie zatrzymał się i otwartą dłonią wskazał obiekt przed nami.
Przed moimi oczami ukazało się majestatyczne drzewo. Było ogromne i stabilne.
- Wspinamy się? - spytałam.
- Na to pytanie czekałem - powiedział radośnie. Chłopak pomógł mi wspiąć się na pierwszą gałąź, po czym do mnie dołączył bez problemu, gdyż znacznie ułatwiał mu wzrost i siła jaką posiadał.
- Ćwiczysz coś? - spytałam z ciekawości. Wspinaczka nie wydawała się mu szczególnie trudna.
- Od czasu do czasu zagram w koszykówkę.
- Lubię sporty, ale akurat ten nie jest dla mnie stworzony. Jestem najzwyczajniej beznadziejna. Za to lubię pływać.
Weszliśmy wyżej i usiedliśmy na grubej, stabilnej gałęzi, aby odpocząć. Wciągnęłam powietrze i poczułam delikatny zapach kory i liści drzew. Stąd widziałam potężny gmach Akademii Green Heels.
<Michael?>
- Nie przeszkadza mi lekki chłód - odrzekłam z uśmiechem. Wskazałam ruchem głowy na płótno pod pachą Michaela - nad czym pracujesz?
- Sam jeszcze nie wiem. Ma to być rysunek o tematyce wiosennej.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem, bo wiem, że czasem ciężko jest złapać wenę. Chłopak rozejrzał się dookoła, przejeżdżając przy tym dłonią po jego rudych włosach.
- Chcesz się przejść? - zapytał.
- Jasne - wstałam z ławki i poprawiłam już trochę pomiętą koszulę.
Pozwoliłam Michaelowi wybrać trasę, gdyż nie znałam jeszcze okolicy. Spacer był przyjemny i mogłam nacieszyć się widokiem przeróżnych gatunków kwiatów, drzew i krzewów. W trakcie podziwiałam rozbudzającą się naturę. Widziałam jak mała wiewiórka, obgryzała orzech. Obserwowałam jak dwa motyle wirowały wokół siebie niczym w tańcu. Podleciała do nas pszczoła i przywitała swoim brzęczeniem.
- Pięknie tu - powiedziałam cicho.
- Też tak uważam - usłyszałam - ten park to idealne miejsce dla relaksu.
- Zapamiętam sobie - uśmiechnęłam się. Cieszę się, że akademię otacza taki piękny park. Uwielbiam przebywać wśród zieleni, traktuję ją jak moją małą świątynię. Co jakiś czas zerkałam na chłopaka. Z początku wydawał się być czymś przygnębiony, chociaż i tak dobrze to ukrywał, ale teraz biło od niego taką samą pozytywną energią co dzisiaj rano. Wyglądał, jakby w jego głowie błądził jakiś pomysł. W pewnym momencie zatrzymał się i otwartą dłonią wskazał obiekt przed nami.
Przed moimi oczami ukazało się majestatyczne drzewo. Było ogromne i stabilne.
- Wspinamy się? - spytałam.
- Na to pytanie czekałem - powiedział radośnie. Chłopak pomógł mi wspiąć się na pierwszą gałąź, po czym do mnie dołączył bez problemu, gdyż znacznie ułatwiał mu wzrost i siła jaką posiadał.
- Ćwiczysz coś? - spytałam z ciekawości. Wspinaczka nie wydawała się mu szczególnie trudna.
- Od czasu do czasu zagram w koszykówkę.
- Lubię sporty, ale akurat ten nie jest dla mnie stworzony. Jestem najzwyczajniej beznadziejna. Za to lubię pływać.
Weszliśmy wyżej i usiedliśmy na grubej, stabilnej gałęzi, aby odpocząć. Wciągnęłam powietrze i poczułam delikatny zapach kory i liści drzew. Stąd widziałam potężny gmach Akademii Green Heels.
<Michael?>
środa, 4 kwietnia 2018
Od Anastazji CD Michaela
- Oliver, co ty na to, żeby podzielić się po pół rachunkiem?
Michael spojrzał na mojego brata, który pośpiesznie przełknął ostatni kawałek pizzy i przetarł serwetką policzek ubrudzony sosem pomidorowym.
- Nawet się nie wygłupiaj. Pomogłeś mojej siostrze z tym pudłami, więc w zamian, to ja stawiam całą pizze.
- Oliver ma racje, naprawdę – wtrąciłam i uśmiechnęłam się do Michaela.
- Skoro tak stawiacie sprawę, chyba zostałem przegłosowany. Ale tak łatwo nie odpuszczę i następnym razem to ja zapraszam was na coś dobrego – odpowiedział i odwzajemnił mój uśmiech.
- Dobrze młodzieży, w takim razie ja pójdę zapłacić a wy poczekajcie na mnie obok samochodu.
Razem z Michaelem ruszyliśmy w stronę drzwi. Wychodząc, odwróciłam się i przewróciłam oczami widząc brata zmierzającego pewnym krokiem w stronę jasnowłosej kelnerki.
- Przepraszam cię za niego, nigdy nie przepuści nadarzającej się okazji. Szczególnie takiej o blond włosach.
- Nie przejmuj się. Powiem ci w tajemnicy, że jestem już przyzwyczajony do takich rzeczy, znało się mnóstwo osób.
- Na szczęście patrząc po tobie nie wszyscy chłopcy są tacy – odparłam, po czym odwróciłam wzrok. Jak zwykle musiałam palnąć coś nieodpowiedniego.
- Potraktuję to jako komplement - Michael zaśmiał się widząc moje zakłopotanie.
Odchrząknęłam, nerwowo ściskając pasek mojej torebki.
- A co się tu wyprawia? Tak to jest zostawić was na chwilę samych.
Aż podskoczyłam słysząc słowa brata.
- Tylko rozmawialiśmy – wydukałam i spojrzałam na Michaela który kiwnął twierdząco głową.
- Niech wam będzie. Przecież ja was nie zmuszę, jak nie chcecie mówić, to nie. Więc teraz kurs supermarket?
- Brat i Immi skróciliby mnie o głowę gdybym nie kupił im mleka, karmy i coli.
- No na to nie jestem w stanie im pozwolić, w takim razie komu w drogę, temu czas. Siadajcie.
Razem z Michaelem usiedliśmy na tyle. Oliver jak zwykle nie mógł opanować tego swojego jednoznacznego uśmieszku.
- Tak? A cóż to za karcące spojrzenie moja droga? – spytał, gdy nasze spojrzenia spotkały się w lusterku.
Natychmiast przesunęłam się w stronę drzwi i oparłam łokcie o szybę. Przez całą drogę siedziałam tak w milczeniu przysłuchując się rozmowom chłopców. Najpierw głównym tematem było prawo jazdy, a później muzyka. Jak zwykle skończyło się na koncercie solowym Olinka który wkręcił Michaela w samochodowe karaoke.
< Miś? Strasznie Cię przepraszam za moje tempo odpisywania i jakość opowiadania. Od jakiegoś czasu wena kompletnie odmawia posłuszeństwa. >
Michael spojrzał na mojego brata, który pośpiesznie przełknął ostatni kawałek pizzy i przetarł serwetką policzek ubrudzony sosem pomidorowym.
- Nawet się nie wygłupiaj. Pomogłeś mojej siostrze z tym pudłami, więc w zamian, to ja stawiam całą pizze.
- Oliver ma racje, naprawdę – wtrąciłam i uśmiechnęłam się do Michaela.
- Skoro tak stawiacie sprawę, chyba zostałem przegłosowany. Ale tak łatwo nie odpuszczę i następnym razem to ja zapraszam was na coś dobrego – odpowiedział i odwzajemnił mój uśmiech.
- Dobrze młodzieży, w takim razie ja pójdę zapłacić a wy poczekajcie na mnie obok samochodu.
Razem z Michaelem ruszyliśmy w stronę drzwi. Wychodząc, odwróciłam się i przewróciłam oczami widząc brata zmierzającego pewnym krokiem w stronę jasnowłosej kelnerki.
- Przepraszam cię za niego, nigdy nie przepuści nadarzającej się okazji. Szczególnie takiej o blond włosach.
- Nie przejmuj się. Powiem ci w tajemnicy, że jestem już przyzwyczajony do takich rzeczy, znało się mnóstwo osób.
- Na szczęście patrząc po tobie nie wszyscy chłopcy są tacy – odparłam, po czym odwróciłam wzrok. Jak zwykle musiałam palnąć coś nieodpowiedniego.
- Potraktuję to jako komplement - Michael zaśmiał się widząc moje zakłopotanie.
Odchrząknęłam, nerwowo ściskając pasek mojej torebki.
- A co się tu wyprawia? Tak to jest zostawić was na chwilę samych.
Aż podskoczyłam słysząc słowa brata.
- Tylko rozmawialiśmy – wydukałam i spojrzałam na Michaela który kiwnął twierdząco głową.
- Niech wam będzie. Przecież ja was nie zmuszę, jak nie chcecie mówić, to nie. Więc teraz kurs supermarket?
- Brat i Immi skróciliby mnie o głowę gdybym nie kupił im mleka, karmy i coli.
- No na to nie jestem w stanie im pozwolić, w takim razie komu w drogę, temu czas. Siadajcie.
Razem z Michaelem usiedliśmy na tyle. Oliver jak zwykle nie mógł opanować tego swojego jednoznacznego uśmieszku.
- Tak? A cóż to za karcące spojrzenie moja droga? – spytał, gdy nasze spojrzenia spotkały się w lusterku.
Natychmiast przesunęłam się w stronę drzwi i oparłam łokcie o szybę. Przez całą drogę siedziałam tak w milczeniu przysłuchując się rozmowom chłopców. Najpierw głównym tematem było prawo jazdy, a później muzyka. Jak zwykle skończyło się na koncercie solowym Olinka który wkręcił Michaela w samochodowe karaoke.
< Miś? Strasznie Cię przepraszam za moje tempo odpisywania i jakość opowiadania. Od jakiegoś czasu wena kompletnie odmawia posłuszeństwa. >
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
Od Michaela CD Cher
I pomyśleć, że to dopiero poniedziałek. Ludzie, sam początek, toż to sam początek!
Ze zrezygnowaniem oparłem głowę o chropowate, wciąż puste płótno. Zaraz po lekcjach dosłownie wpadłem do pokoju klubowego, rozstawiłem sztalugi tuż przed oknem, wybrałem farby - padło na akwarele - po czym usiadłem z mocnym postanowieniem ogarnięcia czegokolwiek na zbliżający się wielkimi krokami konkurs. "Wiosna w sercu i na wierzchu", na litość, kto wymyśla takie tytuły?
Westchnąłem przeciągle i bez przekonania machnąłem pędzlem w powietrzu. Terminy mnie goniły, a im więcej dni przemijało, tym szybciej moje chęci malały - jak kostki lodu w gorącej herbacie.
Na dobrą sprawę, co mógłbym namalować? Sad z kwitnącymi drzewami? Tylko co wtedy z tą wiosną w sercach? Dodać grupkę roześmianych dzieciaków? Na którymś pniu dorobić wyryte inicjały obrysowane koślawym sercem?
Nagle usłyszałem charakterystyczny dźwięk przychodzącej wiadomości. Wyjąłem telefon z kieszeni - pisał nie kto inny, jak Czesiek z pytaniem, gdzie się podziewam, bo Immi go molestuje wzrokiem. "Będę dzisiaj później", naskrobałem szybko. Po chwili namysłu dodałem też prośbę, żeby nakarmił kotkę, co spotkało się z serię bluzgów ze strony rudzielca.
- Cóż, może się nie pozabijają - mruknąłem, wyciszając telefon. Spojrzałem na puste płótno. - Tylko ja i ty, mój drogi. Zaczniemy współpracować?
Nie doczekałem się odpowiedzi - może to i lepiej. Z drugiej strony, nie czułem żadnej więzi z przyszłym obrazem, co było zdecydowanie złym znakiem. Jak tak dalej pójdzie, to nawet jeśli coś namaluję, będę mógł użyć tego co najwyżej jako zastępstwo deski snowboardowej w ekstremalnych warunkach. Pracy nie zrobię zdecydowanie.
Wymamrotałem pod nosem parę niecenzuralnych obelg pod adresem terminów, po czym sprzątnąłem wszystko i ruszyłem w stronę pokoju. Czesiek siedział na łóżku z nosem w książce, choć, rzecz jasna, telefon leżał w zasięgu jego ręki. Gdy tylko zapikał, rudzielec od razu przylepił się do ekranu, szybko stukając jakąś wiadomość. Minęła dobra chwila, nim mnie zauważył.
- Siema, kurduplu - machnąłem mu ręką. - Ja tylko na chwilę, zaraz uciekam.
Pogłaskałem Immi, i nachyliłem się nad miseczkami - puste. Westchnąłem ze zrezygnowaniem, patrząc spod przymrużonych powiek na rudzielca i wsypałem trochę karmy oraz dolałem mleka. Zabrałem też szybko szkicownik. Może na zewnątrz prędzej coś ustrzelę, trochę świeżego powietrza dobrze mi zrobi - a już na pewno nie zaszkodzi.
- Zabrałbyś tego kota - burknął Czech - patrzy się na mnie!
Normalnie tego typu komentarz - powtarzający się wszak dość często - zbyłbym pewnie uśmiechem, może jakimś złośliwym docinkiem. Dzisiaj mnie jednak wyjątkowo zirytował - Immi siedziała sobie spokojnie na parapecie i obserwowała uważnie ptaki na gałęzi bezlistnej wiśni i miała nas obu w poważaniu.
- Będziesz musiał sobie jakoś poradzić, bardzo mi przykro - warknąłem, powstrzymując się z całych sił, by nie wygarnąć czegoś więcej. Zamiast tego, wsadziłem sobie szkicownik pod pachę, a ołówki poupychałem po kieszeniach.
Szybko wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi - o ile nie podeszło to już pod trzaśnięcie. Skierowałem się na zewnątrz, po kilku krokach jednak mocno zaswędział mnie nos - kiedy jednak uniosłem dłoń, by dokładnie podrapać skórę, na jej wewnętrznej stronie dostrzegłem ślady czarnego tuszu. Przez chwilę myślałem, że musiałem pobrudzić się farbą, jednak smugi układały się w nic innego, jak ciąg liczb.
No tak. Stołówka. Schabowy. Cher. Tak, teraz już pamiętam. Właściwie to... czemu nie? Przy kimś zawsze łatwiej o wenę, a dziewczyna miała naprawdę sympatyczną aurę, trochę jak Mariś - na samą myśl o młodszej siostrzyce opuściły mnie nerwy, nadal jednak nie miałem zbytniej ochoty wracać do pokoju. Zamiast tego, wyjąłem telefon i wystukałem SMSa do nowej znajomej z pytaniem, czy jest wolna. Odpowiedź przyszła zaskakująco szybka - była, a i owszem, w chwili obecnej siedziała sobie w parku. Gdy zapytałem, czy mogę dołączyć, też się zgodziła, tam zatem się też udałem.
Znalazłem ją szybko - o tej porze większość uczniów siedziała nad lekcjami albo w pracy, tym bardziej, że na zewnątrz nadal nie było zbyt ciepło.
- I jak tam? - zagadałem, podchodząc. - Męczący dzień? Nie za zimno ci aby?
Ze zrezygnowaniem oparłem głowę o chropowate, wciąż puste płótno. Zaraz po lekcjach dosłownie wpadłem do pokoju klubowego, rozstawiłem sztalugi tuż przed oknem, wybrałem farby - padło na akwarele - po czym usiadłem z mocnym postanowieniem ogarnięcia czegokolwiek na zbliżający się wielkimi krokami konkurs. "Wiosna w sercu i na wierzchu", na litość, kto wymyśla takie tytuły?
Westchnąłem przeciągle i bez przekonania machnąłem pędzlem w powietrzu. Terminy mnie goniły, a im więcej dni przemijało, tym szybciej moje chęci malały - jak kostki lodu w gorącej herbacie.
Na dobrą sprawę, co mógłbym namalować? Sad z kwitnącymi drzewami? Tylko co wtedy z tą wiosną w sercach? Dodać grupkę roześmianych dzieciaków? Na którymś pniu dorobić wyryte inicjały obrysowane koślawym sercem?
Nagle usłyszałem charakterystyczny dźwięk przychodzącej wiadomości. Wyjąłem telefon z kieszeni - pisał nie kto inny, jak Czesiek z pytaniem, gdzie się podziewam, bo Immi go molestuje wzrokiem. "Będę dzisiaj później", naskrobałem szybko. Po chwili namysłu dodałem też prośbę, żeby nakarmił kotkę, co spotkało się z serię bluzgów ze strony rudzielca.
- Cóż, może się nie pozabijają - mruknąłem, wyciszając telefon. Spojrzałem na puste płótno. - Tylko ja i ty, mój drogi. Zaczniemy współpracować?
Nie doczekałem się odpowiedzi - może to i lepiej. Z drugiej strony, nie czułem żadnej więzi z przyszłym obrazem, co było zdecydowanie złym znakiem. Jak tak dalej pójdzie, to nawet jeśli coś namaluję, będę mógł użyć tego co najwyżej jako zastępstwo deski snowboardowej w ekstremalnych warunkach. Pracy nie zrobię zdecydowanie.
Wymamrotałem pod nosem parę niecenzuralnych obelg pod adresem terminów, po czym sprzątnąłem wszystko i ruszyłem w stronę pokoju. Czesiek siedział na łóżku z nosem w książce, choć, rzecz jasna, telefon leżał w zasięgu jego ręki. Gdy tylko zapikał, rudzielec od razu przylepił się do ekranu, szybko stukając jakąś wiadomość. Minęła dobra chwila, nim mnie zauważył.
- Siema, kurduplu - machnąłem mu ręką. - Ja tylko na chwilę, zaraz uciekam.
