Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaito. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaito. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 września 2017
poniedziałek, 10 lipca 2017
Od Kaito CD Toshiro
„To nie ma sensu… to nie ma sensu… to nie ma sensu…” – powtarzałem w myślach.
Od dobrej godziny wpatrywałem się pusto w książkę przed sobą, a gdzieś w tyle głowy słyszałem głos Toshiro, mówiący o rzeczach, które teoretycznie wiedziałem, a w praktyce, kiedy tylko trzeba o nich mówić - wypadały z głowy. Czyli cała powtórka polegała na tym, że informacje jednym uchem wpadały, a drugim wylatywały. Jednak najbardziej skupiałem się na błaganiu swojego umysłu, by nagle nie odstawił szopki i postanowił wyrzucić blondyna z pamięci. Byłoby trochę… no cóż, niezręcznie. Dodatkowo musiałem walczyć ze zmęczeniem. Nic nie sprzyjało nauce… po prostu nic. Ale on tłumaczył dalej. Zamilkł dopiero, kiedy ziewnąłem.
– Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię nie interesuje cię tak jak mnie, ale mógłbyś się chociaż postarać – odbił się od ławki i splótł ręce na piersi, obdarowując mnie pretensjonalnym spojrzeniem. – Marnuję tu przez ciebie czas.
Zerknąłem na niego dyskretnie.
– Oboje marnujemy. Nie moja wina… – mruknąłem. Oparłem łokcie o ławkę i podparłem głowę na dłoni. – Wolałbym się uczuć w domu – powiedziałem, choć całkiem niepotrzebnie, bo były to tylko jedne z tych głupich myśli.
Toshiro zaczął bełkotać pod nosem coś po japońsku. Szkoda że nie rozumiałem wszystkiego, jednak sądząc po jego nie za przyjemnym tonie, nie były to miłe słówka, a kiedy zaczął grzebać po plecaku coś mówiło mi, że czas na przerwę. I nie myliłem się. Po chwili szukania wyciągnął paczkę papierosów.
– Idziesz?
Nie odezwałem się ani słowem. Jedynie Przytaknąłem krótko i wyciągnąłem swoją paczkę.
Całą drogę na tyły szkoły szedłem tuż za chłopakiem. Po korytarzu niosły się dźwięki tylko naszych kroków, co sprawiało, że czułem się nieco przytłoczony.
– Do kiedy musisz poprawić oceny? – spytał, jednak w taki sposób, jakby w ogóle go to nie interesowało, a chciał jedynie przerwać ciszę.
– Do konferencji. Jeśli sobie nie poradzę, czeka mnie poprawka i… - urwałem w porę. Przecież nie będę mówić o domowych awanturach z ojcem.
Na samą myśl przeszły mnie ciarki. Nie miałem pojęcia jakim cudem staruszek jeszcze nie wiedział o mojej sytuacji. I nawet nie chce wiedzieć co mi zrobi, jak się dowie.
– Yhym. – Toshiro mruknął pod nosem i wyciągnął zapalniczkę. Nawet nie zauważyłem kiedy podpieraliśmy ścianę na tyłach.
Oboje odpaliliśmy papierosy. Po tym żadne z nas nie odzywało się do siebie i żadne z nas nie szukało jakiegokolwiek tematu do przegadania. Nic dziwnego, skoro w ogóle się nie znaliśmy. Po prostu siedzieliśmy w ciszy, którą co jakiś czas przerywały czyjeś śmiechy. Odwróciłem głowę, starając się zlokalizować skąd dochodziły. Oczywiście od razu rozpoznałem ich właścicieli. Zacząłem zastanawiać się, co trzecioklasiści robią robią tej porze w szkole. Może dopiero teraz skończyli lekcje?
„Dlaczego ja o tym w ogóle myślę?” – spytałem sam siebie i nabrałem haust powietrza w płuca. Zaczynało kręcić mi się w głowie.
– Mam problemy z pamięcią – odezwałem się nagle i z sekundy na sekundy coraz bardziej zdawało mi się, że niepotrzebnie. Jak zwykle po fajce zaczynałem gadać głupoty. Mimo sprzecznych myśli ciągnąłem dalej. – Więc nie przestrasz się, jak nagle nie będę wiedzieć kim jesteś.
Zaciągałem się, na dłużej zostawiając dym w płucach i zgasiłem końcówkę papierosa. Kątem oka Zerknąłem na Toshiro. Patrzył na mnie zdziwiony. Nie… nie zdziwiony. Nie wiedział o czym mówię. Był zdezorientowany. Zaśmiałem się krótko na ten widok. No cóż… Postąpiłem zupełnie jakby zależało mi na jego opinii o mni, a przecież dopiero co się sobie przedstawiliśmy. Głupota…
Spojrzałem na godzinę w telefonie.
– O, siedemnasta – mruknąłem pod nosem. – Kończymy na dziś? – spytałem się Toshiro, zerkając na niego z ukosa.
– Zdecydowanie – powiedział.
Toshiro? ;_;
Od dobrej godziny wpatrywałem się pusto w książkę przed sobą, a gdzieś w tyle głowy słyszałem głos Toshiro, mówiący o rzeczach, które teoretycznie wiedziałem, a w praktyce, kiedy tylko trzeba o nich mówić - wypadały z głowy. Czyli cała powtórka polegała na tym, że informacje jednym uchem wpadały, a drugim wylatywały. Jednak najbardziej skupiałem się na błaganiu swojego umysłu, by nagle nie odstawił szopki i postanowił wyrzucić blondyna z pamięci. Byłoby trochę… no cóż, niezręcznie. Dodatkowo musiałem walczyć ze zmęczeniem. Nic nie sprzyjało nauce… po prostu nic. Ale on tłumaczył dalej. Zamilkł dopiero, kiedy ziewnąłem.
– Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię nie interesuje cię tak jak mnie, ale mógłbyś się chociaż postarać – odbił się od ławki i splótł ręce na piersi, obdarowując mnie pretensjonalnym spojrzeniem. – Marnuję tu przez ciebie czas.
Zerknąłem na niego dyskretnie.
– Oboje marnujemy. Nie moja wina… – mruknąłem. Oparłem łokcie o ławkę i podparłem głowę na dłoni. – Wolałbym się uczuć w domu – powiedziałem, choć całkiem niepotrzebnie, bo były to tylko jedne z tych głupich myśli.
Toshiro zaczął bełkotać pod nosem coś po japońsku. Szkoda że nie rozumiałem wszystkiego, jednak sądząc po jego nie za przyjemnym tonie, nie były to miłe słówka, a kiedy zaczął grzebać po plecaku coś mówiło mi, że czas na przerwę. I nie myliłem się. Po chwili szukania wyciągnął paczkę papierosów.
– Idziesz?
Nie odezwałem się ani słowem. Jedynie Przytaknąłem krótko i wyciągnąłem swoją paczkę.
Całą drogę na tyły szkoły szedłem tuż za chłopakiem. Po korytarzu niosły się dźwięki tylko naszych kroków, co sprawiało, że czułem się nieco przytłoczony.
– Do kiedy musisz poprawić oceny? – spytał, jednak w taki sposób, jakby w ogóle go to nie interesowało, a chciał jedynie przerwać ciszę.