Pogłaskałem Immi, i nachyliłem się nad miseczkami - puste. Westchnąłem ze zrezygnowaniem, patrząc spod przymrużonych powiek na rudzielca i wsypałem trochę karmy oraz dolałem mleka. Zabrałem też szybko szkicownik. Może na zewnątrz prędzej coś ustrzelę, trochę świeżego powietrza dobrze mi zrobi - a już na pewno nie zaszkodzi.
- Zabrałbyś tego kota - burknął Czech - patrzy się na mnie!
Normalnie tego typu komentarz - powtarzający się wszak dość często - zbyłbym pewnie uśmiechem, może jakimś złośliwym docinkiem. Dzisiaj mnie jednak wyjątkowo zirytował - Immi siedziała sobie spokojnie na parapecie i obserwowała uważnie ptaki na gałęzi bezlistnej wiśni i miała nas obu w poważaniu.
- Będziesz musiał sobie jakoś poradzić, bardzo mi przykro - warknąłem, powstrzymując się z całych sił, by nie wygarnąć czegoś więcej. Zamiast tego, wsadziłem sobie szkicownik pod pachę, a ołówki poupychałem po kieszeniach.
Szybko wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi - o ile nie podeszło to już pod trzaśnięcie. Skierowałem się na zewnątrz, po kilku krokach jednak mocno zaswędział mnie nos - kiedy jednak uniosłem dłoń, by dokładnie podrapać skórę, na jej wewnętrznej stronie dostrzegłem ślady czarnego tuszu. Przez chwilę myślałem, że musiałem pobrudzić się farbą, jednak smugi układały się w nic innego, jak ciąg liczb.
No tak. Stołówka. Schabowy. Cher. Tak, teraz już pamiętam. Właściwie to... czemu nie? Przy kimś zawsze łatwiej o wenę, a dziewczyna miała naprawdę sympatyczną aurę, trochę jak Mariś - na samą myśl o młodszej siostrzyce opuściły mnie nerwy, nadal jednak nie miałem zbytniej ochoty wracać do pokoju. Zamiast tego, wyjąłem telefon i wystukałem SMSa do nowej znajomej z pytaniem, czy jest wolna. Odpowiedź przyszła zaskakująco szybka - była, a i owszem, w chwili obecnej siedziała sobie w parku. Gdy zapytałem, czy mogę dołączyć, też się zgodziła, tam zatem się też udałem.
Znalazłem ją szybko - o tej porze większość uczniów siedziała nad lekcjami albo w pracy, tym bardziej, że na zewnątrz nadal nie było zbyt ciepło.
- I jak tam? - zagadałem, podchodząc. - Męczący dzień? Nie za zimno ci aby?
< Cher? Przepraszam, że dopiero odpisuję >
sobota, 17 marca 2018
OD Czeslava CD Michaela
- A co ty na to, by zrobić sobie męski wieczorek w pokoju? - wyszczerzyłem się i chrząknąłem - Przepraszam, zapomniałem... męski i pół wieczorek
- Czy ty mi coś insynuujesz sznyclu? - uniósł brwi wysoko
- Może - wytknąłem język i zeskoczyłem z łóżka - pragnę Ci przypomnieć, że to ty latasz w sukienkach, nie ja..
- Ja Ci dam w sukienkach! -warknął - Ile razy mam Ci powtarzać, że to jest fartuch, żebym się nie ubrudził podczas malowania?!
- Tak tak, tłumacz się - zaśmiałem się - Przynajmniej masz w nim zgrabne nóżki
- Ches... no nie podejrzewałbym Cię o takie stwierdzenia - wyczułem konspiracyjny ton w jego głosie
Odwróciłem się i spojrzałem wprost w te ślepia przepełnione wrednością. A więc to tak...
- Cóż, ja tylko powtarzam słowa zasłyszane od jednego jegomości - uśmiechnąłem się - Baaaaaardzo chciał dostać Twój numer.
- Nie zrobiłeś tego... - zmrużył oczy
- Może - uśmiechnąłem się niewinnie i odwróciłem z powrotem do lodówki
- Nie śmiałbyś...
- Dlaczego niby? Do dziewczyn Cię w ogóle nie ciągnie, to pora, abym ja wziął sprawy w swoje ręce i znalazł sobie bratową, albo bratowego... W sumie fajny bratowy nie byłby taki zły. Wiesz, można by pogadać z nim na męskie tematy, nie latałby co pięć minut do kibla, po wypiciu piwa, nie jęczałby, że to jakieś tam ciuchy za drogie... Bratowy to nie byłby taki zły pomysł.
- Czy ty słyszysz sam siebie?
- Bro, ja się tutaj o Ciebie troszczę - powiedziałem schylając się do zamrażalki i wyciągając kostki lodu - Nie może być tak, że zostanie ,,Misiek - stary panicz z kotem'' błagam Cię, miej ty szacunek do samego siebie. Psa byś chociaż wziął.
- Może od razu myszki co? - warknął - To jest dopiero męskie zwierzątko
- Wiesz myszki to jego najlepszy możliwy okaz męskości - zacząłem - Są odpowiedniej długości, grubości i ruchliwości. Większość lasek piszczy na ich widok, dzięki czemu wiesz jakich ciotek unikać. Gdy znajdziesz już taką, która nie będzie się bać takiego ,,potwora'' to po prostu dajesz jej mysz do ręki i patrzysz jak się z nią obchodzi... w końcu, tu chodzi o twój interes, czyż nie? Po za tym, jeśli twoja mysz ją polubi, to i ON też będzie jej przychylny... myszki wiedzą, które łapki robią dobrze
- Powtórzę... Czy ty słyszysz sam siebie? - w jego głosie dało się słychać kompletne zrezygnowanie
- Ja Ci tylko sprzedaję patent na życie - wzruszyłem ramionami
- A ten - znowu wyszczerz w głosie - jak Norka i myszki?
Zastygłem w połowie czynności wrzucania lodu do szklanek. Odwróciłem powoli samą głowę i mój wzrok spotkał się z perfidnym niemieckim lenniaczem. Uśmiechnąłem się lekko
- Nitro i Pax ją uwielbiają
- Hehehehehe
- Ty już sobie zbyt wiele nie wyobrażaj - spoważniałem i spojrzałem na niego spod przymrużonych powiek - Dla twojej informacji, ja przynajmniej mam kontakt z dziewczynami... ludzkimi dziewczynami!
- Tak jaaaaasne
- Ja nie będę z Tobą dyskutował - wrzuciłem lód do szklanek i zalałem trunkiem. Wziąłem przygotowane napoje i podszedłem do Miśka - Masz i się udław
- Nawzajem - uśmiechnął się - I co będziemy tak siedzieć w ciszy i chlać?
- To nie jest taki zły pomysł - pokiwałem głową - dorzuciłbym jeszcze wyrzucenie tej paskudy za drzwi - spojrzałem na Miśka - a Immi można zamknąć w łazience.
- JA CI DAM PASKUDY - zamachnął się ręką na mnie, ale uniknąłem ciosu przesuwając się na drugi koniec łóżka i rechocząc pod nosem
- Już się tak nie denerwuj - rzuciłem w niego pilotem - Weź lepiej odpal pudło i zobacz, czy nie lecą jakieś ciekawe filmy... może kabarety uda Ci się znaleźć.
Michael?
poniedziałek, 12 marca 2018
Od Michaela CD Sun
Mało kto z rana świergotał w naszym pokoju - ba, pewnie i w całym akademiku - tak bardzo, jak rozklekotany budzik, przywieziony z domu w Niemczech - prezent na Gwiazdkę od Mariś z uroczym motywem żółwika. Biedny, przez dwa lata jego skorupa mocno ucierpiała - każdy poranek, jaki z nim zaczynałem, zaczynał się mniej więcej tak samo, czyli od walenia w niego dłonią w poszukiwaniu wyłącznika.
Tak było i dzisiaj. Gdy tylko charakterystyczna melodyjka wyrwała moją podświadomość z kociej krainy Morfeusza, pierwszym, co zrobiłem, było zmacanie biurka w poszukiwaniu budzika. Z wciąż wtuloną twarzą w poduszkę, przeszukiwałem kolejne kawałki powierzchni, aż w końcu usłyszałem, jak coś spada - wydając przy tym jednak zupełnie inny dźwięk, niż Pan Żółwik. Ten dla odmiany był taki...dźwięczny.
Szklanka.
Ta myśl mnie właśnie rozbudziła - podniosłem głowę i skierowałem wzrok na podłogę w celu ocenienia szkód - na całe szczęście, nic się nie zbiło, szklanka turlała się tylko lekko w tę i z powrotem, jakby z pełnym wyrzutu chrobotem. Wody w niej już prawie nie było, musiałem wypić w nocy, czego jednak nie pamiętałem.
Hałas najwyraźniej musiał obudzić też, o dziwo, Cześka. Dopiero widząc, jak przyjaciel niemrawo zaczyna ruszać się w pościeli, odstawiłem na miejsce szklankę i wyłączyłem budzik. Rudzielec parę razy jeszcze pokiwał nieprzytomnie głową, pomruczał coś pod nosem i znowu walnął czołem o poduszkę. Immi za to, w pełni rozbudzona, patrzyła na mnie czujnie i wyczekująco, z nutą nagany. Spojrzałem na zegarek - całe czterdzieści minut. Można się podnosić, zanim dobudzę tego Czecha, minie sporo czasu.
Zwlokłem się z łóżka, obejmując ostatnim tęsknym spojrzeniem wygrzaną, rzuconą byle jak pościel. Poprawiłem szybko kołdrę, i kucnąłem, by nalać kotce świeżej wody i nasypać do drugiej miski trochę karmy.
- Smacznego, królewno - pogłaskałem ją po białym łebku, po czym wyprostowałem nogi, by obudzić wciąż śpiącego w najlepsze przyjaciela. Potrząsnąłem jego ramieniem.
- Słoneczko wstało, szkoła czeka, drogi Cześku!
***
- Ufffff - rudzielec wziął głęboki oddech, opierając się dłonią o drzwi klasy matematycznej. - Pierwszy, niemiecka pało!
- Bo ty łatwiej wymijasz ich wszystkich - jęknąłem, siadając na ławce. - Poza tym, od kiedy niby to były wyścigi?
- Od kiedy dobiegłem pierwszy - wyszczerzył się.
- Następnym razem sam się budź,wtedy zobaczymy, kto będzie pierwszy - burknąłem, patrząc na wyświetlacz telefonu. Mieliśmy więcej czasu, niż sądziłem, całe dwie minuty. Wyjąłem podręcznik i zacząłem taksować wzrokiem dział, ale po kilku sekundach wcisnąłem książkę z powrotem do plecaka i wstałem.
- Czuję się coraz bardziej jak humanista z całej duszy - mruknąłem - a na piękny początek dnia dwie rozszerzone matmy.
- Och, nie marudź- Czesiek szturchnął mnie łokciem. - Zawsze mogło być coś gorszego. jak FRANCUSKI.
Ostatnie słowo podkreślił aż nazbyt dobitnie. Nim jednak zdążyłem mu odpowiedzieć, podeszła do nas dziewczyna, której na pierwszy rzut oka nie skojarzyłem. Sun. Poznałem po charakterystycznych oczach. I, hmm,paru innych rzeczach.
- Cześć - przywitała się, nieco zdyszana.
- Hejo - skinąłem głową.
- Nowa? - Czesiek wyszczerzył się od ucha do ucha.
- O właśnie. Czesiek, to jest Sun. Sun... mmm, Xiao?
- Xing, Xiao to pies.
- O to to - wyciągnąłem palec, jakby rysując w powietrzu niewidzialnego ptaszka. - A Sun, to jest Czeisek, Czeslav Nesladek, Młody, Ches, co tam wpadnie, antykotowiec jeden. Właśnie, gdzie psiaki swoje zgubiłaś?
Tak było i dzisiaj. Gdy tylko charakterystyczna melodyjka wyrwała moją podświadomość z kociej krainy Morfeusza, pierwszym, co zrobiłem, było zmacanie biurka w poszukiwaniu budzika. Z wciąż wtuloną twarzą w poduszkę, przeszukiwałem kolejne kawałki powierzchni, aż w końcu usłyszałem, jak coś spada - wydając przy tym jednak zupełnie inny dźwięk, niż Pan Żółwik. Ten dla odmiany był taki...dźwięczny.
Szklanka.
Ta myśl mnie właśnie rozbudziła - podniosłem głowę i skierowałem wzrok na podłogę w celu ocenienia szkód - na całe szczęście, nic się nie zbiło, szklanka turlała się tylko lekko w tę i z powrotem, jakby z pełnym wyrzutu chrobotem. Wody w niej już prawie nie było, musiałem wypić w nocy, czego jednak nie pamiętałem.
Hałas najwyraźniej musiał obudzić też, o dziwo, Cześka. Dopiero widząc, jak przyjaciel niemrawo zaczyna ruszać się w pościeli, odstawiłem na miejsce szklankę i wyłączyłem budzik. Rudzielec parę razy jeszcze pokiwał nieprzytomnie głową, pomruczał coś pod nosem i znowu walnął czołem o poduszkę. Immi za to, w pełni rozbudzona, patrzyła na mnie czujnie i wyczekująco, z nutą nagany. Spojrzałem na zegarek - całe czterdzieści minut. Można się podnosić, zanim dobudzę tego Czecha, minie sporo czasu.
Zwlokłem się z łóżka, obejmując ostatnim tęsknym spojrzeniem wygrzaną, rzuconą byle jak pościel. Poprawiłem szybko kołdrę, i kucnąłem, by nalać kotce świeżej wody i nasypać do drugiej miski trochę karmy.
- Smacznego, królewno - pogłaskałem ją po białym łebku, po czym wyprostowałem nogi, by obudzić wciąż śpiącego w najlepsze przyjaciela. Potrząsnąłem jego ramieniem.
- Słoneczko wstało, szkoła czeka, drogi Cześku!
***
- Ufffff - rudzielec wziął głęboki oddech, opierając się dłonią o drzwi klasy matematycznej. - Pierwszy, niemiecka pało!
- Bo ty łatwiej wymijasz ich wszystkich - jęknąłem, siadając na ławce. - Poza tym, od kiedy niby to były wyścigi?
- Od kiedy dobiegłem pierwszy - wyszczerzył się.
- Następnym razem sam się budź,wtedy zobaczymy, kto będzie pierwszy - burknąłem, patrząc na wyświetlacz telefonu. Mieliśmy więcej czasu, niż sądziłem, całe dwie minuty. Wyjąłem podręcznik i zacząłem taksować wzrokiem dział, ale po kilku sekundach wcisnąłem książkę z powrotem do plecaka i wstałem.
- Czuję się coraz bardziej jak humanista z całej duszy - mruknąłem - a na piękny początek dnia dwie rozszerzone matmy.
- Och, nie marudź- Czesiek szturchnął mnie łokciem. - Zawsze mogło być coś gorszego. jak FRANCUSKI.
Ostatnie słowo podkreślił aż nazbyt dobitnie. Nim jednak zdążyłem mu odpowiedzieć, podeszła do nas dziewczyna, której na pierwszy rzut oka nie skojarzyłem. Sun. Poznałem po charakterystycznych oczach. I, hmm,paru innych rzeczach.
- Cześć - przywitała się, nieco zdyszana.
- Hejo - skinąłem głową.
- Nowa? - Czesiek wyszczerzył się od ucha do ucha.
- O właśnie. Czesiek, to jest Sun. Sun... mmm, Xiao?
- Xing, Xiao to pies.
- O to to - wyciągnąłem palec, jakby rysując w powietrzu niewidzialnego ptaszka. - A Sun, to jest Czeisek, Czeslav Nesladek, Młody, Ches, co tam wpadnie, antykotowiec jeden. Właśnie, gdzie psiaki swoje zgubiłaś?
<Sun? >
poniedziałek, 5 marca 2018
Od Cher CD Michaela
- Jestem Cher Myrtille - uśmiechnęłam się, - chodzę do klasy drugiej a. Jeszcze nie miałam okazji z nikim pogadać, bo wszyscy wydawali się bardzo zajęci.
Gdy ja opowiadałam o sobie Michael zajadał się szkolnym obiadem. Kto by się spodziewał, że można jeść z taką prędkością? Ledwo co doszłam do połowy swojego posiłku, przed chłopakiem spoczywał już pusty talerz.
- Niewiarygodnie szybko jesz - powiedziałam zaskoczona, na co parsknął śmiechem. Kiedy już skończyłam jeść, wstaliśmy od stołu i odnieśliśmy tace. Michael był na tyle miły, że odprowadził mnie pod samą klasę, w której miałam mieć matematykę.
- Tu masz teraz zajęcia? - spytał, gdy staliśmy pod drzwiami sali.
- Tak, dziękuję, że mnie odprowadziłeś - posłałam mu uśmiech, który odwzajemnił.
- To ja się będę zbierać, bo zaraz mam biologię.
Do głowy przyszedł mi jeden pomysł i musiałam szybko podjąć decyzję, czy zrealizować go.
Raz się żyje...
- Czekaj - zatrzymał się i odwrócił - podaj rękę.
Wyjęłam z torby czarny długopis i złapałam rękę chłopaka. Zerknęłam, by sprawdzić. reakcję Michaela, ale nie wydawał się być zniechęcony moim przedsięwzięciem, więc kontynuowałam czynność. Zapisałam na wewnętrznej stronie jego nadgarstka ciąg liczb, które w całości stanowiły numer mojego telefonu. Na pożegnanie pomachałam i szybko weszłam do klasy.
Drugą połowę dnia rozpoczęłam z o wiele lepszym samopoczuciem. Na zajęciach rozumiałam o czym mówią nauczyciele, a na przerwach powracałam do wspominania dzisiejszego spotkania. Zastanawiałam się czy rozwinie się ta znajomość.
Jak tylko weszłam do pokoju po zajęciach rzuciłam się na łóżko.