– Do konferencji. Jeśli sobie nie poradzę, czeka mnie poprawka i… - urwałem w porę. Przecież nie będę mówić o domowych awanturach z ojcem.
Na samą myśl przeszły mnie ciarki. Nie miałem pojęcia jakim cudem staruszek jeszcze nie wiedział o mojej sytuacji. I nawet nie chce wiedzieć co mi zrobi, jak się dowie.
– Yhym. – Toshiro mruknął pod nosem i wyciągnął zapalniczkę. Nawet nie zauważyłem kiedy podpieraliśmy ścianę na tyłach.
Oboje odpaliliśmy papierosy. Po tym żadne z nas nie odzywało się do siebie i żadne z nas nie szukało jakiegokolwiek tematu do przegadania. Nic dziwnego, skoro w ogóle się nie znaliśmy. Po prostu siedzieliśmy w ciszy, którą co jakiś czas przerywały czyjeś śmiechy. Odwróciłem głowę, starając się zlokalizować skąd dochodziły. Oczywiście od razu rozpoznałem ich właścicieli. Zacząłem zastanawiać się, co trzecioklasiści robią robią tej porze w szkole. Może dopiero teraz skończyli lekcje?
„Dlaczego ja o tym w ogóle myślę?” – spytałem sam siebie i nabrałem haust powietrza w płuca. Zaczynało kręcić mi się w głowie.
– Mam problemy z pamięcią – odezwałem się nagle i z sekundy na sekundy coraz bardziej zdawało mi się, że niepotrzebnie. Jak zwykle po fajce zaczynałem gadać głupoty. Mimo sprzecznych myśli ciągnąłem dalej. – Więc nie przestrasz się, jak nagle nie będę wiedzieć kim jesteś.
Zaciągałem się, na dłużej zostawiając dym w płucach i zgasiłem końcówkę papierosa. Kątem oka Zerknąłem na Toshiro. Patrzył na mnie zdziwiony. Nie… nie zdziwiony. Nie wiedział o czym mówię. Był zdezorientowany. Zaśmiałem się krótko na ten widok. No cóż… Postąpiłem zupełnie jakby zależało mi na jego opinii o mni, a przecież dopiero co się sobie przedstawiliśmy. Głupota…
Spojrzałem na godzinę w telefonie.
– O, siedemnasta – mruknąłem pod nosem. – Kończymy na dziś? – spytałem się Toshiro, zerkając na niego z ukosa.
– Zdecydowanie – powiedział.
Toshiro? ;_;
środa, 28 czerwca 2017
Od Toshiro CD Kaito
Po skończonych lekcjach, nawet nie pomyślałem, żeby iść do pokoju się ogarnąć. Zakładając torbę na ramię ruszyłem w kierunku sali chemicznej, gdzie miały się dzisiaj odbyć dodatkowe zajęcia. Nienawidzę matmy, zabiłbym wszystkich naukowców, którzy wymyślili prawa dotyczące fizyki, nie wiem jakim cudem polubiłem chemię. Może świadomość produkcji własnych prochów tak mnie nakręca? Lub też świadomość, że nikt mi nie wciśnie lipnego oleju do motoru, gdyż znam wszystkie podstawowe związki chemiczne? Sam nie wiem, a odpowiedź ciężko w tych czasach. Zająłem miejsce przy swym stanowisku rozkładając wszystko. Miałem na sobie standardowy strój, a więc biały fartuch i okulary. Zanim zacząłem mieszać składniki, poczekałem na wejście nauczyciela, który przywitał się z nami miło i zaczął swój monolog. Usiadłem i oparłem głowę o rękę, to niewiarygodne, jak często można powtarzać jedne i te same reguły. Pomimo iż skład klubowiczów nie zmienił się od poprzednich zajęć to i tak nie można przejść do rzeczy bez przedstawienia wszelakich zasad.
Zapisywałem swoje spostrzeżenia w specjalnym zeszycie, gdzie miałem rysunki, oraz swoje własne przemyślenia odnośnie chemii, czy też pomysły na dalsze eksperymenty. Pan Matthew stanął obok mnie przyglądając się dokładnie zapiską. W jednej chwili wyrwał mi zeszyt unosząc go ku górze. Uśmiechnął się pod nosem i oddał mi go, zapewne widząc moje niezadowolenie z ruchu jaki wykonał. Oparł się o pustą ławkę, nie odwracając ode mnie wzroku. Zmarszczyłem brwi odkładając wszystko i czekając na jakiś wykład, na temat tego, jaki to jestem niekoleżeński, że nie pracuje z innymi i takie tam pierdolenie.
- Widzę, że rozumiesz chemię - Przyłożył dłoń do swojego podbródka gładząc się po nim
- Tak wyszło - Wzruszyłem obojętnie ramionami
- Byłbyś dobrym korepetytorem, jeden uczeń z 2 klasy ma spore problemy z moim przedmiotem byłoby miło jakbyś mu pomógł. Dla Ciebie również będzie to dobra powtórka.
- Nie, nie jestem nauczycielem, to Pana broszka, nie moja - Wróciłem do wlewania kwasu do swojego roztworu.
- Słyszałem, że masz złe zachowanie - Pomimo iż byłem wpatrzony w zlewkę to wiedziałem, że się uśmiecha. Każdy uważał go za nauczyciela sierotę, ale na zajęciach i lekcjach, gdzie wiedział, że ma nad nami przewagę zmieniał się nawet nie do poznania
- Bywa - Burknąłem
- Bójki, papierosy, uciekanie na motorze, bardzo źle, jak tak dalej pójdzie to dostaniesz naganne zachowanie, no chyba że jakiś nauczyciel się za Ciebie wstawi, chyba chcesz ukończyć tę szkołę, czyż nie? - Spojrzałem z ukosa na jego rozbawioną twarz i westchnąłem cicho. Skubany miał rację. Po kolejnych zdaniach zgodziłem się. Może jednak warto uratować resztki tego co zdołałem już zepsuć. Poza tym Taiga łeb by mi urwała jakbym skończył z takim zachowaniem.
Korepetycję miały się zacząć jeszcze w ten sam dzień, aby nie tracić czasu. Usiadłem przy jednej ławce ze stertą książek.
- A więc jednak - Cichy głos wyrwał mnie z czytania następnego autora podręcznika. Spojrzałem na białowłosego chłopaka, z którym jadłem dzisiaj lunch. Wypuściłem z ust powietrze, tęskniąc za smakiem papierosa. Przynajmniej przerwy na fajkę, będzie można robić.
- Dlaczego się nie domyśliłem? - Uniosłem wzrok ku niebu - Dobra siadaj i powiedz z czym miałeś problem na kartkówce, nie chce mi się tutaj spędzać całego dnia, albo najlepiej ją pokaż
- To nie jest konieczne - Mruknął siadając naprzeciwko mnie, przez to prawie cały ukrył się za książkami
- Owszem jest, nie będę się bawić w jakieś podchody, już Ci mówiłem, nie mam całego dnia - Warknąłem, a przede mną pojawiła się kartka, gdzie przeważał kolor czerwony. Wziąłem ją do rąk przeglądając wszystko dokładnie. - No nieźle, prawie jak mój sprawdzian z matmy - prychnąłem. Wziąłem wszystkie książki na bok, aby móc na niego spojrzeć.