- Jak można zadać tyle pracy domowej? - westchnęłam. Wyciągnęłam telefon i zaczęłam przeglądać zdjęcia moich znajomych z Francji. Kilka zdjęć przedstawiało urocze krajobrazy z mojego miasteczka. Lubiłam tam chodzić na długie spacery i po prostu podziwiać naturę. Ale okolice akademii też wydają się malownicze, więc nie narzekam.
Niechętnie wstałam z wygodnego materaca i przysiadłam do matematyki. Zadania nie były jakoś bardzo trudne, ale przy moim zapale do pracy czas się okropnie dłużył. Wyjrzałam za okno - było nadal jasno, a atmosfera na zewnątrz kusiła, żeby wyjść i napawać się świeżym powietrzem.
- Przerwa od nauki na pewno dobrze mi zrobi.
Schowałam telefon do kieszeni, chwyciłam klucz i wyszłam z pokoju.
Park przy akademii od razu wywarł na mnie ogromne wrażenie. Pomyślałam sobie, że będę tutaj częściej przychodzić poczytać książkę, czy też się pouczyć. Od początku mojego spaceru minęło już dobre piętnaście minut, a ja nadal nie czułam się znudzona.
Nagle usłyszałam charakterystyczny dźwięk, dochodzący z mojej kieszeni. Oznaczał, że dostałam wiadomość.
<Michael?>
Gdy ja opowiadałam o sobie Michael zajadał się szkolnym obiadem. Kto by się spodziewał, że można jeść z taką prędkością? Ledwo co doszłam do połowy swojego posiłku, przed chłopakiem spoczywał już pusty talerz.
- Niewiarygodnie szybko jesz - powiedziałam zaskoczona, na co parsknął śmiechem. Kiedy już skończyłam jeść, wstaliśmy od stołu i odnieśliśmy tace. Michael był na tyle miły, że odprowadził mnie pod samą klasę, w której miałam mieć matematykę.
- Tu masz teraz zajęcia? - spytał, gdy staliśmy pod drzwiami sali.
- Tak, dziękuję, że mnie odprowadziłeś - posłałam mu uśmiech, który odwzajemnił.
- To ja się będę zbierać, bo zaraz mam biologię.
Do głowy przyszedł mi jeden pomysł i musiałam szybko podjąć decyzję, czy zrealizować go.
Raz się żyje...
- Czekaj - zatrzymał się i odwrócił - podaj rękę.
Wyjęłam z torby czarny długopis i złapałam rękę chłopaka. Zerknęłam, by sprawdzić. reakcję Michaela, ale nie wydawał się być zniechęcony moim przedsięwzięciem, więc kontynuowałam czynność. Zapisałam na wewnętrznej stronie jego nadgarstka ciąg liczb, które w całości stanowiły numer mojego telefonu. Na pożegnanie pomachałam i szybko weszłam do klasy.
Drugą połowę dnia rozpoczęłam z o wiele lepszym samopoczuciem. Na zajęciach rozumiałam o czym mówią nauczyciele, a na przerwach powracałam do wspominania dzisiejszego spotkania. Zastanawiałam się czy rozwinie się ta znajomość.
Jak tylko weszłam do pokoju po zajęciach rzuciłam się na łóżko.
- Jak można zadać tyle pracy domowej? - westchnęłam. Wyciągnęłam telefon i zaczęłam przeglądać zdjęcia moich znajomych z Francji. Kilka zdjęć przedstawiało urocze krajobrazy z mojego miasteczka. Lubiłam tam chodzić na długie spacery i po prostu podziwiać naturę. Ale okolice akademii też wydają się malownicze, więc nie narzekam.
Niechętnie wstałam z wygodnego materaca i przysiadłam do matematyki. Zadania nie były jakoś bardzo trudne, ale przy moim zapale do pracy czas się okropnie dłużył. Wyjrzałam za okno - było nadal jasno, a atmosfera na zewnątrz kusiła, żeby wyjść i napawać się świeżym powietrzem.
- Przerwa od nauki na pewno dobrze mi zrobi.
Schowałam telefon do kieszeni, chwyciłam klucz i wyszłam z pokoju.
Park przy akademii od razu wywarł na mnie ogromne wrażenie. Pomyślałam sobie, że będę tutaj częściej przychodzić poczytać książkę, czy też się pouczyć. Od początku mojego spaceru minęło już dobre piętnaście minut, a ja nadal nie czułam się znudzona.
Nagle usłyszałam charakterystyczny dźwięk, dochodzący z mojej kieszeni. Oznaczał, że dostałam wiadomość.
<Michael?>
niedziela, 4 marca 2018
Od Michaela CD Nitzana
Z zaciekawieniem spojrzałem na chłopaka. Miska rosołu istotnie pomogła już chwilę po wypiciu - babcia zwykła powtarzać, że to najlepsze lekarstwo na wszystko i gdy tylko któregokolwiek z domowników zaczynało łapać przeziębienie, zaczynała biednego chorego poić swoim "magicznym wywarem" w ilościach wręcz hurtowych - podobnie jak i wszystkich przy okazji, nikt jednak zbytnio nie narzekał - babciny rosół zasługiwał wręcz na balladę. Nawet teraz, po tych kilku latach, dobrze pamiętałem jego smak mocny, zawsze gorący i z domowymi kluskami, które często jadło się i ze śmietaną. Z kolei dziadzio preferował rosół z niczym innym, jak ziemniakami - chociaż, jak zaraz pomyślałem z lekkim uśmiechem, on jadł je dosłownie ze wszystkim, nawet mlekiem. Chociaż i kluski lubił, zwłaszcza te lane - mama i babcia robiły je dziadziowi i wujkowi zwłaszcza, gdy obaj wracali też z pola - mi też, jeśli akurat się zabrałem. Będę musiał poprosić mamę, by w następnym liście wysłała mi trochę kopii babcinych przepisów - zawsze można sobie poeksperymentować.
- A więc... - Nitz uważnie rozglądał się po pokoju - mieszkasz z Cześkiem?
Spojrzałem na bałagan w okolicach łóżka rudzielca - przez krzesło przewieszona była jego zielona bluza. i przy okazji stos innych rzeczy, od podręczników, przez ubrania, aż po jakieś śmietki. Na dobrą sprawę, cały pokój tak wyglądał. Musimy tu kiedyś ogarnąć, bo wstyd dziewczyny jakiekolwiek zapraszać. Jak to kiedyś stwierdziła mama, kobieta uwielbiająca porządek i ład, żeby udowodnić dziewczynie, że jest się godnym zaufania, dojrzałym mężczyzną, trzeba udowodnić wpierw, iż potrafi się sprostać podstawowym, domowym obowiązkom, w które wlicza się chociażby ogarnianie pokoju. Och, już widzę jej minę, gdyby zobaczyła teraz to miejsce. Bez dwóch zdań kazałaby mi zakasać rękawy i brać się do roboty, a sama, nie umiejąc bezczynnie czekać, zaczęłaby również porządkować. Zupełnie jak Mariś, urodzona perfekcjonistka.
- Tak, tak - westchnąłem, podciągając wyżej kołdrę. - Chociaż ten rudzielec jak zwykle wybywa wtedy, kiedy jest akurat potrzebny. Dzięki wielkie ogółem, zginąłbym tu bez ciebie chyba...
- Oj tam - Nitz machnął ręką, najwyraźniej nieco skonfundowany. - Wyglądałeś, jakbyś zaraz miał paść, to normalne.
- O tym mówię - zaśmiałem się. - Już mi lepiej, rosół zawsze czynił mi cuda. Potem się zdrzemnę, może coś łyknę i będę jak nowy.
Istotnie, choć nadal łupało mi w głowie, ból ograniczył się do dość słabego, acz dość irytującego pulsowania z tyłu głowy.
- Miło słyszeć.
- Mam tylko nadzieję, że ta kocica nie będzie dalej mnie próbowała zabić wzrokiem. Poznałeś się już z Immi, nie? No tak, ciężko się z nią nie poznać. Księżna serdecznie nienawidzi alkoholu. Żebyś ty widział, panie, jaką awanturę mi urządziła, jak mieliśmy tamtą imprezę...
- Czesiek mi coś kiedyś opowiadał.
- Ach, ten to w ogóle szalał - pokręciłem głową. - Dobra, poszukam ci zaraz tego kleju, co?
- O nie, nie, nie, musisz leżeć - Nitz poprawił mi kołdrę. - Żebyś wyzdrowiał jak należy.
- Spoko, mi wszystko szybko przechodzi, nie ma się o co bać, pośpię i będzie dobrze. Widzisz, już jest jest dużo lepiej! A jak zasnę, to mnie do nocy nie będzie szło dobudzić. Plus jak ten Czech przywlecze swoje cztery litery i znowu bałagan zrobi, to już na pewno tego kleju nie znajdę. A przysiągłbym, że gdzieś widziałem skurczybyka...
- Jak coś, możesz powiedzieć, to wezmę.
- Rozgość się, dobrze będzie - wstałem i zarzuciłem na siebie ciepły, wełniany sweter. Zacząłem myszkować między szafkami w poszukiwaniu tubki. Trzymałem się przy okazji cały czas blatu - choć czułem się nawet znośnie, wolałem nie ryzykować.
- Skąd masz ogółem Pana Misia? Też mam swój ulubiony kubek, siostra mi kiedyś na urodziny dała. Te wszystkie drobiazgi jednak sporo znaczą, jak jest się daleko od domu, nie? Skąd jesteś, tak przy okazji?
- A więc... - Nitz uważnie rozglądał się po pokoju - mieszkasz z Cześkiem?
Spojrzałem na bałagan w okolicach łóżka rudzielca - przez krzesło przewieszona była jego zielona bluza. i przy okazji stos innych rzeczy, od podręczników, przez ubrania, aż po jakieś śmietki. Na dobrą sprawę, cały pokój tak wyglądał. Musimy tu kiedyś ogarnąć, bo wstyd dziewczyny jakiekolwiek zapraszać. Jak to kiedyś stwierdziła mama, kobieta uwielbiająca porządek i ład, żeby udowodnić dziewczynie, że jest się godnym zaufania, dojrzałym mężczyzną, trzeba udowodnić wpierw, iż potrafi się sprostać podstawowym, domowym obowiązkom, w które wlicza się chociażby ogarnianie pokoju. Och, już widzę jej minę, gdyby zobaczyła teraz to miejsce. Bez dwóch zdań kazałaby mi zakasać rękawy i brać się do roboty, a sama, nie umiejąc bezczynnie czekać, zaczęłaby również porządkować. Zupełnie jak Mariś, urodzona perfekcjonistka.
- Tak, tak - westchnąłem, podciągając wyżej kołdrę. - Chociaż ten rudzielec jak zwykle wybywa wtedy, kiedy jest akurat potrzebny. Dzięki wielkie ogółem, zginąłbym tu bez ciebie chyba...
- Oj tam - Nitz machnął ręką, najwyraźniej nieco skonfundowany. - Wyglądałeś, jakbyś zaraz miał paść, to normalne.
- O tym mówię - zaśmiałem się. - Już mi lepiej, rosół zawsze czynił mi cuda. Potem się zdrzemnę, może coś łyknę i będę jak nowy.
Istotnie, choć nadal łupało mi w głowie, ból ograniczył się do dość słabego, acz dość irytującego pulsowania z tyłu głowy.
- Miło słyszeć.
- Mam tylko nadzieję, że ta kocica nie będzie dalej mnie próbowała zabić wzrokiem. Poznałeś się już z Immi, nie? No tak, ciężko się z nią nie poznać. Księżna serdecznie nienawidzi alkoholu. Żebyś ty widział, panie, jaką awanturę mi urządziła, jak mieliśmy tamtą imprezę...
- Czesiek mi coś kiedyś opowiadał.
- Ach, ten to w ogóle szalał - pokręciłem głową. - Dobra, poszukam ci zaraz tego kleju, co?
- O nie, nie, nie, musisz leżeć - Nitz poprawił mi kołdrę. - Żebyś wyzdrowiał jak należy.
- Spoko, mi wszystko szybko przechodzi, nie ma się o co bać, pośpię i będzie dobrze. Widzisz, już jest jest dużo lepiej! A jak zasnę, to mnie do nocy nie będzie szło dobudzić. Plus jak ten Czech przywlecze swoje cztery litery i znowu bałagan zrobi, to już na pewno tego kleju nie znajdę. A przysiągłbym, że gdzieś widziałem skurczybyka...
- Jak coś, możesz powiedzieć, to wezmę.
- Rozgość się, dobrze będzie - wstałem i zarzuciłem na siebie ciepły, wełniany sweter. Zacząłem myszkować między szafkami w poszukiwaniu tubki. Trzymałem się przy okazji cały czas blatu - choć czułem się nawet znośnie, wolałem nie ryzykować.
- Skąd masz ogółem Pana Misia? Też mam swój ulubiony kubek, siostra mi kiedyś na urodziny dała. Te wszystkie drobiazgi jednak sporo znaczą, jak jest się daleko od domu, nie? Skąd jesteś, tak przy okazji?
< Nitz? >
wtorek, 27 lutego 2018
Od Sun CD Michaela
- Jakoś to tak mi brzmi...hm, wschodnio. Koreanka?
- Chinka.
- Huh, no to daleko masz do mnie, Niemcy pozdrawiają. Ogółem, wcześniej cię nie widziałem, nowa? - pokiwałam głową.
- Ta, dopiero od niedawna tu jestem, ale zaczęłam z chorobą więc kilka dni jednak nie jestem - uśmiechnęłam się szerzej.
- A ty? Wydajesz mi się bardziej miejscowy - zerknęłam na psy, które grzecznie siedziały.
- Trochę dłużej już tu przebywam, więc możliwe. Która klasa?
- 2B - odpowiedziałam po chwilowym namyśle. Widząc jego uśmiech, odwzajemniłam go niezbyt wiedząc co jest w jego głowie.
- Też jestem w tej klasie i... - poczułam burczenie w brzuchu. Zaśmiałam się zawstydzona, czując jak policzki mi płoną. No tak, nie zjadłam przecież obiadu.
- Sorki, nic jeszcze nie jadłam - poprawiłam kosmyk, który dziwnym zjawiskiem wymknął się spod czapki, uśmiechając się tym trochę bardziej nieśmiało.
- To może, ten no, rozstańmy się już bo zimno się trochę robi, a im szybciej się zajmiesz... Jak twój kot ma na imię? - spytałam, zaciekawiona.
- Immi lub Księżna, to kotka - dodał, jakby była jego dumą. Zachichotałam.
- Więc, im szybciej się zajmiesz Księżną to chyba lepiej, a ja nie chcę umrzeć z głodu. Narka! - pożegnaliśmy się, a raczej ja, bo chciałam już coś zjeść i nie chciałam męczyć chłopaka swoją obecnością. Ale pożegnałam się kulturalnie! Ładnie! Nie było przecież aż tak źle. Przywołałam "psiska" do siebie i w trochę szybszym tempie wróciłam do domu. Ugotowałam ryż i zjadłam go z szynką z lodówki, bo przecież to też mięso, a mięso z ryżem jest dobre. Nakarmiłam czworonogi i przyszykowałam się do szkoły, a potem poszłam pograć na fortepianie.
Uwielbiałam na nim grać - przynosiło mi to spokój i w pewnym sensie oczyszczałam swoje myśli po całym dniu. Melancholijna piosenka potrafiła usypiać także psiaki, więc czasami stosowałam właśnie taki trik. Uśmiechnęłam się i po raz ostatni nacisnęłam klawisz. Westchnęłam, idąc się umyć a następnie spać.
~~~
Obudziło mnie szczekanie. Zresztą - jak zwykle, normalka. Wstałam z ociąganiem, ale gdy spojrzałam na kalendarz i godzinę wręcz wybiegłam się ogarnąć i wziąć psy na krótki, ale szybki spacer. Sprawy załatwione, to teraz do szkoły.
- No to... chyba wszystko mam - powiedziałam sama do siebie, trochę zdenerwowana. Zakluczyłam dom i ubrana w płaszcz w barwie zgniłej zieleni, białym swetrze z golfem i czarną, rozkloszowaną spódniczką (i oczywiście ciepłymi rajtuzami) ruszyłam w stronę akademi. Nieśmiało wkroczyłam do budynku i ruszyłam w stronę klasy, wpadając (znowu) na kogoś w wejściu. Okazał się nim Michael, a obok niego stał niski rudzielec. Poczułam lekki gorąc - w pomieszczeniu było ciepło i zawstydziłam się, no bo byłam jednak tylko odrobinę niższa od blondyna... Chwila, on nie jest teraz blondynem.
- Cześć - powiedziałam. Moje przemyślenia nie trwały nawet kilka sekund.
- Chinka.
- Huh, no to daleko masz do mnie, Niemcy pozdrawiają. Ogółem, wcześniej cię nie widziałem, nowa? - pokiwałam głową.
- Ta, dopiero od niedawna tu jestem, ale zaczęłam z chorobą więc kilka dni jednak nie jestem - uśmiechnęłam się szerzej.
- A ty? Wydajesz mi się bardziej miejscowy - zerknęłam na psy, które grzecznie siedziały.
- Trochę dłużej już tu przebywam, więc możliwe. Która klasa?
- 2B - odpowiedziałam po chwilowym namyśle. Widząc jego uśmiech, odwzajemniłam go niezbyt wiedząc co jest w jego głowie.
- Też jestem w tej klasie i... - poczułam burczenie w brzuchu. Zaśmiałam się zawstydzona, czując jak policzki mi płoną. No tak, nie zjadłam przecież obiadu.
- Sorki, nic jeszcze nie jadłam - poprawiłam kosmyk, który dziwnym zjawiskiem wymknął się spod czapki, uśmiechając się tym trochę bardziej nieśmiało.
- To może, ten no, rozstańmy się już bo zimno się trochę robi, a im szybciej się zajmiesz... Jak twój kot ma na imię? - spytałam, zaciekawiona.
- Immi lub Księżna, to kotka - dodał, jakby była jego dumą. Zachichotałam.
- Więc, im szybciej się zajmiesz Księżną to chyba lepiej, a ja nie chcę umrzeć z głodu. Narka! - pożegnaliśmy się, a raczej ja, bo chciałam już coś zjeść i nie chciałam męczyć chłopaka swoją obecnością. Ale pożegnałam się kulturalnie! Ładnie! Nie było przecież aż tak źle. Przywołałam "psiska" do siebie i w trochę szybszym tempie wróciłam do domu. Ugotowałam ryż i zjadłam go z szynką z lodówki, bo przecież to też mięso, a mięso z ryżem jest dobre. Nakarmiłam czworonogi i przyszykowałam się do szkoły, a potem poszłam pograć na fortepianie.
Uwielbiałam na nim grać - przynosiło mi to spokój i w pewnym sensie oczyszczałam swoje myśli po całym dniu. Melancholijna piosenka potrafiła usypiać także psiaki, więc czasami stosowałam właśnie taki trik. Uśmiechnęłam się i po raz ostatni nacisnęłam klawisz. Westchnęłam, idąc się umyć a następnie spać.
~~~
Obudziło mnie szczekanie. Zresztą - jak zwykle, normalka. Wstałam z ociąganiem, ale gdy spojrzałam na kalendarz i godzinę wręcz wybiegłam się ogarnąć i wziąć psy na krótki, ale szybki spacer. Sprawy załatwione, to teraz do szkoły.
- No to... chyba wszystko mam - powiedziałam sama do siebie, trochę zdenerwowana. Zakluczyłam dom i ubrana w płaszcz w barwie zgniłej zieleni, białym swetrze z golfem i czarną, rozkloszowaną spódniczką (i oczywiście ciepłymi rajtuzami) ruszyłam w stronę akademi. Nieśmiało wkroczyłam do budynku i ruszyłam w stronę klasy, wpadając (znowu) na kogoś w wejściu. Okazał się nim Michael, a obok niego stał niski rudzielec. Poczułam lekki gorąc - w pomieszczeniu było ciepło i zawstydziłam się, no bo byłam jednak tylko odrobinę niższa od blondyna... Chwila, on nie jest teraz blondynem.
- Cześć - powiedziałam. Moje przemyślenia nie trwały nawet kilka sekund.
(your turn)
Od Michaela CD Cher
Dwie matematyki na dobry początek tygodnia - a co komu szkodzi! jedna dobra rzecz, że przynajmniej podstawa - gdyby to miało być rozszerzenie, chyba postarałbym się o zmianę klasy, nawet jeśli dla mnie, jako dla stypendysty, było to wręcz niemożliwe. Co prawda, lubię rozwiązywać przykłady,stanowiło to zawsze całkiem niezły sposób na skupienie myśli - zawsze wychodzi określony wynik, coś jest dobrze albo źle. Teoretycznie - nic prostszego. Od zawsze uważałem się jednak za humanistę, dziadzio kładł duży nacisk na sztukę - aja koniec końców postanowiłem pójść w stronę języków obcych. Co prawda, ścisłe jakimś większym problemem nie były, przynajmniej część, co nie zmieniało faktu, że nieraz musiałem naprawdę porządnie przysiąść do danego tematu, by go na początku spróbować choć ogarnąć - czasem były dla mnie dość... nielogiczne, o ironio, więcej sensu odnajdywałem w zawiłych wierszach - interpretacje stanowiły dla mnie zawsze pole do popisu, gdzie mogłem się spodziewać naprawdę wszystkiego. Na pozór kilka zwykłych linijek zapisanych w sposób żartobliwy, okazywały się kryć w sobie drugi, o wiele głębszy sens. Wyszukiwanie takiego czegoś było dla mnie naprawdę wielką frajdą.
- Długo jeszcze zamierzasz się modlić nad tym plecakiem? - zdecydowane klepnięcie w ramię przywróciło mnie do rzeczywistości. Nieco otumaniony, podniosłem wzrok, a moje oczy po sekundzie natrafiły na rozwichrzoną czuprynę małego Czecha.
- Facet, ja bym sobie dzisiaj został w domu - jęknąłem, opierając głowę o szafkę. - Wciśnij jakiś kit, że mnie grypa złapała czy coś...
- O nie, nie, nie - pokiwał energicznie głową, a rude kudły zatrzepotały wokół jego łba jak jakieś śrubki. - Sam się męczyć nie będę!
- Przynajmniej wcześnie kończymy - uznałem, wyciągając do przyjaciela rękę, by pomógł mi wstać. Ten złapał ją i zdecydowanie podciągnął mnie w górę. - Oby francuski, potem już górki, nie?
- Mmm - przytaknął, wrzucając do Juniora kilka podręczników. Klikał też coś szybko na telefonie z bananem na twarzy - czyli ani chybi mnie nawet nie słuchał, a jak już, to jednym uchem mu wlatywało, drugim wylatywało.
- A ty znowu romansujesz, sznyclu jeden? - zmieniłem Immi wodę, a na drugie ramię zarzucałem plecak. - Chodź już lepiej, bo się spóźnimy, a ja głodny jestem.
- Chwila, słuchawek szukam - przetrząsał szafki, marszcząc brwi. Westchnąłem ciężko.
- Ja je mam, rudzielcu jeden, na lodówce były. Oddam ci je na stołówce, raz, dwa, proszę mi już wychodzić! Jajecznica nie będzie wiecznie czekać!
***
Czesiek gdzieś wybył zaraz po francuskim - jak zwykle zresztą, nawijał coś przy okazji o jakichś papierach w związku z klubem siatkarskim. Wziąłem głęboki wdech, maszerując szybko przez korytarz pełny uczniów, którzy zgodnie kierowali się wartkim strumieniem w stronę stołówki. Cóż, długa przerwa, a większość o tej porze miała lekcje, więc to dość normalne - wszyscy chcieli zjeść coś porządnego, skoro mieli ku temu okazję.
Wziąłem tackę i grzecznie ustawiłem się do dość długiej kolejki - rozglądałem się przy okazji za znajomymi twarzami, ale wszyscy, których wypatrzyłem, byli akurat za daleko, aby zagadać. Pomachałem do Nitza i Niki, ale najwyraźniej nawet mnie nie zauważyli, pochłonięci rozmową tak bardzo, że wręcz świata nie widzieli. A może to kwestia schabowych? Też potrafiły nieźle zamącić w głowie! Ach, jakże mi tęskno było do domowej kuchni!
Nagle poczułem, jak tacka obija się o moje plecy - dość normalne, biorąc pod uwagę dzisiejszy rozgardiasz. Odwróciłem się, by sprawdzić, kto to taki - a nuż jakiś znajomy chciał się przywitać? Moim oczom ukazała się jednak zupełnie obca dziewczyna - średniego wzrostu, dość drobna brunetka. Od razu zwróciłem też uwagę na jej oczy - duże, całkiem ładne, ich cechą charakterystyczną był jednak kolor - fiolet, ściślej rzecz ujmując.
- Bardzo przepraszam - mruknęła, wyraźnie speszona.
Machnąłem wolną ręką.
- Spoko, ciężko tu kogoś nie walnąć, jak tak głośno. Swoją drogą, nie kojarzę cię, nowa jesteś?
- Tak - uśmiechnęła się, choć z nadal widocznym zażenowaniem. - To mój pierwszy dzień.
- Oj, to pewnie masz już dość, co? - parsknąłem śmiechem. - Ja na początku zupełnie nie mogłem ogarnąć co i jak, jak się nie zna szkoły, to to istny labirynt. Jak ogółem wrażenia? Żarcie mają dobre, zaraz się przekonasz! - tu przerwałem, bo właśnie nadeszła moja kolej.
Sympatyczna kobieta - pani Krysia, która zawsze dawała mnie i Cześkowi dodatkowe kanapki - uśmiechnęła się szeroko i nałożyła mi kopiastą porcję ryżu, wrzucając też kotleta. Podziękowałem i wziąłem od razu kompot, po czym zacząłem rozglądać się za wolnym miejscem - akurat tuż obok zwolnił się stolik, szybko zatem usiadłem i pomachałem do nowej dziewczyny, gdy ta odebrała i swoją porcję.
- Chodź śmiało! - zawołałem, a ta po chwili wahania dołączyła się. - Nie przedstawiłem się jeszcze ogółem, co nie? Michael Rosenthal z IIb, śmiało możesz mówić Misiek. A ty jak się nazywasz? No i opowiadaj, bo nie dałem ci dojść do słowa, jak wrażenia z pierwszego dnia w akademii? Która klasa, jak tam ludzie?
- Długo jeszcze zamierzasz się modlić nad tym plecakiem? - zdecydowane klepnięcie w ramię przywróciło mnie do rzeczywistości. Nieco otumaniony, podniosłem wzrok, a moje oczy po sekundzie natrafiły na rozwichrzoną czuprynę małego Czecha.
- Facet, ja bym sobie dzisiaj został w domu - jęknąłem, opierając głowę o szafkę. - Wciśnij jakiś kit, że mnie grypa złapała czy coś...
- O nie, nie, nie - pokiwał energicznie głową, a rude kudły zatrzepotały wokół jego łba jak jakieś śrubki. - Sam się męczyć nie będę!
- Przynajmniej wcześnie kończymy - uznałem, wyciągając do przyjaciela rękę, by pomógł mi wstać. Ten złapał ją i zdecydowanie podciągnął mnie w górę. - Oby francuski, potem już górki, nie?
- Mmm - przytaknął, wrzucając do Juniora kilka podręczników. Klikał też coś szybko na telefonie z bananem na twarzy - czyli ani chybi mnie nawet nie słuchał, a jak już, to jednym uchem mu wlatywało, drugim wylatywało.
- A ty znowu romansujesz, sznyclu jeden? - zmieniłem Immi wodę, a na drugie ramię zarzucałem plecak. - Chodź już lepiej, bo się spóźnimy, a ja głodny jestem.
- Chwila, słuchawek szukam - przetrząsał szafki, marszcząc brwi. Westchnąłem ciężko.
- Ja je mam, rudzielcu jeden, na lodówce były. Oddam ci je na stołówce, raz, dwa, proszę mi już wychodzić! Jajecznica nie będzie wiecznie czekać!
***
Czesiek gdzieś wybył zaraz po francuskim - jak zwykle zresztą, nawijał coś przy okazji o jakichś papierach w związku z klubem siatkarskim. Wziąłem głęboki wdech, maszerując szybko przez korytarz pełny uczniów, którzy zgodnie kierowali się wartkim strumieniem w stronę stołówki. Cóż, długa przerwa, a większość o tej porze miała lekcje, więc to dość normalne - wszyscy chcieli zjeść coś porządnego, skoro mieli ku temu okazję.
Wziąłem tackę i grzecznie ustawiłem się do dość długiej kolejki - rozglądałem się przy okazji za znajomymi twarzami, ale wszyscy, których wypatrzyłem, byli akurat za daleko, aby zagadać. Pomachałem do Nitza i Niki, ale najwyraźniej nawet mnie nie zauważyli, pochłonięci rozmową tak bardzo, że wręcz świata nie widzieli. A może to kwestia schabowych? Też potrafiły nieźle zamącić w głowie! Ach, jakże mi tęskno było do domowej kuchni!
Nagle poczułem, jak tacka obija się o moje plecy - dość normalne, biorąc pod uwagę dzisiejszy rozgardiasz. Odwróciłem się, by sprawdzić, kto to taki - a nuż jakiś znajomy chciał się przywitać? Moim oczom ukazała się jednak zupełnie obca dziewczyna - średniego wzrostu, dość drobna brunetka. Od razu zwróciłem też uwagę na jej oczy - duże, całkiem ładne, ich cechą charakterystyczną był jednak kolor - fiolet, ściślej rzecz ujmując.
- Bardzo przepraszam - mruknęła, wyraźnie speszona.
Machnąłem wolną ręką.
- Spoko, ciężko tu kogoś nie walnąć, jak tak głośno. Swoją drogą, nie kojarzę cię, nowa jesteś?
- Tak - uśmiechnęła się, choć z nadal widocznym zażenowaniem. - To mój pierwszy dzień.
- Oj, to pewnie masz już dość, co? - parsknąłem śmiechem. - Ja na początku zupełnie nie mogłem ogarnąć co i jak, jak się nie zna szkoły, to to istny labirynt. Jak ogółem wrażenia? Żarcie mają dobre, zaraz się przekonasz! - tu przerwałem, bo właśnie nadeszła moja kolej.
Sympatyczna kobieta - pani Krysia, która zawsze dawała mnie i Cześkowi dodatkowe kanapki - uśmiechnęła się szeroko i nałożyła mi kopiastą porcję ryżu, wrzucając też kotleta. Podziękowałem i wziąłem od razu kompot, po czym zacząłem rozglądać się za wolnym miejscem - akurat tuż obok zwolnił się stolik, szybko zatem usiadłem i pomachałem do nowej dziewczyny, gdy ta odebrała i swoją porcję.
- Chodź śmiało! - zawołałem, a ta po chwili wahania dołączyła się. - Nie przedstawiłem się jeszcze ogółem, co nie? Michael Rosenthal z IIb, śmiało możesz mówić Misiek. A ty jak się nazywasz? No i opowiadaj, bo nie dałem ci dojść do słowa, jak wrażenia z pierwszego dnia w akademii? Która klasa, jak tam ludzie?
< Cher? >
niedziela, 11 lutego 2018
Od Nitzana CD Michaela
- Bardzo ci dziękuję, ale... Czy ty się dobrze czujesz? - spytałem zatroskany. Misiek pokiwał energicznie głową.
- Poczek. Znajdę ci kropelkę wód- to znaczy kleju... - zatoczył się i otworzył drzwiczki... lodówki. Zamrugałem parę razy i delikatnie położyłem biednego Miśkubka na najbliżej półce. Podszedłem powoli do Michaela i położyłem mu lewą dłoń na czole, zaś prawą przybliżyłem do swojego.
- Misiek, ty masz gorączkę. - młodzieniec spojrzał na mnie i uniósł brwi jakby chciał powiedzieć "Co ty nie powiesz?" Westchnąłem. Wtedy usłyszałem pewien hałas. Było to donośne, niezadowolone miauczenie. Obejrzałem się za siebie, by ujrzeć bardzo puchatą kotkę skarżącą się na swój los. Kucnąłem przy niej i wyszeptałem spokojnie:
- Dzieńdobry śliczności. Czy obraziłabyś się gdybym poprosił cię o chwileczkę ciszy? Obawiam się, że twojego właściciela bardzo boli głowa. - kocica spojrzała na mnie zaciekawiona. Dziwne uczucie, czułem się jakbym był oceniany przez jakąś szlachciankę. Zacmokałem cicho i uśmiechnąłem się. W końcu księżna machnęła ogonem i oddaliła się. Wtedy ja wstałem i spojrzałem na Miśka. Miał lekko zaskoczoną minę. Uśmiechnąłem się i złapałem jego dłoń. Zaprowadziłem go na najbliższe krzesło i powiedziałem:
- Za sekundkę wracam. - wyszedłem na korytarz i otworzyłem drzwi do mojego pokoju. Wyjąłem odpowiednie rzeczy i szybko wróciłem do pokoju Michaela. Siedział tam dalej, lekko mamrocząc pod nosem. Wyciągnąłem tabletki przeciwbólowe i podałem mu je razem z szklanką wody. Przyjął je i powiedział:
- Jezzzz, tak bardzo ci dziękuję. - połknął je szybko i oddał mi pustą szklankę. Odłożyłem ją obok i spytałem:
- Które to twoje łóżko? - Misiek wskazał na to bardziej oddalone. Zaprowadziłem do do niego i przykryłem go kołdrą.
- Poczekaj kilka minut, dobrze? - uśmiechnąłem się i podszedłem do mikrofalówki. Wsadziłem do środka małą miseczkę z rosołem, czyli resztki mojej kolacji i włączyłem. Przez ten cały czas chłopak przyglądał mi się cicho. W końcu otworzyłem drzwiczki i podałem mu parujący napój. Przysunąłem sobie krzesło i powiedziałem:
- Pij do dna. Pomaga na ból głowy, na gorączkę... Rosół jest świetny. - wyszczerzyłem zęby i patrzyłem na spożywającego chłopaka.
- Dziękuję. I w ogóle wybacz za kłopot, miałem wczoraj naprawdę intensywny wieczór.... - wymamrotał i spróbował się uśmiechnąć. Zachichotałem i odpowiedziałem:
- To żaden kłopot. Jak znajdziesz mi kropelkę będziemy kwita. - zapadła cisza. Trwała sobie ona przez pewien moment, aż w końcu Misiek spytał
- Jak tu wbiegłeś to wyglądałeś na przerażonego. Jakim cudem się tak szybko uspokoiłeś?
- Ja? Hmmm... W sumie to nie wiem. Po prostu wydawało mi się, że ty jesteś w większej potrzebie.
- Ach tak... - kiwnął głową i odłożył pustą miseczkę. Po raz kolejny słychać było tylko ciszę.
- A więc... - zacząłem, rozglądając się po pokoju - Mieszkasz z Cześkiem?
<Misiek? Wybacz za opóźnienie i jakość, tak jakoś nie wiedziałam co napisać t~t>
- Poczek. Znajdę ci kropelkę wód- to znaczy kleju... - zatoczył się i otworzył drzwiczki... lodówki. Zamrugałem parę razy i delikatnie położyłem biednego Miśkubka na najbliżej półce. Podszedłem powoli do Michaela i położyłem mu lewą dłoń na czole, zaś prawą przybliżyłem do swojego.