- Wedle mnie możemy to już zakończyć - Skrzyżował ręce na piersi
- Nie możemy, oboje mamy w tym swój interes. Ty musisz poprawić oceny, a ja zachowanie. Zaczniemy od podstaw - Podałem mu podręcznik, który był otwarty na pierwszej stronie
Kaito? Tak troszku bez pomysłu, dalej będzie lepiej xD
Zapisywałem swoje spostrzeżenia w specjalnym zeszycie, gdzie miałem rysunki, oraz swoje własne przemyślenia odnośnie chemii, czy też pomysły na dalsze eksperymenty. Pan Matthew stanął obok mnie przyglądając się dokładnie zapiską. W jednej chwili wyrwał mi zeszyt unosząc go ku górze. Uśmiechnął się pod nosem i oddał mi go, zapewne widząc moje niezadowolenie z ruchu jaki wykonał. Oparł się o pustą ławkę, nie odwracając ode mnie wzroku. Zmarszczyłem brwi odkładając wszystko i czekając na jakiś wykład, na temat tego, jaki to jestem niekoleżeński, że nie pracuje z innymi i takie tam pierdolenie.
- Widzę, że rozumiesz chemię - Przyłożył dłoń do swojego podbródka gładząc się po nim
- Tak wyszło - Wzruszyłem obojętnie ramionami
- Byłbyś dobrym korepetytorem, jeden uczeń z 2 klasy ma spore problemy z moim przedmiotem byłoby miło jakbyś mu pomógł. Dla Ciebie również będzie to dobra powtórka.
- Nie, nie jestem nauczycielem, to Pana broszka, nie moja - Wróciłem do wlewania kwasu do swojego roztworu.
- Słyszałem, że masz złe zachowanie - Pomimo iż byłem wpatrzony w zlewkę to wiedziałem, że się uśmiecha. Każdy uważał go za nauczyciela sierotę, ale na zajęciach i lekcjach, gdzie wiedział, że ma nad nami przewagę zmieniał się nawet nie do poznania
- Bywa - Burknąłem
- Bójki, papierosy, uciekanie na motorze, bardzo źle, jak tak dalej pójdzie to dostaniesz naganne zachowanie, no chyba że jakiś nauczyciel się za Ciebie wstawi, chyba chcesz ukończyć tę szkołę, czyż nie? - Spojrzałem z ukosa na jego rozbawioną twarz i westchnąłem cicho. Skubany miał rację. Po kolejnych zdaniach zgodziłem się. Może jednak warto uratować resztki tego co zdołałem już zepsuć. Poza tym Taiga łeb by mi urwała jakbym skończył z takim zachowaniem.
Korepetycję miały się zacząć jeszcze w ten sam dzień, aby nie tracić czasu. Usiadłem przy jednej ławce ze stertą książek.
- A więc jednak - Cichy głos wyrwał mnie z czytania następnego autora podręcznika. Spojrzałem na białowłosego chłopaka, z którym jadłem dzisiaj lunch. Wypuściłem z ust powietrze, tęskniąc za smakiem papierosa. Przynajmniej przerwy na fajkę, będzie można robić.
- Dlaczego się nie domyśliłem? - Uniosłem wzrok ku niebu - Dobra siadaj i powiedz z czym miałeś problem na kartkówce, nie chce mi się tutaj spędzać całego dnia, albo najlepiej ją pokaż
- To nie jest konieczne - Mruknął siadając naprzeciwko mnie, przez to prawie cały ukrył się za książkami
- Owszem jest, nie będę się bawić w jakieś podchody, już Ci mówiłem, nie mam całego dnia - Warknąłem, a przede mną pojawiła się kartka, gdzie przeważał kolor czerwony. Wziąłem ją do rąk przeglądając wszystko dokładnie. - No nieźle, prawie jak mój sprawdzian z matmy - prychnąłem. Wziąłem wszystkie książki na bok, aby móc na niego spojrzeć.
- Wedle mnie możemy to już zakończyć - Skrzyżował ręce na piersi
- Nie możemy, oboje mamy w tym swój interes. Ty musisz poprawić oceny, a ja zachowanie. Zaczniemy od podstaw - Podałem mu podręcznik, który był otwarty na pierwszej stronie
Kaito? Tak troszku bez pomysłu, dalej będzie lepiej xD
czwartek, 15 czerwca 2017
Od Kaito CD Toshiro
Podniosłem wzrok znad papki warzyw, mięsa i makaronu. Wszystko wyglądało
jak wyjęte psu z gardła, co zauważyłem dopiero teraz. Zniesmaczony
przekręciłem głowę tak, by spojrzeć na jedzącego ze smakiem Toshiro.
Widok ten sprawił, że coś ścisnęło mój żołądek jeszcze bardziej, więc
odstawiłem widelec jak najszybciej i odsunąłem tacę prawie na koniec
stolika. Szczęście, że przed tym udało mi się zjeść chociaż jeden marny
kęs, bo nie zapowiadało się, bym wcisnął cokolwiek do wieczora.
Powstrzymując chęć zwrócenia tego, co przed chwilą zdołałem przełknąć, ledwo udało mi się odtworzyć w pamięci pytanie, które zadał mi chłopak. Pytanie, które musiało kiedyś paść.
– A jakie jest prawdopodobieństwo, że uwierzysz? – wydusiłem pod nosem, podpierając głowę na dłoniach. – Chodzę do drugiej klasy. – powiedziałem wystarczająco głośno, by usłyszał tą cenną informację wśród rozmów innych uczniów. Blondyn prychnął natychmiast, niemal dławiąc się kawałkiem lazanii. Przed oczami przemknęła mi tylko wizja, jak faktycznie bezwładnie pada na stolik i dusi się we własnej ślinie.

Zerknąłem na niego beznamiętnie, zastanawiając się, czy nie powiedziałem coś zabawnego, o czym - jak miałem w zwyczaju - zdążyłem już zapomnieć. Jeśli tak, to moje poczucie humoru musiało w sekundę wyjebać poza skalę, bo jak inaczej wyjaśnić zduszony śmiech blondyna?
– Nie, ale poważnie, bo nie mam ochoty na żarty.
– Jestem poważny – fuknąłem, nie spuszczając oczu z rozbawionej twarzy Toshiro.
– Niemożliwe – uspokoił się i ponownie zajął się zlepkiem makaronu i mięsa. – Czyżbym siedział z piętnastoletnim geniuszem?
Złapałem jasną tacę ze zmiażdżonym jedzeniem i wstałem od stolika bez słowa. Z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk, podobnie jak z ust Toshiro. Spodziewałem się, że coś w środku każe mi się odezwać lub zareagować w jakikolwiek sposób, jednak nie poczułem żadnego impulsu, żadnej iskry, napędzającej do działania. Zupełnie nic, jakby słowa dwudziestoletniej masy mięśni z manią wyższości nic nie znaczyły.
– Hej, młody, ale chyba nie masz zamiaru się fochać za coś takiego? – usłyszałem za sobą.