- Misiek, ty masz gorączkę. - młodzieniec spojrzał na mnie i uniósł brwi jakby chciał powiedzieć "Co ty nie powiesz?" Westchnąłem. Wtedy usłyszałem pewien hałas. Było to donośne, niezadowolone miauczenie. Obejrzałem się za siebie, by ujrzeć bardzo puchatą kotkę skarżącą się na swój los. Kucnąłem przy niej i wyszeptałem spokojnie:
- Dzieńdobry śliczności. Czy obraziłabyś się gdybym poprosił cię o chwileczkę ciszy? Obawiam się, że twojego właściciela bardzo boli głowa. - kocica spojrzała na mnie zaciekawiona. Dziwne uczucie, czułem się jakbym był oceniany przez jakąś szlachciankę. Zacmokałem cicho i uśmiechnąłem się. W końcu księżna machnęła ogonem i oddaliła się. Wtedy ja wstałem i spojrzałem na Miśka. Miał lekko zaskoczoną minę. Uśmiechnąłem się i złapałem jego dłoń. Zaprowadziłem go na najbliższe krzesło i powiedziałem:
- Za sekundkę wracam. - wyszedłem na korytarz i otworzyłem drzwi do mojego pokoju. Wyjąłem odpowiednie rzeczy i szybko wróciłem do pokoju Michaela. Siedział tam dalej, lekko mamrocząc pod nosem. Wyciągnąłem tabletki przeciwbólowe i podałem mu je razem z szklanką wody. Przyjął je i powiedział:
- Jezzzz, tak bardzo ci dziękuję. - połknął je szybko i oddał mi pustą szklankę. Odłożyłem ją obok i spytałem:
- Które to twoje łóżko? - Misiek wskazał na to bardziej oddalone. Zaprowadziłem do do niego i przykryłem go kołdrą.
- Poczekaj kilka minut, dobrze? - uśmiechnąłem się i podszedłem do mikrofalówki. Wsadziłem do środka małą miseczkę z rosołem, czyli resztki mojej kolacji i włączyłem. Przez ten cały czas chłopak przyglądał mi się cicho. W końcu otworzyłem drzwiczki i podałem mu parujący napój. Przysunąłem sobie krzesło i powiedziałem:
- Pij do dna. Pomaga na ból głowy, na gorączkę... Rosół jest świetny. - wyszczerzyłem zęby i patrzyłem na spożywającego chłopaka.
- Dziękuję. I w ogóle wybacz za kłopot, miałem wczoraj naprawdę intensywny wieczór.... - wymamrotał i spróbował się uśmiechnąć. Zachichotałem i odpowiedziałem:
- To żaden kłopot. Jak znajdziesz mi kropelkę będziemy kwita. - zapadła cisza. Trwała sobie ona przez pewien moment, aż w końcu Misiek spytał
- Jak tu wbiegłeś to wyglądałeś na przerażonego. Jakim cudem się tak szybko uspokoiłeś?
- Ja? Hmmm... W sumie to nie wiem. Po prostu wydawało mi się, że ty jesteś w większej potrzebie.
- Ach tak... - kiwnął głową i odłożył pustą miseczkę. Po raz kolejny słychać było tylko ciszę.
- A więc... - zacząłem, rozglądając się po pokoju - Mieszkasz z Cześkiem?
<Misiek? Wybacz za opóźnienie i jakość, tak jakoś nie wiedziałam co napisać t~t>
sobota, 10 lutego 2018
Klub Miłośników Sztuki - Przewodniczący
Gdyby Immi była ludzką kobietą, z całą pewnością zostałaby najlepszą żoną. Ba, w naszej rodzinnej wsi w Niemczech miała całe stado kocich kawalerów, którzy kochali miauczeć pod naszym domem w środku nocy pieśni pochwalne na cześć wspaniałej Imaginie von Isenburg-Limburg. Cóż, zupełnie im się nie dziwiłem, ale z pewnością nie byli powodem do szczęścia, gdy chcieliśmy się porządnie wyspać, szczególnie przyjezdni - ja zasypiałem ze słuchawkami i muzyką, Mariś miała kamienny sen, dziadzio był przygłuchy, wujek zasypiał zazwyczaj przy włączonym telewizorze, a mama kładła się późno i tak zmęczona, że nie obudziłaby jej syrena strażacka, można więc powiedzieć, że w jakiś sposób byliśmy uodpornieni. Ale gdy przykładowo na weekend zawitała do nas ciotka Helga, spędziła siedem bezsennych nocy, z czego parę na odpędzaniu śpiewających amantów miotłą.
"W każdym razie, Immi troszczyła się o nas zawsze na swój wspaniały, koci sposób - nawet w sobotę pilnowała, byśmy mogli podziwiać przepiękny wschód słońca. Cóż, większość tego poranka właściwie spędziłem, usiłując powstrzymać Cześka od rzucenia się na kotkę i uduszenia jej.
To zupełnie bez znaczenia, że jest przed szóstą, powtarzałem. Nie, to już nie blady świt. To nic, że wczoraj mieliśmy męczący dzień, sami z własnej woli poszliśmy do tego klubu, masz nauczkę, rudzielcu. Przepraszam, wiem, chciałeś się wyspać. Tak, mieliśmy ciężki tydzień. Tak, w sobotę się śpi. Nie, Immi po prostu o nas dba, żebyśmy nie spali za długo. Nie, nie chodzi po prostu o żarcie dla niej. O właśnie, jedzenie dla naszej księżniczki! Nie, brat, nie możesz jej wywalić przez okno. Tak, kupię ci colę. Tak, postawię ci kebaba. Nie, nie z Immi. Przecież nawet byś go nie zjadł! Nie, sama satysfakcja nie wystarczy. Przynajmniej możesz podziwiać wschód słońca. Tak, to bez znaczenia, że dzisiaj jest plucha. Chmury też są ładne. Nie, zabieraj te łapy! Wiesz,chodźmy może na śniadanie. Nie, Immi zostaje. O, dokładnie tak, bardzo ładnie."
Cóż, tak mniej więcej można streścić mój poranek. Cud, że nic nie wyleciało w powietrze.
Kiedy już wracaliśmy ze stołówki, wstąpiliśmy od razu na halę, ale akurat zdecydowana część była zajęta przez jakąś grupę taneczną, której nie kojarzyłem. Może wynajęli po prostu salę?
W kieszeni spodni poczułem znajome wibracje. Wyjąłem telefon i szybko odblokowałem ekran, skąd uśmiechała się do mnie Mariś trzymająca w objęciach Immi. Wiadomość od Lindsey, naszej przewodniczącej. O spotkaniu klubu, dość pilnym, jakoś po południu - zapytała, czy okolice szesnastej nam pasują.
- Dzisiaj żadnej pilnej roboty nie mamy, co? - zapytałem Cześka, marszcząc brwi. - O której kończymy w lodziarni?
- Piętnasta, a co? - odparł, wciąż chyba nieco naburmuszony.
- Okey, to dzięki - szybko napisałem, że mi jak najbardziej pasuje.
- Randka? - wyszczerzył zęby na pełną szerokość, szturchając mnie łokciem pod żebra.
- Lind napisała - pomachałem mu przed nosem telefonem - jakieś sprawy z klubem. Może jakiś większy konkurs, jeśli już pisze.
- Od ogłoszeń chyba macie te tablice, nie?
- Ano, przewodnicząca woli taką formę, nikomu to nie przeszkadza. Skoro śle SMSy, to raczej dość pilna sprawa.
- Mmm - pokiwał głową po chwili namysłu - to gnaj na tę grupową randkę, sam zostanę w razie co.
- Możemy zabrać Immi, dotrzyma ci towarzystwa.
- Prędzej piekło zamarznie - fuknął.
- I tak wiem, że chcesz - odparłem, wzruszając lekko ramionami. - No ale dobra, to co, zbieramy się powoli? Zaraz chyba zaczynamy.
- Taa, tylko wezmę jeszcze rzeczy.
- Yup, to raz-dwa-trzy zahaczamy o pokój.
- Dobrze ci radzę, żeby ta kocica trzymała się daleko.
- Spoko, pewnie śpi sobie na twoim łóżku i czeka na swego księcia.
Czesiek wymamrotał pod nosem parę swoich czeskich przekleństw, ale razem szybkim krokiem skierowaliśmy się w stronę 207,5 - Immi akurat wyglądała sobie przez okno. Złapałem słuchawki i lekką kurtkę - na zewnątrz było już na plusie, a śnieg dawno stopniał, ku memu sporemu rozczarowaniu. W Niemczech podobno sporo napadało, dostałem nawet zdjęcie Mariś i bałwanka, którego ulepiła.
- Ruchy, bo się spóźnimy! - pośpieszałem co chwila Cześka.
- Teraz i tak tam prawie ludzi nie ma - przypomniał mi - nie ma pośpiechu.
Przewróciłem oczami.
- Punktualność jest obowiązkiem maluczkich i przywilejem królów, co?
- Dokładnie! - potaknął żywo.
- To ruszaj cztery litery, bo zaraz ci sam pomogę wyjść.
*
- Uff, koniec - wyszedłem na zewnątrz, biorąc łyk ożywczego, zimnego powietrza.
- Mówiłem, ludzi prawie nie było.
- Dlatego nas puściła sporo wcześniej. Środek zimy - wzruszyłem ramionami. - Tu poza lodami jest mało co, i tak dziw, że cały rok mają otwarte. Tak to głównie kawiarnie i tego typu rzeczy.
- W lato za to nie idzie usiąść na sekundę - jęknął, a ja zaraz po nim.
- Sami się do roboty zgłosiliśmy...
- W ogóle, o której masz w końcu to spotkanie?
- Ustalili wreszcie na 16, więc trochę czasu mam - sprawdziłem szybko telefon. - To jak, chcesz jeszcze gdzieś wyskoczyć?
- Na kebsa - wyszczerzył się szeroko.
Westchnąłem, kręcąc głową.
- No tak, czego innego bym się mógł spodziewać.
- Ty stawiasz - przypomniał mi wesoło.
- Weźmiesz jakiś mega zestaw, nie?
- Giganta - potaknął żywo.
- O niebiosa... - potarłem czoło. - Dobra, chodźmy prędko, dobrze, że mam jakieś rabaty.
- Możesz mi kupić jeszcze więcej zatem!
- O na pewno - prychnąłem. - Też chcę coś zjeść.
*
Dokładnie dwie minuty przed szesnastą otworzyłem drzwi do pokoju Klubu Miłośników Sztuki - nieco wytarte, z paroma małymi śladami zaschniętej, żółtej i zielonej farby - od wewnątrz było jednak znacznie gorzej, staraliśmy się dbać w miarę o czystość, chociaż wiadomo - gdy w grę wchodzą kubki, farby, pędzle i nasza gromada, działy się różne rzeczy, nawet jeśli było parę tak zwanych "świętych stref", gdzie panował zawsze wręcz sterylny porządek - chociażby pianino, choć mało kto umiał grać. Przyznaję, że zupełnie inaczej się jednak malowało, gdy ktoś obok brzdękał jakieś melodie - szczególnie, gdy robił to naprawdę dobrze. Ja sam umiałem raczej same podstawy, nieco poduczyła mnie też Lind, ona sama celowała jednak bardziej w skrzypce - od czasu do czasu, gdy było nas mniej, coś zagrała, szczególnie w letnie wieczory.
- Heko, Misiek! - Nitz pomachał do mnie.
- Siema, ferajna - zasalutowałem wszystkim i usiadłem obok Any.
- Wiadomo, o co chodzi?
- Nie, Lindsey jeszcze nie ma - zmarszczyła leciutko brwi.
- Cóż, zaraz się dowiemy. Co słychać tak ogółem? Jak ci poszedł sprawdzian z matmy?
- Średnio rozumiałam ten dział - przyznała z lekkim wahaniem. - Ale wszystkiego się dowiemy niedługo, prawda? Nie ma co się denerwować na zapas!
- Dokładnie - potaknąłem, skubiąc frędzle na kocyku leżącym na oparciu swojego krzesła. Ana miała w sobie ten typ niewymuszonego uroku, od którego człowiekowi wręcz topniało serce, zupełnie jak z Mariś. Może taka cecha młodszych siostrzyczek? - A jak tam u Oliviera?
- Trzyma się, trochę zalatany ostatnio - westchnęła. - Ale obiecał odwiedzić mnie za niedługo.
- O, no widzisz - uśmiechnąłem się.
Akurat w tym momencie weszła też Lind - nieco zasapana, z lekko zarumienionymi policzkami.
- Witam wszystkich, przepraszam wszystkich za spóźnienie - zaczęła szybko, zajmując jedno z wolnych miejsc. - I że to wszystko tak pilnie, ale... dość nagle wynikło parę sytuacji, które nieco zmienią nasze... eee, działanie? - zawiesiła się i wyraźnie poplątała, szukając odpowiedniego sformułowania.
- Spokojnie, spokojnie, szanowna pani - uniosłem rękę. - Głęboki wdech, liczymy do trzech. O co chodzi?
- Tak... - zagryzła wargi. Znakomicie sprawdzała się w swojej roli przewodniczącej klubu i robiła wszystko dla nas, ale była równocześnie nieśmiała i wiedzieliśmy doskonale, jak wielkim wyzwaniem było dla niej przemawianie do tak dużej grupy. - Postanowiłam zrezygnować z roli przewodniczącej klubu.
Równie dobrze mogłaby odpalić obok armatę. Jeden przez drugiego po chwili konsternacji zaczęli zadawać pytania, w tym i ja. Dlaczego? Czemu tak nagle? O co chodzi?
- Dobra, ferajna - podniosłem lekko głos, by uciszyć wszystkich. - Dajmy dojść Lind do głosu, co?
- Um... cóż, przez kilka niespodziewanych sytuacji, obowiązków i nauki musiałam podjąć taką decyzję - wzięła głęboki oddech. - Moglibyśmy wybrać od razu nowego przewodniczącego?
- Naprawdę nie możesz zostać? - Nitzan wychylił się ze swojego krzesła.
- W klubie dalej będę, rzecz jasna, pomagała z całych sił, jednak naprawdę muszę zrezygnować...
- Cóż, no to zróbmy to sprawnie - westchnął Anthony. - Niech się ktoś po prostu zgłosi.
- Przy-przygotowałam już karteczki - stwierdziła Lind, wstając i każdemu z nas wręczając po skrawku papieru. - Napiszcie na nim imię osoby, którą proponujecie na to stanowisko.
Stuknąłem w zamyśleniu długopisem o podbródek, postanawiając w końcu zagłosować na Anę - z której strony by na to nie spojrzeć, była świetną kandydatką.
Przeliczanie poszło szybko - Lind po pogrupowaniu nazwisk uśmiechnęła się lekko.
- Michael Walter Rosenthal - odczytała.
Zamrugałem.
- Obecny - palnąłem.
- Gratulacje - uśmiechnęła się delikatnie. - I życzę powodzenia!
- Hmm, dziękuję - uśmiechnąłem się z zakłopotaniem. - Ale będziesz mi pomagać, nie?
- Na ile będę mogła - potaknęła, poprawiając okulary.
- No to ulga - zrobiłem głęboki wydech. - No cóż, ferajno, postanowiliście męczyć się z takim przewodniczącym, to zmienimy nieco zasady z kotami, co?
- Przeczuwam rolę Immi jako pierwszej damy - Ana spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.
- No toć ba, księżna nasza w końcu - potaknąłem. - I... cóż no, dziękuję wszystkim, postaram się, by choć w połowie dorównać Lind.
- Pamiętaj o terminach, a będzie wszystko dobrze.
- No, z tym może być różnie - potarłem dłonią kark. - Ale najwyżej mnie palniecie sztalugą.
- Trochę jej szkoda - skrzywił się ktoś.
- A mojej głowy to już nikomu - westchnąłem. - Ładnie mnie tu traktujecie!
- Przy okazji, ostatnio było coś z warsztatami malarstwa olejnego. Są już zapisy?
- Trzeba będzie się zorientować - pokiwałem głową. - Lind, wiesz coś?
- W poniedziałek w gabinecie pana Odella powinna być już do odebrania lista.
- No to pięknie - wyszczerzyłem się. - A, no i pamiętajcie, trzeba będzie zrobić imprezkę!
- Przewodniczący stawia?
- Po cukierku wam mogę kupić, jak grzeczni będziecie, pyśki - przewróciłem oczami. - Tak na dobry start!
< No i koniec, dziękuję bardzo~ >
To zupełnie bez znaczenia, że jest przed szóstą, powtarzałem. Nie, to już nie blady świt. To nic, że wczoraj mieliśmy męczący dzień, sami z własnej woli poszliśmy do tego klubu, masz nauczkę, rudzielcu. Przepraszam, wiem, chciałeś się wyspać. Tak, mieliśmy ciężki tydzień. Tak, w sobotę się śpi. Nie, Immi po prostu o nas dba, żebyśmy nie spali za długo. Nie, nie chodzi po prostu o żarcie dla niej. O właśnie, jedzenie dla naszej księżniczki! Nie, brat, nie możesz jej wywalić przez okno. Tak, kupię ci colę. Tak, postawię ci kebaba. Nie, nie z Immi. Przecież nawet byś go nie zjadł! Nie, sama satysfakcja nie wystarczy. Przynajmniej możesz podziwiać wschód słońca. Tak, to bez znaczenia, że dzisiaj jest plucha. Chmury też są ładne. Nie, zabieraj te łapy! Wiesz,chodźmy może na śniadanie. Nie, Immi zostaje. O, dokładnie tak, bardzo ładnie."
Cóż, tak mniej więcej można streścić mój poranek. Cud, że nic nie wyleciało w powietrze.
Kiedy już wracaliśmy ze stołówki, wstąpiliśmy od razu na halę, ale akurat zdecydowana część była zajęta przez jakąś grupę taneczną, której nie kojarzyłem. Może wynajęli po prostu salę?
W kieszeni spodni poczułem znajome wibracje. Wyjąłem telefon i szybko odblokowałem ekran, skąd uśmiechała się do mnie Mariś trzymająca w objęciach Immi. Wiadomość od Lindsey, naszej przewodniczącej. O spotkaniu klubu, dość pilnym, jakoś po południu - zapytała, czy okolice szesnastej nam pasują.
- Dzisiaj żadnej pilnej roboty nie mamy, co? - zapytałem Cześka, marszcząc brwi. - O której kończymy w lodziarni?
- Piętnasta, a co? - odparł, wciąż chyba nieco naburmuszony.
- Okey, to dzięki - szybko napisałem, że mi jak najbardziej pasuje.
- Randka? - wyszczerzył zęby na pełną szerokość, szturchając mnie łokciem pod żebra.
- Lind napisała - pomachałem mu przed nosem telefonem - jakieś sprawy z klubem. Może jakiś większy konkurs, jeśli już pisze.
- Od ogłoszeń chyba macie te tablice, nie?
- Ano, przewodnicząca woli taką formę, nikomu to nie przeszkadza. Skoro śle SMSy, to raczej dość pilna sprawa.
- Mmm - pokiwał głową po chwili namysłu - to gnaj na tę grupową randkę, sam zostanę w razie co.
- Możemy zabrać Immi, dotrzyma ci towarzystwa.
- Prędzej piekło zamarznie - fuknął.
- I tak wiem, że chcesz - odparłem, wzruszając lekko ramionami. - No ale dobra, to co, zbieramy się powoli? Zaraz chyba zaczynamy.
- Taa, tylko wezmę jeszcze rzeczy.
- Yup, to raz-dwa-trzy zahaczamy o pokój.
- Dobrze ci radzę, żeby ta kocica trzymała się daleko.
- Spoko, pewnie śpi sobie na twoim łóżku i czeka na swego księcia.
Czesiek wymamrotał pod nosem parę swoich czeskich przekleństw, ale razem szybkim krokiem skierowaliśmy się w stronę 207,5 - Immi akurat wyglądała sobie przez okno. Złapałem słuchawki i lekką kurtkę - na zewnątrz było już na plusie, a śnieg dawno stopniał, ku memu sporemu rozczarowaniu. W Niemczech podobno sporo napadało, dostałem nawet zdjęcie Mariś i bałwanka, którego ulepiła.
- Ruchy, bo się spóźnimy! - pośpieszałem co chwila Cześka.
- Teraz i tak tam prawie ludzi nie ma - przypomniał mi - nie ma pośpiechu.
Przewróciłem oczami.
- Punktualność jest obowiązkiem maluczkich i przywilejem królów, co?
- Dokładnie! - potaknął żywo.
- To ruszaj cztery litery, bo zaraz ci sam pomogę wyjść.
*
- Uff, koniec - wyszedłem na zewnątrz, biorąc łyk ożywczego, zimnego powietrza.
- Mówiłem, ludzi prawie nie było.
- Dlatego nas puściła sporo wcześniej. Środek zimy - wzruszyłem ramionami. - Tu poza lodami jest mało co, i tak dziw, że cały rok mają otwarte. Tak to głównie kawiarnie i tego typu rzeczy.
- W lato za to nie idzie usiąść na sekundę - jęknął, a ja zaraz po nim.
- Sami się do roboty zgłosiliśmy...
- W ogóle, o której masz w końcu to spotkanie?
- Ustalili wreszcie na 16, więc trochę czasu mam - sprawdziłem szybko telefon. - To jak, chcesz jeszcze gdzieś wyskoczyć?
- Na kebsa - wyszczerzył się szeroko.
Westchnąłem, kręcąc głową.
- No tak, czego innego bym się mógł spodziewać.
- Ty stawiasz - przypomniał mi wesoło.
- Weźmiesz jakiś mega zestaw, nie?
- Giganta - potaknął żywo.
- O niebiosa... - potarłem czoło. - Dobra, chodźmy prędko, dobrze, że mam jakieś rabaty.
- Możesz mi kupić jeszcze więcej zatem!
- O na pewno - prychnąłem. - Też chcę coś zjeść.
*
Dokładnie dwie minuty przed szesnastą otworzyłem drzwi do pokoju Klubu Miłośników Sztuki - nieco wytarte, z paroma małymi śladami zaschniętej, żółtej i zielonej farby - od wewnątrz było jednak znacznie gorzej, staraliśmy się dbać w miarę o czystość, chociaż wiadomo - gdy w grę wchodzą kubki, farby, pędzle i nasza gromada, działy się różne rzeczy, nawet jeśli było parę tak zwanych "świętych stref", gdzie panował zawsze wręcz sterylny porządek - chociażby pianino, choć mało kto umiał grać. Przyznaję, że zupełnie inaczej się jednak malowało, gdy ktoś obok brzdękał jakieś melodie - szczególnie, gdy robił to naprawdę dobrze. Ja sam umiałem raczej same podstawy, nieco poduczyła mnie też Lind, ona sama celowała jednak bardziej w skrzypce - od czasu do czasu, gdy było nas mniej, coś zagrała, szczególnie w letnie wieczory.
- Heko, Misiek! - Nitz pomachał do mnie.
- Siema, ferajna - zasalutowałem wszystkim i usiadłem obok Any.
- Wiadomo, o co chodzi?
- Nie, Lindsey jeszcze nie ma - zmarszczyła leciutko brwi.
- Cóż, zaraz się dowiemy. Co słychać tak ogółem? Jak ci poszedł sprawdzian z matmy?
- Średnio rozumiałam ten dział - przyznała z lekkim wahaniem. - Ale wszystkiego się dowiemy niedługo, prawda? Nie ma co się denerwować na zapas!
- Dokładnie - potaknąłem, skubiąc frędzle na kocyku leżącym na oparciu swojego krzesła. Ana miała w sobie ten typ niewymuszonego uroku, od którego człowiekowi wręcz topniało serce, zupełnie jak z Mariś. Może taka cecha młodszych siostrzyczek? - A jak tam u Oliviera?
- Trzyma się, trochę zalatany ostatnio - westchnęła. - Ale obiecał odwiedzić mnie za niedługo.
- O, no widzisz - uśmiechnąłem się.
Akurat w tym momencie weszła też Lind - nieco zasapana, z lekko zarumienionymi policzkami.
- Witam wszystkich, przepraszam wszystkich za spóźnienie - zaczęła szybko, zajmując jedno z wolnych miejsc. - I że to wszystko tak pilnie, ale... dość nagle wynikło parę sytuacji, które nieco zmienią nasze... eee, działanie? - zawiesiła się i wyraźnie poplątała, szukając odpowiedniego sformułowania.
- Spokojnie, spokojnie, szanowna pani - uniosłem rękę. - Głęboki wdech, liczymy do trzech. O co chodzi?
- Tak... - zagryzła wargi. Znakomicie sprawdzała się w swojej roli przewodniczącej klubu i robiła wszystko dla nas, ale była równocześnie nieśmiała i wiedzieliśmy doskonale, jak wielkim wyzwaniem było dla niej przemawianie do tak dużej grupy. - Postanowiłam zrezygnować z roli przewodniczącej klubu.
Równie dobrze mogłaby odpalić obok armatę. Jeden przez drugiego po chwili konsternacji zaczęli zadawać pytania, w tym i ja. Dlaczego? Czemu tak nagle? O co chodzi?
- Dobra, ferajna - podniosłem lekko głos, by uciszyć wszystkich. - Dajmy dojść Lind do głosu, co?
- Um... cóż, przez kilka niespodziewanych sytuacji, obowiązków i nauki musiałam podjąć taką decyzję - wzięła głęboki oddech. - Moglibyśmy wybrać od razu nowego przewodniczącego?
- Naprawdę nie możesz zostać? - Nitzan wychylił się ze swojego krzesła.
- W klubie dalej będę, rzecz jasna, pomagała z całych sił, jednak naprawdę muszę zrezygnować...
- Cóż, no to zróbmy to sprawnie - westchnął Anthony. - Niech się ktoś po prostu zgłosi.
- Przy-przygotowałam już karteczki - stwierdziła Lind, wstając i każdemu z nas wręczając po skrawku papieru. - Napiszcie na nim imię osoby, którą proponujecie na to stanowisko.
Stuknąłem w zamyśleniu długopisem o podbródek, postanawiając w końcu zagłosować na Anę - z której strony by na to nie spojrzeć, była świetną kandydatką.
Przeliczanie poszło szybko - Lind po pogrupowaniu nazwisk uśmiechnęła się lekko.
- Michael Walter Rosenthal - odczytała.
Zamrugałem.
- Obecny - palnąłem.
- Gratulacje - uśmiechnęła się delikatnie. - I życzę powodzenia!
- Hmm, dziękuję - uśmiechnąłem się z zakłopotaniem. - Ale będziesz mi pomagać, nie?
- Na ile będę mogła - potaknęła, poprawiając okulary.
- No to ulga - zrobiłem głęboki wydech. - No cóż, ferajno, postanowiliście męczyć się z takim przewodniczącym, to zmienimy nieco zasady z kotami, co?
- Przeczuwam rolę Immi jako pierwszej damy - Ana spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.
- No toć ba, księżna nasza w końcu - potaknąłem. - I... cóż no, dziękuję wszystkim, postaram się, by choć w połowie dorównać Lind.
- Pamiętaj o terminach, a będzie wszystko dobrze.
- No, z tym może być różnie - potarłem dłonią kark. - Ale najwyżej mnie palniecie sztalugą.
- Trochę jej szkoda - skrzywił się ktoś.
- A mojej głowy to już nikomu - westchnąłem. - Ładnie mnie tu traktujecie!
- Przy okazji, ostatnio było coś z warsztatami malarstwa olejnego. Są już zapisy?
- Trzeba będzie się zorientować - pokiwałem głową. - Lind, wiesz coś?
- W poniedziałek w gabinecie pana Odella powinna być już do odebrania lista.
- No to pięknie - wyszczerzyłem się. - A, no i pamiętajcie, trzeba będzie zrobić imprezkę!
- Przewodniczący stawia?
- Po cukierku wam mogę kupić, jak grzeczni będziecie, pyśki - przewróciłem oczami. - Tak na dobry start!
< No i koniec, dziękuję bardzo~ >
poniedziałek, 5 lutego 2018
Od Cher DO Michaela
Zmiana otoczenia nigdy nie wydawała mi się prosta. Szczególnie, że
nikogo nie znałam. W Sceaux - moim rodzinnym miasteczku, miałam wielu
znajomych, ale rodzice nalegali na mój wyjazd, w celu poznania świata i
zdobycia nowych doświadczeń. Tak oto znalazłam się tu, w północnej
Irlandii.
Początek pierwszego dnia w nowej szkole zleciał mi bardzo szybko. Kiedy zadzwonił dzwonek, zwiastujący przerwę obiadową, jedyne na co miałam ochotę, to zostać w ławce i udawać, że dobrze się bawię, rozwiązując dodatkowe zadania z matematyki. Bałam się wstać i wyjść na korytarz, żeby uświadomić sobie, że byłam samotna. Przekartkowałam zbiór i znalazłam jakieś zadanie z gwiazdką.
- To się nada - mruknęłam cicho pod nosem.
Rozwiązanie jednak okazało się o wiele prostsze niż przewidywałam i skończyłam je po zaledwie paru minutach. Zostało mi jeszcze dużo czasu do dzwonka, więc wstałam od biurka i niepewnie skierowałam się do drzwi na korytarz z myślą, że i tak to mnie nie ominie. Kiedy się rozejrzałam, rozpoznałam z mojej klasy wysoką dziewczynę o krótkich włosach - Natashę, jeśli się nie mylę. Była pochłonięta rozmową z nieznaną mi blondynką. Poprawiłam torbę na ramieniu i skręciłam w kierunku stołówki. Po drodze mijałam osoby, ale wszystkie były dla mnie niczym nieznajome twarze, których ciekawskie oczy przelotnie na mnie zerkały, po czym powracały do poprzednich czynności. Zanim weszłam do stołówki, rozpoznałam jeszcze jedną postać - Akane. Widziałam ją dzień wcześniej, jak wchodziła do pokoju obok mojego. Nigdy nie zamieniłyśmy słowa, ale od razu wiedziałam, że to uprzejma osoba.
Stołówka była zapełniona tłumem głodnych uczniów. Niektórzy z nich siedzieli przy stołach i zajadali się obiadem, inni za to dalej czekali na obiad. Gwar i śmiech przepełniał salę. Powędrowałam do niekrótkiej kolejki, wypatrując przy tym jakiegoś wolnego miejsca. Los chciał, abym już pierwszego dnia zrobiła coś bardzo głupiego. Zapatrzona w tłum, nie zauważyłam człowieka przede mną i wpadłam prosto na jego plecy.
- Bardzo przepraszam - odrzekłam szybko...
ktoś?
Początek pierwszego dnia w nowej szkole zleciał mi bardzo szybko. Kiedy zadzwonił dzwonek, zwiastujący przerwę obiadową, jedyne na co miałam ochotę, to zostać w ławce i udawać, że dobrze się bawię, rozwiązując dodatkowe zadania z matematyki. Bałam się wstać i wyjść na korytarz, żeby uświadomić sobie, że byłam samotna. Przekartkowałam zbiór i znalazłam jakieś zadanie z gwiazdką.
- To się nada - mruknęłam cicho pod nosem.
Rozwiązanie jednak okazało się o wiele prostsze niż przewidywałam i skończyłam je po zaledwie paru minutach. Zostało mi jeszcze dużo czasu do dzwonka, więc wstałam od biurka i niepewnie skierowałam się do drzwi na korytarz z myślą, że i tak to mnie nie ominie. Kiedy się rozejrzałam, rozpoznałam z mojej klasy wysoką dziewczynę o krótkich włosach - Natashę, jeśli się nie mylę. Była pochłonięta rozmową z nieznaną mi blondynką. Poprawiłam torbę na ramieniu i skręciłam w kierunku stołówki. Po drodze mijałam osoby, ale wszystkie były dla mnie niczym nieznajome twarze, których ciekawskie oczy przelotnie na mnie zerkały, po czym powracały do poprzednich czynności. Zanim weszłam do stołówki, rozpoznałam jeszcze jedną postać - Akane. Widziałam ją dzień wcześniej, jak wchodziła do pokoju obok mojego. Nigdy nie zamieniłyśmy słowa, ale od razu wiedziałam, że to uprzejma osoba.
Stołówka była zapełniona tłumem głodnych uczniów. Niektórzy z nich siedzieli przy stołach i zajadali się obiadem, inni za to dalej czekali na obiad. Gwar i śmiech przepełniał salę. Powędrowałam do niekrótkiej kolejki, wypatrując przy tym jakiegoś wolnego miejsca. Los chciał, abym już pierwszego dnia zrobiła coś bardzo głupiego. Zapatrzona w tłum, nie zauważyłam człowieka przede mną i wpadłam prosto na jego plecy.
- Bardzo przepraszam - odrzekłam szybko...
ktoś?
wtorek, 23 stycznia 2018
Od Michaela CD Nitzana
Och, ten dzień zdecydowanie nie zaczął się dobrze...
Zacznijmy od tego,że mam słabą głowę do picia. Zdecydowanie za słabą, powtarzał mi to wujek, teraz z kolei Czesiek wypominał mi to przy każdej możliwej okazji - cóż, ale byłem pewien, że parę piw różnicy dużej nie zrobi... och, ja głupi. Wybrałem się z paroma znajomymi z klubu Miłośników Sztuki na wieczór, wyszliśmy na miasto, celowo się pilnowałem, a i tak ledwo doczłapałem się do pokoju, powitany od progu nieprzychylnym spojrzeniem Immi, która serdecznie nienawidziła zapachu alkoholu - dobitnie zresztą dała mi znać o swojej irytacji, strosząc swoją białą sierść i dumnym, sztywnym krokiem odchodząc w stronę swojego legowiska, na którym to umościła się wygodnie - na dokładkę, odwróciła się do mnie tyłem. Niewdzięczna kocica, ale wtedy przepraszanie jej było ostatnim, o czym myślałem - sporo czasu spędziłem za to sam na sam z kiblem.
Rano, na całe szczęście, czułem się całkiem dobrze - organizm najwyraźniej stwierdził, że absurd nie może aż tak gonić absurdu, a kac po zaledwie dwóch czy trzech... może czterech słabych piwach i paru innych takich to zdecydowanie zbyt dużo. Co nie zmieniało faktu, że gdy dodałem do tego swoje przeziębienie - kie licho wie, czy to już nie grypa - mój poranny nastrój był daleki od szampańskiego. Czesiek wybył na trening cheerleaderek, więc podejrzewałem, że zanim on tam skończy wszystkie podglądać te wszystkie laski, jeszcze sporo czasu się zejdzie, zanim łaskawie postanowi wrócić do biednego, cierpiącego mnie. Na Immi już zupełnie nie mogłem liczyć, kocica wypięła się na mnie i wątpiłem, by miało jej przyjść do końca weekendu. Po imprezie ze sławetnym rozwalaniem ściany, ostentacyjnie pokazywała mi, co sobie myśli przez dobry miesiąc. Pierwszy tydzień czarno zapisał się w mojej pamięci... kobiecy foch to straszna rzecz, ale gdy dochodzi jeszcze do tego koci gatunek, mamy istny Armagedon.
Przejechałem dłonią po twarzy, waląc nosem z powrotem w poduszkę. gdybym tylko mógł, najchętniej zostałbym dzisiaj w łóżku, zwinięty tak w pozycji embrionalnej, ale żołądek coraz żwawiej przypominał mi o swoim istnieniu, domagając się czegoś do zapchania swych czeluści.
- Nie ma mowy, gówniaku - wymruczałem z twarzą wciąż wciśniętą w miękką pościel.
~ Brrr ~ zaprotestował ~ brbrgdmipswwww...
- Dokładnie tak. A teraz się zamknij, bardzo proszę...