Przystanąłem, pusto wpatrując się przed siebie i dopiero po kilku sekundach stania bezczynnie obróciłem się w stronę stolika przy którym przed chwilą siedziałem. Blondyn lustrował mnie z pewnym siebie uśmieszkiem. Zbyt pewnym. Oj, Toshiro, powiedz mi, jak bardzo się co do ciebie mylę?
– Oczywiście, że nie, przecież nie jestem dzieckiem – uśmiechnąłem się, powstrzymując parsknięcie śmiechem. I ignorując wszystko i wszystkich, odniosłem tacę na miejsce, szybko znikając z tego okropnego miejsca.
Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego, ale uśmiech na ustach trzymał mi się do końca przerwy, mimo iż siedziałem smętnie gdzieś gdzieś pobliżu sali i obserwowałem z bezpiecznej odległości dziwne wyczyny kolegów z klasy.
Podczas podziwiania ile energii mają, w polu widzenia wraz z dzwonkiem na lekcje pojawił się nauczyciel chemii. Pędził przed siebie, gubiąc po drodze kilka kartek.
– Moi drodzy, sprawdziłem wasze kartkówki – powiedział pośpiesznie, kiedy wszyscy zajęli miejsca przy ławkach. – Większość poradziła sobie bardzo dobrze, tylko nieliczni muszą poprawić. Oczywiście oddam je wam pod koniec lekcji, a teraz...
Spojrzałem ukradkiem na nauczyciela, z którego ust wylewał się wodospad słów. Z zapałem przeszedł do tematu dzisiejszych zajęć, w której nawet nie chciałem uczestniczyć. Nie chciałem również odzyskać kartkówki, gdyż doskonale wiedziałem, jaka ocena widnieje na tym świstku. Choćbym nie wiem jak bardzo uważał, nigdy nie byłem w stanie pojąć przerabianego materiału. Dlatego też całą godzinę spędziłem na udawaniu, że słucham, a jej koniec był niczym zbawienie. Kiedy dzwonek w końcu postanowił zadzwonić, wszyscy ochoczo podchodzili po swoje dobrze napisane kartkówki i znikali za drzwiami, napawając się chwilą wolności. Ja natomiast chciałem zniknąć w tłumie i wyjść z klasy niepostrzeżenie, niestety tuż przy progu drzwi zatrzymał mnie głos nauczyciela:
– Kaito.
Poczekałem aż wszyscy znikną z sali i podszedłem do nauczyciela nieco zgarbiony i z zaciśniętymi ustami. Ten od razu podsunął mi kartkę przed nos.
– Wiesz, że musisz to poprawić?
– Tak.
– Ostatnio coraz gorzej ci idzie. Jeśli potrzebujesz pomocy, zawsze jestem ja lub uczniowie z innych klas – powiedział, sprzątając swoje rzeczy z biurka.
– Zapamiętam – chrząknąłem i czym prędzej zniknąłem z zasięgu wzroku profesora.
Całą drogę do następnej klasy, w której mieliśmy mieć teraz zajęcia wpatrywałem się w moje obliczenia, które na pierwszy rzut oka wyglądają na rozbudowane i poprawne. Szkoda, że ilość nie zawsze równa się z poprawnością. Przy każdym przykładzie nie obyło się bez korekty nauczyciela. Nie powiem, trochę mnie to przybiło, a co gorsza, z każdą kolejną oceną traciłem chęci na jakiekolwiek działanie w tym kierunku.
Toshiro? D:
Powstrzymując chęć zwrócenia tego, co przed chwilą zdołałem przełknąć, ledwo udało mi się odtworzyć w pamięci pytanie, które zadał mi chłopak. Pytanie, które musiało kiedyś paść.
– A jakie jest prawdopodobieństwo, że uwierzysz? – wydusiłem pod nosem, podpierając głowę na dłoniach. – Chodzę do drugiej klasy. – powiedziałem wystarczająco głośno, by usłyszał tą cenną informację wśród rozmów innych uczniów. Blondyn prychnął natychmiast, niemal dławiąc się kawałkiem lazanii. Przed oczami przemknęła mi tylko wizja, jak faktycznie bezwładnie pada na stolik i dusi się we własnej ślinie.
Zerknąłem na niego beznamiętnie, zastanawiając się, czy nie powiedziałem coś zabawnego, o czym - jak miałem w zwyczaju - zdążyłem już zapomnieć. Jeśli tak, to moje poczucie humoru musiało w sekundę wyjebać poza skalę, bo jak inaczej wyjaśnić zduszony śmiech blondyna?
– Nie, ale poważnie, bo nie mam ochoty na żarty.
– Jestem poważny – fuknąłem, nie spuszczając oczu z rozbawionej twarzy Toshiro.
– Niemożliwe – uspokoił się i ponownie zajął się zlepkiem makaronu i mięsa. – Czyżbym siedział z piętnastoletnim geniuszem?
Złapałem jasną tacę ze zmiażdżonym jedzeniem i wstałem od stolika bez słowa. Z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk, podobnie jak z ust Toshiro. Spodziewałem się, że coś w środku każe mi się odezwać lub zareagować w jakikolwiek sposób, jednak nie poczułem żadnego impulsu, żadnej iskry, napędzającej do działania. Zupełnie nic, jakby słowa dwudziestoletniej masy mięśni z manią wyższości nic nie znaczyły.
– Hej, młody, ale chyba nie masz zamiaru się fochać za coś takiego? – usłyszałem za sobą.
Przystanąłem, pusto wpatrując się przed siebie i dopiero po kilku sekundach stania bezczynnie obróciłem się w stronę stolika przy którym przed chwilą siedziałem. Blondyn lustrował mnie z pewnym siebie uśmieszkiem. Zbyt pewnym. Oj, Toshiro, powiedz mi, jak bardzo się co do ciebie mylę?
– Oczywiście, że nie, przecież nie jestem dzieckiem – uśmiechnąłem się, powstrzymując parsknięcie śmiechem. I ignorując wszystko i wszystkich, odniosłem tacę na miejsce, szybko znikając z tego okropnego miejsca.
Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego, ale uśmiech na ustach trzymał mi się do końca przerwy, mimo iż siedziałem smętnie gdzieś gdzieś pobliżu sali i obserwowałem z bezpiecznej odległości dziwne wyczyny kolegów z klasy.
Podczas podziwiania ile energii mają, w polu widzenia wraz z dzwonkiem na lekcje pojawił się nauczyciel chemii. Pędził przed siebie, gubiąc po drodze kilka kartek.
– Moi drodzy, sprawdziłem wasze kartkówki – powiedział pośpiesznie, kiedy wszyscy zajęli miejsca przy ławkach. – Większość poradziła sobie bardzo dobrze, tylko nieliczni muszą poprawić. Oczywiście oddam je wam pod koniec lekcji, a teraz...