~ Brrrr...tswarduuuuuh ~ nie ustępował.
- Tak, stary, wygadaj się. Tylko nie bądź tak wylewny, jak wczoraj, bardzo proszę...
~ Mfrgh... krkhaaaal...
- Kimże ja jestem, by się z tobą kłócić? Ja, zależny od ciebie...
~ BRGHHH!
- Jesteś bardzo przekonywujący, mój drogi... pogadamy wieczorem, co?
~ SCHEISSE!
- Na przyszłość, lepsza siła argumentu, niż argument siły - warknąłem, zaciskając szczęki i zwieracze. - Pierwsza zasada kulturalnej dyskusji.
I pognałem do kibla. Cóż, przynajmniej wstałem. I pobiłem swój osobisty rekord sprintu...
***
Pół godziny później, odświeżony i dużo bardziej wypoczęty, choć nadal z tępym pulsowaniem we łbie, wylazłem z kibla, mocno postanawiając sobie, że nigdy, nigdy więcej... pół biedy, że mieliśmy już weekend, bo nawet nie wyobrażałem sobie siebie teraz na jakiejkolwiek lekcji.
W tym momencie, moje rozważania przerwało coś pod nogami... nim zdążyłem zareagować, głośno miaucząca z oburzeniem przeszkoda wbiła się pazurami w moje nogi i zwiała, a ja, utraciwszy punkt równowagi, runąłem jak długi na podłogę, przy okazji obijając brzuch o kant szafy. Leżałem tak zwinięty w kłębek kilkanaście sekund, głośno wyklinając świat we wszystkich językach, jakie znałem - nie ma to jak uczyć się od wujka, pobyt tutaj też nauczył mnie tego i owego,chociaż w tamtej chwili byłem raczej zbyt zajęty, by poczuć wdzięczność.
I, oczywiście, nagle moje postękiwania przerwało pukanie do drzwi. Ktoś przyszedł się poskarżyć na hałas? Jęcząc i próbując zachować równowagę, chwiejnie wstałem i od razu złapałem za klamkę, by mieć o co się oprzeć. Otworzyłem krótko później, lustrując wzrokiem przybysza - niskiego, długowłosego bruneta, którego skądś kojarzyłem... a, nasz sąsiad, Nitzan. Chyba nawet Czesiek coś o nim mówił.
- Przepraszam jeśli byłem za głośno, uderzyłem się w brzuch i... - zacząłem, zaciskając zęby, chłopak jednak zaraz mi przerwał, pod nos podtykając mi... coś. Byłem zbyt rozkojarzony, by skupić wzrok i ustalić, co to za dziwadło.
- Misiek rozerwał się na pół! Błagam, pomóż! - krzyknął rozpaczliwie, niemal wpychając się do mojego pokoju.Zaskoczony, odsunąłem się w bok, gestem dając mu znać, by rzeczywiście wszedł, a potem zamknąłem drzwi, ciężko opierając się o tę cholerną szufladę.
- Misiek - powtórzyłem tępo. Podejrzewałem, że raczej nie chodzi o mnie. Aż tak źle ze mną nie było, chociaż było blisko. Kocica musiała być w zmowie z szufladą. Jeszcze trochę i rzeczywiście weźmiemy zamiast niej psa, a ją się wyśle do domu. Och, już widzę radość Cześka...
- Tak! - potwierdził, patrząc na mnie z rozpaczą. Teraz dopiero rozpoznałem, co tam trzymał: kubek. Rozbity kubek, ściślej rzecz ujmując.
- Ech - potarłem czoło, usiłując zebrać myśli. I co ja mam, do cholery, zrobić? Pocałować go w czółko? Naprawdę nie kontaktowałem. - Chcesz... ten... jakiś zapasowy?
- Chcę uratować misia!
Milczałem długą chwilę, usiłując przetrawić informacje. Za dużo danych, za dużo, jeszcze to obrażone miauczenie Immi, jak skowyt...
- Daj mi coś na kaca i zabierz tego kota, a będę uratowany - mruknąłem. - I najlepiej zawołaj tego sznycla...
- Słucham? - zmarszczył brwi.
- Aaa... bo ty kubek. Dobra. Kubek. Kubek to misiek, rozumiem. Też jestem Misiek. Misiek, miło poznać. Miśki pomagają sobie w potrzebie, nie? Ty też Misiek? Niee, dobra, Nitzan, pamiętam. Chcesz uratować kolegę? Klej, taśma? Powinno się coś znaleźć...
Zacznijmy od tego,że mam słabą głowę do picia. Zdecydowanie za słabą, powtarzał mi to wujek, teraz z kolei Czesiek wypominał mi to przy każdej możliwej okazji - cóż, ale byłem pewien, że parę piw różnicy dużej nie zrobi... och, ja głupi. Wybrałem się z paroma znajomymi z klubu Miłośników Sztuki na wieczór, wyszliśmy na miasto, celowo się pilnowałem, a i tak ledwo doczłapałem się do pokoju, powitany od progu nieprzychylnym spojrzeniem Immi, która serdecznie nienawidziła zapachu alkoholu - dobitnie zresztą dała mi znać o swojej irytacji, strosząc swoją białą sierść i dumnym, sztywnym krokiem odchodząc w stronę swojego legowiska, na którym to umościła się wygodnie - na dokładkę, odwróciła się do mnie tyłem. Niewdzięczna kocica, ale wtedy przepraszanie jej było ostatnim, o czym myślałem - sporo czasu spędziłem za to sam na sam z kiblem.
Rano, na całe szczęście, czułem się całkiem dobrze - organizm najwyraźniej stwierdził, że absurd nie może aż tak gonić absurdu, a kac po zaledwie dwóch czy trzech... może czterech słabych piwach i paru innych takich to zdecydowanie zbyt dużo. Co nie zmieniało faktu, że gdy dodałem do tego swoje przeziębienie - kie licho wie, czy to już nie grypa - mój poranny nastrój był daleki od szampańskiego. Czesiek wybył na trening cheerleaderek, więc podejrzewałem, że zanim on tam skończy wszystkie podglądać te wszystkie laski, jeszcze sporo czasu się zejdzie, zanim łaskawie postanowi wrócić do biednego, cierpiącego mnie. Na Immi już zupełnie nie mogłem liczyć, kocica wypięła się na mnie i wątpiłem, by miało jej przyjść do końca weekendu. Po imprezie ze sławetnym rozwalaniem ściany, ostentacyjnie pokazywała mi, co sobie myśli przez dobry miesiąc. Pierwszy tydzień czarno zapisał się w mojej pamięci... kobiecy foch to straszna rzecz, ale gdy dochodzi jeszcze do tego koci gatunek, mamy istny Armagedon.
Przejechałem dłonią po twarzy, waląc nosem z powrotem w poduszkę. gdybym tylko mógł, najchętniej zostałbym dzisiaj w łóżku, zwinięty tak w pozycji embrionalnej, ale żołądek coraz żwawiej przypominał mi o swoim istnieniu, domagając się czegoś do zapchania swych czeluści.
- Nie ma mowy, gówniaku - wymruczałem z twarzą wciąż wciśniętą w miękką pościel.
~ Brrr ~ zaprotestował ~ brbrgdmipswwww...
- Dokładnie tak. A teraz się zamknij, bardzo proszę...
~ Brrrr...tswarduuuuuh ~ nie ustępował.
- Tak, stary, wygadaj się. Tylko nie bądź tak wylewny, jak wczoraj, bardzo proszę...
~ Mfrgh... krkhaaaal...
- Kimże ja jestem, by się z tobą kłócić? Ja, zależny od ciebie...
~ BRGHHH!
- Jesteś bardzo przekonywujący, mój drogi... pogadamy wieczorem, co?
~ SCHEISSE!
- Na przyszłość, lepsza siła argumentu, niż argument siły - warknąłem, zaciskając szczęki i zwieracze. - Pierwsza zasada kulturalnej dyskusji.
I pognałem do kibla. Cóż, przynajmniej wstałem. I pobiłem swój osobisty rekord sprintu...
***
Pół godziny później, odświeżony i dużo bardziej wypoczęty, choć nadal z tępym pulsowaniem we łbie, wylazłem z kibla, mocno postanawiając sobie, że nigdy, nigdy więcej... pół biedy, że mieliśmy już weekend, bo nawet nie wyobrażałem sobie siebie teraz na jakiejkolwiek lekcji.
W tym momencie, moje rozważania przerwało coś pod nogami... nim zdążyłem zareagować, głośno miaucząca z oburzeniem przeszkoda wbiła się pazurami w moje nogi i zwiała, a ja, utraciwszy punkt równowagi, runąłem jak długi na podłogę, przy okazji obijając brzuch o kant szafy. Leżałem tak zwinięty w kłębek kilkanaście sekund, głośno wyklinając świat we wszystkich językach, jakie znałem - nie ma to jak uczyć się od wujka, pobyt tutaj też nauczył mnie tego i owego,chociaż w tamtej chwili byłem raczej zbyt zajęty, by poczuć wdzięczność.
I, oczywiście, nagle moje postękiwania przerwało pukanie do drzwi. Ktoś przyszedł się poskarżyć na hałas? Jęcząc i próbując zachować równowagę, chwiejnie wstałem i od razu złapałem za klamkę, by mieć o co się oprzeć. Otworzyłem krótko później, lustrując wzrokiem przybysza - niskiego, długowłosego bruneta, którego skądś kojarzyłem... a, nasz sąsiad, Nitzan. Chyba nawet Czesiek coś o nim mówił.
- Przepraszam jeśli byłem za głośno, uderzyłem się w brzuch i... - zacząłem, zaciskając zęby, chłopak jednak zaraz mi przerwał, pod nos podtykając mi... coś. Byłem zbyt rozkojarzony, by skupić wzrok i ustalić, co to za dziwadło.
- Misiek rozerwał się na pół! Błagam, pomóż! - krzyknął rozpaczliwie, niemal wpychając się do mojego pokoju.Zaskoczony, odsunąłem się w bok, gestem dając mu znać, by rzeczywiście wszedł, a potem zamknąłem drzwi, ciężko opierając się o tę cholerną szufladę.
- Misiek - powtórzyłem tępo. Podejrzewałem, że raczej nie chodzi o mnie. Aż tak źle ze mną nie było, chociaż było blisko. Kocica musiała być w zmowie z szufladą. Jeszcze trochę i rzeczywiście weźmiemy zamiast niej psa, a ją się wyśle do domu. Och, już widzę radość Cześka...
- Tak! - potwierdził, patrząc na mnie z rozpaczą. Teraz dopiero rozpoznałem, co tam trzymał: kubek. Rozbity kubek, ściślej rzecz ujmując.
- Ech - potarłem czoło, usiłując zebrać myśli. I co ja mam, do cholery, zrobić? Pocałować go w czółko? Naprawdę nie kontaktowałem. - Chcesz... ten... jakiś zapasowy?
- Chcę uratować misia!
Milczałem długą chwilę, usiłując przetrawić informacje. Za dużo danych, za dużo, jeszcze to obrażone miauczenie Immi, jak skowyt...
- Daj mi coś na kaca i zabierz tego kota, a będę uratowany - mruknąłem. - I najlepiej zawołaj tego sznycla...
- Słucham? - zmarszczył brwi.
- Aaa... bo ty kubek. Dobra. Kubek. Kubek to misiek, rozumiem. Też jestem Misiek. Misiek, miło poznać. Miśki pomagają sobie w potrzebie, nie? Ty też Misiek? Niee, dobra, Nitzan, pamiętam. Chcesz uratować kolegę? Klej, taśma? Powinno się coś znaleźć...
< Nitzan~? >
sobota, 20 stycznia 2018
Od Nitzana DO Michaela
Stałem jak słup przez dobre dwie minuty. Zamknąłem ją i otworzyłem ponownie. I jeszcze raz. I znowu. Chrup, trzask, bum Czy to moje ryby? Może jakiś ptak wali w okno? Nie.. to moje serce. Pęka na kawałeczki, umierając na widok pustej szafki i włączonej zmywarki. Jak mogłem do tego dopuścić? Gdzie podziały się moje zapasy?
- Nie martw się zaraz coś znajdziemy...-Poklepałem mój brzuszek i kucnąłem by przeszukać szufladę z talerzami. A może...? W końcu kiedyś znalazłem tam buty... Skubane, szukałem ich przez dwa tygodnie. Musiałem chodzić w zimowcach....Zacząłem błądzić wzrokiem po szklanych krawędziach. Płasko, płasko... Jest! Okrągło! Rozradowany podniosłem wymarzony kubek i podskoczyłem z radością. Za nim zdałem sobie sprawę z głupoty mojego czynu, walnąłem głową w otwartą szafkę. Syknąłem i potarłem ręką bolące miejsce. Minęło dobre pięć sekund zanim zorientowałem się, że coś było nie tak. Moja dłoń była pusta. O nie... Przełknąłem głośno ślinę i powoli spuściłem wzrok. Był tam. Żółty... I pęknięty idealnie w połowie. Poczułem łzy napływające mi do oczu.
- Misiek! -zawołałem przerażony patrząc na pękniętą niedźwiedzią mordkę. Niemal słyszałem jego krzyk bólu i ciche "Sakra!" padające z jego ust. Brzmiało to tak realnie jak nigdy...
- Misiu, przyjacielu nie rób mi tego... Błagam!- wyszeptałem patrząc na mój ukochany kubek. W końcu otrząsnąłem się i wstalem. Jest tylko jedno wyjście..
Klej, klej, klej.. O BŁOGOSŁAWIONA MAKRELO CZĘSTOCHOWSKA! Gdzie jest mój klej?! Dlaczego jak go potrzebuję to go nie ma?! Zacząłem grzebać po okolicznych półkach szukając kropelki. Niestety... Półki były puste. Jedyne co znalazłem to marne resztki leżące sobie przy makiecie, którą sklejałem dzień wcześniej.
-Nie, nie, nie NIE! - jęknąłem zrozpaczony. Dlaczego?! Po co uparłem się na tego głupiego, papierowego mamuta? Myśl, Nitzan, myśl! W końcu do głowy przyszedl mi pewien pomysł. Przecież nie mogę być jedyną osobą w ośrodku, która ma zapasy kleju... Właśnie! Mogę pobiec do Niki! Albo lepiej! Odwiedzę któregoś z sąsiadów! To może być początek pięknej kolorowej przyjaźni! Trzymając, resztki kubka wybiegłem na korytarz i zapukałem do pierwszych drzwi jakie zobaczyłem. Raz kozie śmierć! Kiedy się otworzyły usłyszałem obolały głos:
- Przepraszam jeśli byłem za głośno, uderzyłem się w brzuch i- pokręciłem głową i przez łzy zawołałem pokazując ofiarę wyżej:
- Misiek rozerwał się na pół! Blagam, pomóż!
<Misiu, kubeczku ty mój?>
- Nie martw się zaraz coś znajdziemy...-Poklepałem mój brzuszek i kucnąłem by przeszukać szufladę z talerzami. A może...? W końcu kiedyś znalazłem tam buty... Skubane, szukałem ich przez dwa tygodnie. Musiałem chodzić w zimowcach....Zacząłem błądzić wzrokiem po szklanych krawędziach. Płasko, płasko... Jest! Okrągło! Rozradowany podniosłem wymarzony kubek i podskoczyłem z radością. Za nim zdałem sobie sprawę z głupoty mojego czynu, walnąłem głową w otwartą szafkę. Syknąłem i potarłem ręką bolące miejsce. Minęło dobre pięć sekund zanim zorientowałem się, że coś było nie tak. Moja dłoń była pusta. O nie... Przełknąłem głośno ślinę i powoli spuściłem wzrok. Był tam. Żółty... I pęknięty idealnie w połowie. Poczułem łzy napływające mi do oczu.
- Misiek! -zawołałem przerażony patrząc na pękniętą niedźwiedzią mordkę. Niemal słyszałem jego krzyk bólu i ciche "Sakra!" padające z jego ust. Brzmiało to tak realnie jak nigdy...
- Misiu, przyjacielu nie rób mi tego... Błagam!- wyszeptałem patrząc na mój ukochany kubek. W końcu otrząsnąłem się i wstalem. Jest tylko jedno wyjście..
Klej, klej, klej.. O BŁOGOSŁAWIONA MAKRELO CZĘSTOCHOWSKA! Gdzie jest mój klej?! Dlaczego jak go potrzebuję to go nie ma?! Zacząłem grzebać po okolicznych półkach szukając kropelki. Niestety... Półki były puste. Jedyne co znalazłem to marne resztki leżące sobie przy makiecie, którą sklejałem dzień wcześniej.
-Nie, nie, nie NIE! - jęknąłem zrozpaczony. Dlaczego?! Po co uparłem się na tego głupiego, papierowego mamuta? Myśl, Nitzan, myśl! W końcu do głowy przyszedl mi pewien pomysł. Przecież nie mogę być jedyną osobą w ośrodku, która ma zapasy kleju... Właśnie! Mogę pobiec do Niki! Albo lepiej! Odwiedzę któregoś z sąsiadów! To może być początek pięknej kolorowej przyjaźni! Trzymając, resztki kubka wybiegłem na korytarz i zapukałem do pierwszych drzwi jakie zobaczyłem. Raz kozie śmierć! Kiedy się otworzyły usłyszałem obolały głos:
- Przepraszam jeśli byłem za głośno, uderzyłem się w brzuch i- pokręciłem głową i przez łzy zawołałem pokazując ofiarę wyżej:
- Misiek rozerwał się na pół! Blagam, pomóż!
<Misiu, kubeczku ty mój?>
wtorek, 16 stycznia 2018
Od Michaela CD Astrid
Spanie na podłodze przypominało mi noce pod chmurką.
Technicznie rzecz biorąc, bardzo się od siebie różniły, ale kiedy próbowałem zasnąć, wpatrzony w jakiś punkt na suficie, a przed oczami stawały mi właśnie czasy, gdy regularnie wyprawialiśmy się z wujkiem i dziadziem na parę dni w różne miejsca - a to okoliczne lasy, a to trochę dalej, na przykład w góry. Odkąd skończyłem szósty rok życia, zabierali mnie regularnie na te wyprawy - wtedy towarzyszył nam nawet ojciec. Dziadzio, jako zawołany włóczykij i niespokojny duch, miał naprawdę niesamowitą wiedzę i umiał zrobić szałas dosłownie ze wszystkiego - swoim zamiłowaniem do takich "męskich"wypraw, jak je określał,zaraził najpierw synów, a potem i wnuka - czyli mnie. Jak na swoje siedemdziesiąt pięć wiosen, trzymał się naprawdę nieźle się trzymał. Co prawda, od dwóch lat zdrowie już mu nie pozwalało na dłuższe, piesze wycieczki, ale wciąż lubił chadzać sobie na spacery do lasu. Ciągle doglądał gospodarstwa, cokolwiek, byleby tylko nie siedzieć w miejscu - jak zresztą większość Rosenthalów. Uśmiechnąłem się krzywo - ta cecha nie zawsze przynosiła wiele dobrego. Ba, nawet wręcz przeciwnie. Zacisnąłem dłonie w pięści, naciągając koc pod samą brodę. Och, teraz było dużo cieplej, wręcz za gorąco. Nim jednak zdążyłem pomyśleć nad zmianą pozycji, odpłynąłem do krainy snów...
***
Przeciągnąłem się, ziewając szeroko niczym niedźwiedź po śnie zimowym - przetarłem dłońmi oczy, usiłując powrócić do rzeczywistości, po czym spróbowałem wymacać telefon, który powinien leżeć gdzieś pod łóżkiem.
Cholera, coś było bardzo nie tak...
Pacnąłem ręką drugą stronę legowiska, mając nadzieję, że w jakiś dziwny sposób po prostu przekręciłem się na bok czy kie licho wie, na jaką pozycję... ale trafiłem na coś ciepłego i miękkiego. Wykluczyłem od razu Immi - kocica już dawno by mnie podrapała, gdzie zresztą jej futerko? Mariś... nie, mała jest w Niemczech...
- Czesiek - mruknąłem, otwierając jedno oko. - Też bardzo cię lubię, ale możesz mi łaskawie wytłumaczyć,co robisz w moim łóżku?
Problem leżał tylko w tym, że ten kurdupel nie miał długich, czarnych włosów. I w ogóle... mieliśmy trochę inny pokój.
Zmusiłem się do zebrania myśli. Telefon wreszcie znalazłem - środa, godzina ósma... och, jak dobrze, przynajmniej nie jestem spóźniony. Nic nie piłem, a miałem wrażenie, jakbym był po paru piwach. Tak, zdecydowanie nie można określić mnie jako gościa z mocnym łbem. Ale to nie zmienia faktu, że ostatnio namówili mnie z tydzień temu.
- Michael? - usłyszałem zaspany, dziewczęcy głos. A mi wreszcie zaświtało coś w tym zakutym łbie!
- Astrid - ziewnąłem. - No tak, to twój pokój...
Wylazłem spod koców - nie przyszło mi nawet do głowy, by zapytać, co właściwie robiła na moim posłaniu, skoro ma własne łóżko...
- Zaczynasz lekcje za niecałą godzinę, tak - zapytałem, ogarniając powoli swoje rzeczy. - Poskładam tu koce i uciekam, mogę ci je wyprać albo coś, jeśli chcesz... wstań już może lepiej ogółem, za niedługo zaczynacie, ja już też uciekam. Lepiej się czujesz? Dziękuję za przenocowanie.
Miałem szczerą nadzieję, że niczego nie zapomniałem.
- Ogółem, jak coś, mogę wstąpić jeszcze po lekcjach, zobaczę, jak się będziesz czuć. Co tu jeszcze... a, pamiętaj o lekach i wszystkim. Zamierzasz ogółem iść na lekcje dziś czy jeszcze wolisz poleżeć? - gadałem dużo, usiłując ukryć lekkie poddenerwowanie. Miałem szczerą nadzieję, że nie oberwie się nam za tę noc ani nic... chociaż, po tych wszystkich ochrzanach, jakie zgarnęliśmy z Cześkiem... ale z drugiej strony... ech, popisałem się, niema co!
<Astrid? >
poniedziałek, 8 stycznia 2018
Od Michaela CD Mayumi
Walnąłem zdecydowanie za wysoko linię horyzontu.
- Teraz już raczej tego nie poprawisz, nie? - Ana pochyliła się lekko nad obrazem, a jej płowe kosmyki musnęły delikatnie kubeczek z farbami.
- Będzie ciężko - ocenił Anthony, szturchając mnie lekko w ramię. - A ostrzegałem, nie?
- Huh, trochę za późno się zorientowałem - westchnąłem ciężko, przejeżdżając dłonią po twarzy. - I cała praca zmarnowana.
- Dramatyzujesz - nasza cicha przewodnicząca podniosła głowę znad swojego obrazu w drugim rogu sali. - Może na konkurs będziesz musiał zacząć od nowa, ale zawsze można coś wykombinować.
- Właśnie, to pobudza inwencję twórczą - uśmiechnęła się Ana. - Na pewno coś wykombinujesz!
- Na razie pójdzie do półki "na później" - stwierdziłem, biorąc płótno. - Ech, a trzeba było się za to wcześniej brać.
- Zawsze to powtarzasz - zauważyła przewodnicząca, nie odrywając oczu od swojego niedokończonego pejzażu.
- Systematyczność nie jest moją mocną stroną - wzruszyłem ramionami ze słabym uśmiechem. - Mam czas do piątku.
- Dziś jest środa...
- Widzisz, mam cały czwartek - machnąłem beztrosko ręką, wstając. - Dobra, idę po trochę weny, ludzie, powodzenia wam!
- Idź, idź, tylko pamiętaj, żeby to ogarnąć.
- Jasne, jasne - wyszczerzyłem się. Dzięki za troskę, Lind. Bądźcie grzeczni, pa!
Z tymi słowami zamknąłem za sobą drzwi, ruszając do pokoju 207,5. Możliwie cicho otworzyłem drzwi, by nie obudzić Immi czy Cześka - jak się jednak okazało, brat się gdzieś zmył, a Immi siedziała wygodnie na parapecie, kątem okna obserwując płatki śniegu, z wolna opadające na ziemię. Dolałem kotce nieco wody, zabrałem kurtkę i wyszedłem z pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi.
- No, czas zaczerpnąć nieco świeżego powietrza - uznałem, dziarskim krokiem ruszając w stronę parku ze szkicownikiem pod pachą.
*
Zapuściłem się trochę dalej, niż normalnie - zimowy świat zauroczył mnie jednak na tyle, że, pochłonięty całkowicie pięknem śnieżnych krajobrazów, sunąłem wolno gdzie mnie stopy poniosły. W końcu zawędrowałem w okolice niewielkiego lasku - poszycie zakryła warstwa fantazyjnych wzorów szronu, a korony wysokich drzew tuliły do swoich gałęzi grube kołdry śniegu. Usiadłem tak, by mieć dobry widok na las, po czym zabrałem się za szkicowanie...
Dopóki mojej uwagi nie zwrócił tętent kopyt. Uniosłem głowę, a mój wzrok napotkał galopującego, srokatego konia z jeźdźcem na grzbiecie, który wykrzykiwał jakieś komendy. Och, tak, tak.
- Gdybym mógł tylko zatrzymać czas - wymruczałem, robiąc im zdjęcie na tle lasku.
Wtedy też jednak dotarło do mnie, że dosiadający biegnącego wierzchowca wręcz wywrzaskuje te komendy, zdecydowanie za szybko i mocno trzyma się konia - zrozumiałe przy takiej prędkości, ale wydawał się być wręcz... spanikowany?
- Scheisse, co tam się wyprawia? - mruknąłem, wstając szybko. Ruszyłem biegiem w ich stronę. - Hej, słyszysz mnie tam? Ty tam na koniu?!
Jeździec zdawał się mnie nie słyszeć, więc spróbowałem zbliżyć się jeszcze bardziej, biorąc pod uwagę możliwości moje i te galopującego konia, wypadałem... cóż, dość blado. Fartem, srokacz nagle zwolnił, prychając i unosząc wysoko kopyta, dzięki czemu, brnąc na skos przez mokry, śliski teren, mogłem ich dogonić.
- No... nareszcie - mruknąłem, z trudem łapiąc oddech. - Dość dziwnie wyglądała ta wasza przejażdżka, wszystko dobrze?
< May? Poniedziałek nie służy wenie, przepraszam >
- Teraz już raczej tego nie poprawisz, nie? - Ana pochyliła się lekko nad obrazem, a jej płowe kosmyki musnęły delikatnie kubeczek z farbami.
- Będzie ciężko - ocenił Anthony, szturchając mnie lekko w ramię. - A ostrzegałem, nie?
- Huh, trochę za późno się zorientowałem - westchnąłem ciężko, przejeżdżając dłonią po twarzy. - I cała praca zmarnowana.
- Dramatyzujesz - nasza cicha przewodnicząca podniosła głowę znad swojego obrazu w drugim rogu sali. - Może na konkurs będziesz musiał zacząć od nowa, ale zawsze można coś wykombinować.
- Właśnie, to pobudza inwencję twórczą - uśmiechnęła się Ana. - Na pewno coś wykombinujesz!
- Na razie pójdzie do półki "na później" - stwierdziłem, biorąc płótno. - Ech, a trzeba było się za to wcześniej brać.
- Zawsze to powtarzasz - zauważyła przewodnicząca, nie odrywając oczu od swojego niedokończonego pejzażu.
- Systematyczność nie jest moją mocną stroną - wzruszyłem ramionami ze słabym uśmiechem. - Mam czas do piątku.
- Dziś jest środa...
- Widzisz, mam cały czwartek - machnąłem beztrosko ręką, wstając. - Dobra, idę po trochę weny, ludzie, powodzenia wam!
- Idź, idź, tylko pamiętaj, żeby to ogarnąć.
- Jasne, jasne - wyszczerzyłem się. Dzięki za troskę, Lind. Bądźcie grzeczni, pa!
Z tymi słowami zamknąłem za sobą drzwi, ruszając do pokoju 207,5. Możliwie cicho otworzyłem drzwi, by nie obudzić Immi czy Cześka - jak się jednak okazało, brat się gdzieś zmył, a Immi siedziała wygodnie na parapecie, kątem okna obserwując płatki śniegu, z wolna opadające na ziemię. Dolałem kotce nieco wody, zabrałem kurtkę i wyszedłem z pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi.
- No, czas zaczerpnąć nieco świeżego powietrza - uznałem, dziarskim krokiem ruszając w stronę parku ze szkicownikiem pod pachą.
*
Zapuściłem się trochę dalej, niż normalnie - zimowy świat zauroczył mnie jednak na tyle, że, pochłonięty całkowicie pięknem śnieżnych krajobrazów, sunąłem wolno gdzie mnie stopy poniosły. W końcu zawędrowałem w okolice niewielkiego lasku - poszycie zakryła warstwa fantazyjnych wzorów szronu, a korony wysokich drzew tuliły do swoich gałęzi grube kołdry śniegu. Usiadłem tak, by mieć dobry widok na las, po czym zabrałem się za szkicowanie...
Dopóki mojej uwagi nie zwrócił tętent kopyt. Uniosłem głowę, a mój wzrok napotkał galopującego, srokatego konia z jeźdźcem na grzbiecie, który wykrzykiwał jakieś komendy. Och, tak, tak.
- Gdybym mógł tylko zatrzymać czas - wymruczałem, robiąc im zdjęcie na tle lasku.
Wtedy też jednak dotarło do mnie, że dosiadający biegnącego wierzchowca wręcz wywrzaskuje te komendy, zdecydowanie za szybko i mocno trzyma się konia - zrozumiałe przy takiej prędkości, ale wydawał się być wręcz... spanikowany?
- Scheisse, co tam się wyprawia? - mruknąłem, wstając szybko. Ruszyłem biegiem w ich stronę. - Hej, słyszysz mnie tam? Ty tam na koniu?!
Jeździec zdawał się mnie nie słyszeć, więc spróbowałem zbliżyć się jeszcze bardziej, biorąc pod uwagę możliwości moje i te galopującego konia, wypadałem... cóż, dość blado. Fartem, srokacz nagle zwolnił, prychając i unosząc wysoko kopyta, dzięki czemu, brnąc na skos przez mokry, śliski teren, mogłem ich dogonić.
- No... nareszcie - mruknąłem, z trudem łapiąc oddech. - Dość dziwnie wyglądała ta wasza przejażdżka, wszystko dobrze?
< May? Poniedziałek nie służy wenie, przepraszam >
Od Michaela CD Sun
Kołysałem roztrzęsioną kotkę w ramionach, wolną ręką gładząc jej biała, teraz nastroszoną sierść. Immi na przemian miauczała i syczała na psy, rozpaczliwie machając łapkami. Pazurki Księżnej zahaczały o materiał mojej kurtki i skóry, nie reagowałem jednak - każda takowa próba mogłaby się zakończyć paniką pupilki, na co zupełnie nie miałem ochoty, dość ma już zszarganych nerwów. Dlatego teraz obserwowałem uważnie trójkę psów, wyczulony na każdy, choćby najmniejszy ruch, szczególnie tego dużego, puchatego... hm, jak nazywała się ta rasa? Akita? Czyli to taki Hachiko? Przed oczami stanęło mi wspomnienie pewnego zimowego wieczoru rok temu, kiedy to razem z Mariś oglądaliśmy film o wiernym psiaku i Mała kolejny tydzień spędziła na tonięciu we łzach, opowiadając każdemu w domu, czy to wujkowi, czy sąsiadom, historię akity. Ba, próbowała nawet przekonać nas, żebyśmy przygarnęli takiego Hachiko, koronnym argumentem przeciwko całemu pomysłowi była Immi, do Małej nie trafiały bowiem argumenty typu brak rasowych psów, szczególnie tego typu, w tutejszych schroniskach czy nawet jakichś hodowlach i innych cudach, a utrzymanie takiego bydlaka wynosiłoby chyba fortunę. Ostatecznie więc skapitulowała, mając na uwadze dobro ukochanej Immi, wciąż jednak lubiła od czasu do czasu próbować przyprowadzać bezpańskie psy z ulicy. Ba, w ostatnim liście wujek nawet mi opisywał, jak Młoda ostatnio wróciła z wielkim kundlem, który "wyglądał jak tyranozaur", cokolwiek to miało znaczyć - wujek miał tendencję do wyolbrzymiania.
Ten akita jednak, poza wyglądem, żadną miarą nie przypominał mi sympatycznego Hachiko. Jak przez mgłę przemknęły mi jednak słowa Mariś, która dosłownie połykała wiedzę o psach jak czekoladę - to psy również obronne, stróże. Cóż, jak widać, i antykotowe.
- Nie no, w porządku - powiedziałem mimo wszystko, mierząc nieprzychylnym wzrokiem Ksiama... jak ona go nazwała? A, Xiao. Zupełnie nieniemieckie imię, co jak co. Z drugiej strony, panna doprowadziła to zbiorowisko do porządku, ale kie licho wie, czy któreś znowu nie skoczy. Cofnąłem się o krok od akity. - Ale z tobą wszystko w porządku?
Martwiłem się trochę, czy przez całą tą akcję nic sobie nie zrobiła, zaliczyła w końcu całkiem bolesny upadek.
- Mi nic nie jest, ale... twój kot... twoja ręka... - zauważyła, niepewnie wskazując na mnie.
Szczerze mówiąc, zadrapanie na moim nadgarstku było teraz najmniejszym z moich zmartwień. Dużo bardziej denerwowałem się o Immi - przez bok kotki przechodziła długa, choć cienka i raczej niegroźna szrama. Miała też lekko nadszarpnięte uszko.
- Cóż, mamy nauczkę, by uważać - wzruszyłem ramionami, przechylając głowę, by lepiej zbadać skaleczenie kotki. - Puściłem ją ze smyczy, a od dawna nie wychodziła, mój błąd. Dobrze, że więcej było strachu jak szkody.
- Lepiej to opatrzyć - zmarszczyła brwi.
- Owszem - potaknąłem. - Zajmę się tym, jak wrócę do siebie. A jak z twoimi psi... psami?
Zanotowałem wcześniej, że była dość wyczulona na określenia typu "psiska", a wolałem niczego nie prowokować, tym bardziej, że sam byłem dość zdenerwowany, uleciała ze mnie wszelka ochota na żarciki. Zziajany i z wciąż szybko bijącym sercem, marzyłem tylko o znalezieniu się w bezpiecznym miejscu.
- Im na pewno nic nie jest - stwierdziła sucho, wzdychając. - Raz jeszcze przepraszam.
- Oj tam - wyszczerzyłem się. - Grunt, że nic poważnego się nie stało żadnej ze stron. Michael ogółem... cóż, zważywszy na okoliczności, to może trochę dziwnie zabrzmieć, ale miło poznać.
- Sun Xing.
- Podobna wymowa, jak imię twojego psa - zauważyłem, wskazując na akitę. Immi zamiauczała w moich ramionach.
- To jest Xiao - przewróciła oczami ze słabym uśmiechem.
- Jakoś to tak mi brzmi...hm, wschodnio. Koreanka?
- Chinka.
- Huh, no to daleko masz do mnie, Niemcy pozdrawiają. Ogółem, wcześniej cię nie widziałem, nowa?
Mówiąc to, równocześnie poprawiłem obróżkę Immi, powoli szykując się do powrotu, by nie męczyć dodatkowo ani kotki, ani Sun.
< Sun? Przepraszam, że dopiero odpisuję >
Subskrybuj:
Posty (Atom)