Spojrzałem ukradkiem na nauczyciela, z którego ust wylewał się wodospad słów. Z zapałem przeszedł do tematu dzisiejszych zajęć, w której nawet nie chciałem uczestniczyć. Nie chciałem również odzyskać kartkówki, gdyż doskonale wiedziałem, jaka ocena widnieje na tym świstku. Choćbym nie wiem jak bardzo uważał, nigdy nie byłem w stanie pojąć przerabianego materiału. Dlatego też całą godzinę spędziłem na udawaniu, że słucham, a jej koniec był niczym zbawienie. Kiedy dzwonek w końcu postanowił zadzwonić, wszyscy ochoczo podchodzili po swoje dobrze napisane kartkówki i znikali za drzwiami, napawając się chwilą wolności. Ja natomiast chciałem zniknąć w tłumie i wyjść z klasy niepostrzeżenie, niestety tuż przy progu drzwi zatrzymał mnie głos nauczyciela:
– Kaito.
Poczekałem aż wszyscy znikną z sali i podszedłem do nauczyciela nieco zgarbiony i z zaciśniętymi ustami. Ten od razu podsunął mi kartkę przed nos.
– Wiesz, że musisz to poprawić?
– Tak.
– Ostatnio coraz gorzej ci idzie. Jeśli potrzebujesz pomocy, zawsze jestem ja lub uczniowie z innych klas – powiedział, sprzątając swoje rzeczy z biurka.
– Zapamiętam – chrząknąłem i czym prędzej zniknąłem z zasięgu wzroku profesora.
Całą drogę do następnej klasy, w której mieliśmy mieć teraz zajęcia wpatrywałem się w moje obliczenia, które na pierwszy rzut oka wyglądają na rozbudowane i poprawne. Szkoda, że ilość nie zawsze równa się z poprawnością. Przy każdym przykładzie nie obyło się bez korekty nauczyciela. Nie powiem, trochę mnie to przybiło, a co gorsza, z każdą kolejną oceną traciłem chęci na jakiekolwiek działanie w tym kierunku.
Toshiro? D:
sobota, 10 czerwca 2017
Od Toshiro CD Kaito
Rozbawiony spojrzałem na małego chłopaka, który minął mnie bez słowa, idąc w kierunku szkoły, jak widać wciąż ignorował starszych chłopaków, którzy cały czas "cisnęli
z niego bekę". Najlepsze w tym wszystkim, że dla mnie wszyscy wyglądali
jak małe wypierdki, które ledwo co oderwali się od swojej matki.
Westchnąłem, wyrzucając niedopałek i zadeptując go. Odwinąłem jednego
lizaka, którego włożyłem do ust i przeszedłem obok tej grupki.
Spojrzałem na nich spod byka, a ich wzrok od razu utkwił w ziemi, na co
prychnąłem i poszedłem w kierunku szkoły. Na korytarzu, jak zawsze
panował istny chaos, nie dało się nawet normalnie przejść obok
pozostałych uczniów, aby nie zostać popchniętym, jednak co się dziwić
była właśnie duża przerwa, na której nigdy spokoju nie ma. Sam nie wiem,
czy przez wzrost, czy też wyraz twarzy, ale szybko udało mu się przejść
pomiędzy uczniami. Zatrzymałem się, aby przeczytać jakąś informację
odnośnie do zmiany planu, kiedy poczułem delikatne uderzenie. Odwróciłem
się, aby spojrzeć na znajomego mi chłopaka. Przechyliłem głowę z
ironicznym uśmiechem, zastanawiając się, jak to jest możliwe, że pomimo
iż poszedł do szkoły kilka minut przede mną, to znalazł się w tym samym
miejscu co ja, nieco później. Zaczął marszczyć nos niczym zdenerwowany
zając. Skrzyżowałem ręce na piersi, podnosząc jedną brew, rozbawiony
całą tą sytuacją. Co jak co, ale chłopak ze swoim wzrostem i urodą
raczej gimnazjalisty wydawał się dosyć zabawy, nie chodziło mi o
wyśmiewanie się z jego postury, ale o sam fakt, że był nietypowy.
Przeczesałem włosy ręką i podniosłem go za plecak, który o dziwo
wytrzymał jego ciężar. Przeniosłem go pod ścianę i odłożyłem na ziemię.
- Nie szwendaj się tak, bo jeszcze ktoś Cię rozdepta - Poprawiłem swój plecak i chciałem już iść w kierunku swojej klasy, kiedy zatrzymał mnie jego oburzony głos.
- Umiem o siebie zadbać - Mruknął na co się jedynie zaśmiałem. Odwróciłem się do niego i zmierzyłem wzrokiem.
- No nie wiem, nawet się postawić nie umiesz, nie wróże Ci zbyt pewnej przyszłości - Zaśmiałem się pod nosem i machnąłem dłonią, aby pożegnać się z nowym osobnikiem. Poszedłem do swojej klasy, gdzie ponownie wysiedziałem całe 45, wysłuchując o historii, która całkowicie mnie nie interesowała. Na moje szczęście następna lekcja oznaczała chemię, co było chwilą wytchnienia. Nawet nie musiałem słuchać, aby cokolwiek z tego zrozumieć, ale warto dodać, że to był chyba jedyny przedmiot, który rzeczywiście mnie interesował i pomimo rozumienia go miło było posłuchać kogoś, kto wie, o czym mówi. Wszyscy w klasie siedzieli, jak za karę, a przecież dzięki chemii mogliśmy stworzyć trutki, żeby pozbyć się kogoś wnerwiającego czy wyprodukować ciekawe środki, po których jazda jest nie z tej ziemi, a co w tym wszystkim najlepsze, dobrze wiesz, co dodajesz i w jakiej ilości, dlatego, jeśli ogarniasz co z czym, to wiesz, że nie wylądujesz na oiomie. Po skończonej lekcji ruszyłem do stołówki, aby coś zjeść. Przed salą spotkałem się z napisem informującym, iż dzisiaj na obiad jest lazania i jakaś tam sałatka. Podszedłem do bufetu, gdzie zaraz dostałem jeden talerz z makaronem i już miałem dostawać drugi, kiedy się odezwałem.
- Za sałatkę podziękuje - Wziąłem sztućce i odwróciłem się w kierunku sali. Wszyscy siedzieli już po kilka osób, nawet Tai była w jakimś towarzystwie i o dziwo nie było w nim nadętego przewodniczącego. Westchnąłem i ujrzałem białowłosego, który smętnie siedział na końcu sali pod oknem. Bez zawahania się podszedłem do niego i usiadłem obok, kładąc swoją tackę na stół.
- Chyba mogę się dołączyć? - Podniosłem jedną brew i nim zdążył odpowiedzieć, siedziałem już na wolnym miejscu z widelcem w dłoni.
- Jak tam chcesz - Westchnął, wkładając sztućce w sałatkę. Najwidoczniej nie miał zbytnio ochoty na dzisiejszy obiad, gdyż tylko grzebał w niej rozdrabniając i tak już małe pomidory na jeszcze mniejsze.
- W ogóle, do której chodzisz klasy? - Zacząłem zjadać swój obiad ze smakiem. Ku mojemu zdziwieniu, dzisiaj nawet się postarali o posiłek dla nas, już nie raz była sytuacja, gdy musiałem się wymykać na jakiegoś dobrego kebsa.
Kaito? Będzie lepiej, serio .-.
- Nie szwendaj się tak, bo jeszcze ktoś Cię rozdepta - Poprawiłem swój plecak i chciałem już iść w kierunku swojej klasy, kiedy zatrzymał mnie jego oburzony głos.
- Umiem o siebie zadbać - Mruknął na co się jedynie zaśmiałem. Odwróciłem się do niego i zmierzyłem wzrokiem.
- No nie wiem, nawet się postawić nie umiesz, nie wróże Ci zbyt pewnej przyszłości - Zaśmiałem się pod nosem i machnąłem dłonią, aby pożegnać się z nowym osobnikiem. Poszedłem do swojej klasy, gdzie ponownie wysiedziałem całe 45, wysłuchując o historii, która całkowicie mnie nie interesowała. Na moje szczęście następna lekcja oznaczała chemię, co było chwilą wytchnienia. Nawet nie musiałem słuchać, aby cokolwiek z tego zrozumieć, ale warto dodać, że to był chyba jedyny przedmiot, który rzeczywiście mnie interesował i pomimo rozumienia go miło było posłuchać kogoś, kto wie, o czym mówi. Wszyscy w klasie siedzieli, jak za karę, a przecież dzięki chemii mogliśmy stworzyć trutki, żeby pozbyć się kogoś wnerwiającego czy wyprodukować ciekawe środki, po których jazda jest nie z tej ziemi, a co w tym wszystkim najlepsze, dobrze wiesz, co dodajesz i w jakiej ilości, dlatego, jeśli ogarniasz co z czym, to wiesz, że nie wylądujesz na oiomie. Po skończonej lekcji ruszyłem do stołówki, aby coś zjeść. Przed salą spotkałem się z napisem informującym, iż dzisiaj na obiad jest lazania i jakaś tam sałatka. Podszedłem do bufetu, gdzie zaraz dostałem jeden talerz z makaronem i już miałem dostawać drugi, kiedy się odezwałem.
- Za sałatkę podziękuje - Wziąłem sztućce i odwróciłem się w kierunku sali. Wszyscy siedzieli już po kilka osób, nawet Tai była w jakimś towarzystwie i o dziwo nie było w nim nadętego przewodniczącego. Westchnąłem i ujrzałem białowłosego, który smętnie siedział na końcu sali pod oknem. Bez zawahania się podszedłem do niego i usiadłem obok, kładąc swoją tackę na stół.
- Chyba mogę się dołączyć? - Podniosłem jedną brew i nim zdążył odpowiedzieć, siedziałem już na wolnym miejscu z widelcem w dłoni.
- Jak tam chcesz - Westchnął, wkładając sztućce w sałatkę. Najwidoczniej nie miał zbytnio ochoty na dzisiejszy obiad, gdyż tylko grzebał w niej rozdrabniając i tak już małe pomidory na jeszcze mniejsze.
- W ogóle, do której chodzisz klasy? - Zacząłem zjadać swój obiad ze smakiem. Ku mojemu zdziwieniu, dzisiaj nawet się postarali o posiłek dla nas, już nie raz była sytuacja, gdy musiałem się wymykać na jakiegoś dobrego kebsa.
Kaito? Będzie lepiej, serio .-.
wtorek, 6 czerwca 2017
Od Kaito CD Toshiro
Te dzień naprawdę nie musiał być tak zły, na jaki się zapowiadał. Odkąd
spotkałem blondyna miałem wrażenie, że szczęście się do mnie
uśmiechnęło. I choć były to naprawdę drobne rzeczy, to w jakiś sposób
stały się powodem uśmiechu na mojej twarzy. Niestety w przerwie na lunch
całą zdobytą przez pół dnia radość szlag trafił. Ale czego niby miałem
się spodziewać, skoro każde moje przejście na tyłach akademii z
papierosem w ustach często kończyło się śmiechem ze strony klas
starszych. Nic nowego.
– Może warto się czasami odezwać? – Toshiro mruknął po chwili.
Zerknąłem na chłopaka kątem oka. Stał podparty o ścianę może dwa metry dalej, w bezpiecznej dla mnie odległości, jakby zamrożony w czasie i obserwował całe to pokręcone towarzystwo z niechęcią wymalowaną na twarzy. Zacisnąłem usta w wąską linię i usiadłem na ziemi, podobnie jak starszy chłopak opierając się o mury szkoły. Podkurczyłem nogi do piersi i skrzyżowałem je w kostkach, a oba łokcie oparłem o kolana.
Nie miałem pojęcia czemu poczułem się aż tak dziwnie źle. Może to była chęć ucieczki? Może podświadomie miałem już wszystkiego dosyć i chciałem wydostać się ze świata, gdzie w oczach wszystkich jestem idealnym stereotypem? A może znowu wmówiłem sobie niestworzone historie i obwiniam o to całe otoczenie?
„Przestań” – odezwała się moja podświadomość. – „Potrafisz tylko obwiniać innych”
– To i tak nic nie zmieni – odpowiedziałem i zamiast wysłuchiwać wciąż trwających kpin trzecioklasistów, w całości oddałem się paleniu papierosa, czując jak tytoń chwilowo robi mi wodę z mózgu. Zaciągałem się dymem tak długo, aż nie poczułem nieprzyjemnego drapania w przełyku. Odkaszlnąłem lekko.
– Czyli dasz sobą tak pomiatać?
Podniosłem leniwie wzrok na znajomego, który w błyskawicznym tempie wypalił swoją fajkę. Mój wzrok skakał po całej jego postaci od dłuższej chwili, mózg analizował wygląd od stóp do głów i zachowanie, a dłoń z papierosem wędrowała do ust raz po razie. Kiedy spojrzal w moją stronę, speszony odwróciłem wzrok. Wstałem, otrzepując się przy okazji z piachu; powietrze świsnęło, kiedy nabrałem je w płuca, jakbym chciał nabrać razem z nim jak najwięcej pewności siebie.
– Nie bądź hipokrytą, Toshiro.
Starałem się, by ton mojego głosu nie był aż tak wyprany z emocji. Czy mi się udało? Sam nie byłem w stanie stwierdzić. Odbiłem się od ściany budynku i szybkim, może trochę niepewnym krokiem odszedłem do niego, przy okazji rzucając końcówkę papierosa gdzieś na bok, nieopodal grupy śmieszków. W efekcie usłyszałem kilka głupich tekstów, które od razu ulotniły się z pamięci.
„Przecież on nic nie zrobił” – pomyślałem, powoli odczuwając wyrzuty sumienia. Fakt, Toshiro również pochopnie mnie ocenił, ale nie był jak „wszyscy”, choć wygląd mówił inaczej.
„Z ciebie też jest mały hipokryta” – syknęła podświadomość.
Wszedłem do szkoły, gdzie od razu na wejściu natknąłem się na ścianę uczniów, jak na złość, nieco wyższych ode mnie. Stali w grupie i rozmawiali ze sobą, choć nie nazwałbym tego rozmową, a ryczeniem, przekrzykiwaniem siebie nawzajem i wydawaniem przeróżnych, dziwnych dźwięków. Zrozumiałem, że na mojej drodze stanęło stado, stado bydła, nie ludzi. Nie zatrzymując się, zwinnie wbiłem się w tłum, ciągle przepraszając, by ustąpił mi miejsca. Prawdziwa szkolna dżungla, w której codziennie każą mi żyć. Mogłem jednak odpuścić sobie ten dzień. Obijałem się o każdego albo każdy obijał się o mnie - nie potrafiłem rozróżnić. Ale udało się wydostać z tej gęstwiny ciał; zaraz po tym zauważyłem Toshiro, stojącego tuż przede mną i rzucającego mi uśmiech pełen rozbawienia. Żeby spojrzeć mu w oczy musiałem podnieść głowę znacznie wyżej niż zwykle. Ledwie sięgałam mu do ramienia.
Fuknąłem na niego i zmarszczyłem nos. Jeśli spróbuję w jakikolwiek sposób wyśmiać mój wzrost, to przysięgam, wydrapie mu oczy.
Toshi? Jak z dzieckiem :,>
– Może warto się czasami odezwać? – Toshiro mruknął po chwili.
Zerknąłem na chłopaka kątem oka. Stał podparty o ścianę może dwa metry dalej, w bezpiecznej dla mnie odległości, jakby zamrożony w czasie i obserwował całe to pokręcone towarzystwo z niechęcią wymalowaną na twarzy. Zacisnąłem usta w wąską linię i usiadłem na ziemi, podobnie jak starszy chłopak opierając się o mury szkoły. Podkurczyłem nogi do piersi i skrzyżowałem je w kostkach, a oba łokcie oparłem o kolana.
Nie miałem pojęcia czemu poczułem się aż tak dziwnie źle. Może to była chęć ucieczki? Może podświadomie miałem już wszystkiego dosyć i chciałem wydostać się ze świata, gdzie w oczach wszystkich jestem idealnym stereotypem? A może znowu wmówiłem sobie niestworzone historie i obwiniam o to całe otoczenie?
„Przestań” – odezwała się moja podświadomość. – „Potrafisz tylko obwiniać innych”
– To i tak nic nie zmieni – odpowiedziałem i zamiast wysłuchiwać wciąż trwających kpin trzecioklasistów, w całości oddałem się paleniu papierosa, czując jak tytoń chwilowo robi mi wodę z mózgu. Zaciągałem się dymem tak długo, aż nie poczułem nieprzyjemnego drapania w przełyku. Odkaszlnąłem lekko.
– Czyli dasz sobą tak pomiatać?
Podniosłem leniwie wzrok na znajomego, który w błyskawicznym tempie wypalił swoją fajkę. Mój wzrok skakał po całej jego postaci od dłuższej chwili, mózg analizował wygląd od stóp do głów i zachowanie, a dłoń z papierosem wędrowała do ust raz po razie. Kiedy spojrzal w moją stronę, speszony odwróciłem wzrok. Wstałem, otrzepując się przy okazji z piachu; powietrze świsnęło, kiedy nabrałem je w płuca, jakbym chciał nabrać razem z nim jak najwięcej pewności siebie.
– Nie bądź hipokrytą, Toshiro.
Starałem się, by ton mojego głosu nie był aż tak wyprany z emocji. Czy mi się udało? Sam nie byłem w stanie stwierdzić. Odbiłem się od ściany budynku i szybkim, może trochę niepewnym krokiem odszedłem do niego, przy okazji rzucając końcówkę papierosa gdzieś na bok, nieopodal grupy śmieszków. W efekcie usłyszałem kilka głupich tekstów, które od razu ulotniły się z pamięci.
„Przecież on nic nie zrobił” – pomyślałem, powoli odczuwając wyrzuty sumienia. Fakt, Toshiro również pochopnie mnie ocenił, ale nie był jak „wszyscy”, choć wygląd mówił inaczej.
„Z ciebie też jest mały hipokryta” – syknęła podświadomość.
Wszedłem do szkoły, gdzie od razu na wejściu natknąłem się na ścianę uczniów, jak na złość, nieco wyższych ode mnie. Stali w grupie i rozmawiali ze sobą, choć nie nazwałbym tego rozmową, a ryczeniem, przekrzykiwaniem siebie nawzajem i wydawaniem przeróżnych, dziwnych dźwięków. Zrozumiałem, że na mojej drodze stanęło stado, stado bydła, nie ludzi. Nie zatrzymując się, zwinnie wbiłem się w tłum, ciągle przepraszając, by ustąpił mi miejsca. Prawdziwa szkolna dżungla, w której codziennie każą mi żyć. Mogłem jednak odpuścić sobie ten dzień. Obijałem się o każdego albo każdy obijał się o mnie - nie potrafiłem rozróżnić. Ale udało się wydostać z tej gęstwiny ciał; zaraz po tym zauważyłem Toshiro, stojącego tuż przede mną i rzucającego mi uśmiech pełen rozbawienia. Żeby spojrzeć mu w oczy musiałem podnieść głowę znacznie wyżej niż zwykle. Ledwie sięgałam mu do ramienia.
Fuknąłem na niego i zmarszczyłem nos. Jeśli spróbuję w jakikolwiek sposób wyśmiać mój wzrost, to przysięgam, wydrapie mu oczy.
Toshi? Jak z dzieckiem :,>
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Od Toshiro CD Kaito
Jak codziennie rano, obudził mnie budzik, oznajmiając, że zaczyna się nowy dzień, pełen przygód, śpiewających ptaszków... Taaa, na pewno. Znowu dzień pełen użerania się z nauczycielami, niektórymi uczniami i nie wiadomo z czym jeszcze. Złapałem za telefon, gdzie miałem już dwie wiadomości, jedną od mojej kuzynki, z groźbą zabicia, jeśli jeszcze raz wyczai, że palę w oknie, a więc nic nowego, a następna była od kumpla ze studia, informując mnie, że kolejny klient pragnie większy tatuaż, na plecach. Odtworzyłem zdjęcie, ze wzorem jaki chciał, aby zawitał na jego skórze. Westchnąłem przyglądając się temu dokładnie, nie było to żadne wyzwanie, zwykły smok. Wystarczyło go trochę przerobić, więc zapewne już w przyszłym tygodniu będziemy umówieni na tatuowanie. Nienawidziłem przerysowywać wzorów, uważałem to strasznie za nieprofesjonalne, każde moje dzieło było w pewien sposób wyjątkowe, nigdy nie kopiowałem nawet swoich dzieł. Wstałem leniwie z łóżka podchodząc do szafy, skąd wyjąłem szare dresy i jasną koszulkę. Szybkie przemycie twarzy, umycie zębów i od razu wsadziłem słuchawki w uszy, biegnąc w stronę wyjścia z Akademika, a później do parku, na codzienny trening. Mijałem ludzi, spieszących się do pracy, szkoły, każdy zagapiony w ekran telefonu, czy też w swoje buty. Zatrzymałem się przy jednym z większych drzew, które dawało sporo cienia. Wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów wraz z zapalniczką. Trzymałem już papierosa w ustach, kiedy do moich uszu dobiegły dosyć znajome dźwięki. Spojrzałem w ich stronę i ujrzałem młodego białowłosego chłopaka, który usilnie próbował wydobyć z zapalniczki, ostatnie resztki ognia. Zaśmiałem się pod nosem widząc wzrok starych bab, które zapewne najchętniej dałyby mu godzinny wykład, na temat tego, dlaczego nie wolno palić i jak to szkodzi swojego zdrowiu, nie mówiąc już o tym, że wygląda jeszcze jak dziecko. Rozbawiony podszedłem do niego, wyciągając w jego kierunku rękę wraz z zapalniczką. Najpierw spojrzał na mnie zdezorientowany po czym zabrał z mojej dłoni czarną zapalniczkę i zaciągnął się dymem. Po krótkiej wymianie dosłownie dwóch słów, usiadłem obok niego na ławce, sam zapalając swojego papierosa. Zaciągnąłem się dwa razy zaczynając rozmowę
- Do szkoły nie idziesz? - Oparłem się łokciami na kolanach i spojrzałem na niego zza włosów. Jego twarz nic nie zdradzała, można by rzec, że cały czas miał taką sama mimikę
- Mam czas - Odpowiedział oschle, rzucając niedopałek na ziemię i gasząc go butem. Wstał odgarniając włosy, które rozczochrane stały w każdym możliwym kierunku. Ruszył w kierunku Akademii, a ja nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać. Coraz młodszych ludzi tutaj widzę. Ciekawe, od ilu lat mogą się tutaj ludzie zapisywać, na pierwszy rzut oka, nie dałbym mu więcej niż 15 lat. Po skończeniu karmienia mojego małego raka, pobiegłem do budynku, gdzie wziąłem prysznic i przebrałem się gotowy na zajęcia. Pierwsze trzy lekcje zleciały nawet w miarę szybko, o dziwo nie zanudzali nas dzisiaj tak bardzo, jak zazwyczaj. Ciekawe czy to ze względu na pogodę, czy może zrozumieli, że nikt i tak ich nie słucha. Na dużej przerwie, zamiast iść od razu na lunch, wolałem wybrać się za szkołę, aby móc zapalić. Powoli staję się to moim uzależnieniem, chyba będę musiał z tym przystopować. Odpaliłem fajkę i stałem oparty o mur w cieniu, ciesząc się dymem, oraz w miarę ładną pogodą.
- Ej Ptaszynko, gdzie lecisz? Nie wiesz, że fajki dla dzieci są zakazane - Śmiechy trzecich klas były ewidentnie skierowane do białowłosego, którego spotkałem dzisiaj rano. Przechyliłem głowę przyglądając się jego osobie. Przeszedł obok nich z obojętnością stając niedaleko mnie, ponownie starając się ze wszystkich sił odpalić zapalniczkę
- Pora kupić nową - Mruknąłem podając mu moją, wziął ją bez słowa, aby po chwili znalazła się w mojej kieszeni.- Jestem Toshiro... Ptaszynko - Prychnąłem
- Kaito - Westchnął
- Może warto się czasami odezwać? - Podniosłem jedną brew, kierując wzrok na gówniarzy, którzy wciąż śmiali się na całe gardło.
Kaito? Zapomniałam jak się pisało z Kaiem O.o
- Do szkoły nie idziesz? - Oparłem się łokciami na kolanach i spojrzałem na niego zza włosów. Jego twarz nic nie zdradzała, można by rzec, że cały czas miał taką sama mimikę
- Mam czas - Odpowiedział oschle, rzucając niedopałek na ziemię i gasząc go butem. Wstał odgarniając włosy, które rozczochrane stały w każdym możliwym kierunku. Ruszył w kierunku Akademii, a ja nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać. Coraz młodszych ludzi tutaj widzę. Ciekawe, od ilu lat mogą się tutaj ludzie zapisywać, na pierwszy rzut oka, nie dałbym mu więcej niż 15 lat. Po skończeniu karmienia mojego małego raka, pobiegłem do budynku, gdzie wziąłem prysznic i przebrałem się gotowy na zajęcia. Pierwsze trzy lekcje zleciały nawet w miarę szybko, o dziwo nie zanudzali nas dzisiaj tak bardzo, jak zazwyczaj. Ciekawe czy to ze względu na pogodę, czy może zrozumieli, że nikt i tak ich nie słucha. Na dużej przerwie, zamiast iść od razu na lunch, wolałem wybrać się za szkołę, aby móc zapalić. Powoli staję się to moim uzależnieniem, chyba będę musiał z tym przystopować. Odpaliłem fajkę i stałem oparty o mur w cieniu, ciesząc się dymem, oraz w miarę ładną pogodą.
- Ej Ptaszynko, gdzie lecisz? Nie wiesz, że fajki dla dzieci są zakazane - Śmiechy trzecich klas były ewidentnie skierowane do białowłosego, którego spotkałem dzisiaj rano. Przechyliłem głowę przyglądając się jego osobie. Przeszedł obok nich z obojętnością stając niedaleko mnie, ponownie starając się ze wszystkich sił odpalić zapalniczkę
- Pora kupić nową - Mruknąłem podając mu moją, wziął ją bez słowa, aby po chwili znalazła się w mojej kieszeni.- Jestem Toshiro... Ptaszynko - Prychnąłem
- Kaito - Westchnął
- Może warto się czasami odezwać? - Podniosłem jedną brew, kierując wzrok na gówniarzy, którzy wciąż śmiali się na całe gardło.
Kaito? Zapomniałam jak się pisało z Kaiem O.o
niedziela, 4 czerwca 2017
Od Kaito
Godzina czwarta nad ranem dawała o sobie znać, dlatego uznałem, że po
kilkunastu odcinkach nowego serialu dobrze byłoby w końcu zmrużyć oczy,
nawet na dwie godziny, które pozostały do budzika. Jednak cały czas
przewracałem się z boku na bok, wpatrywałem w nicość na suficie lub
białą diodę od laptopa. Nawet nie myślałem o tym, by wziąć coś na sen,
więc męczyłem się tak jeszcze jakiś czas i ani melancholijna muzyka, ani
liczenie owiec nie zdołały pomóc.
Paradoksalnie śpiąc tylko godzinę, miałem mniej problemów ze wstaniem niż po dziesięciu. Uciszyłem wydzierający się budzik najszybciej jak się dało, gdyż nie mogłem znieść tej wwiercającej się w mózg muzyczki. Wyszedłem chwiejnie z pokoju i krzyknąłem niemalże na całe gardło, dając znać wszystkim domownikom o moim cudownym i bezproblemowym przebudzeniu. Odpowiedziała mi tylko przewlekła cisza i tego się właśnie spodziewałem. Ojca jak zwykle nie było, a bogowie wiedzą, gdzie szwendał się Izaak. Rzadko kiedy wiedziałem, gdzie tak naprawdę przebywał, co właściwie od dawna działa w obie strony. Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy to się zaczęło. Mógłby być dosłownie wszędzie - w mieście, innym kraju, a nawet w domu, schowany gdzieś w szafie, by tylko przyłapać mnie na czymś, za co mógłby mnie uderzyć. Och, jakże uwielbiał wisieć nade mną i obdarowywać kopniakami w żebra!
Powoli przetwarzając fakt, że byłem zupełnie sam, ruszyłem się z miejsca, a słabe nogi poniosły mnie aż do salonu i właściwie gdyby nie one, nie zauważyłbym żółtawej koperty leżącej na stole, zaadresowanej w pierwszej kolejności do starszego brata, później do mnie. Z niechęcią podniosłem korespondencję, zauważając, że jeden z adresatów już zdążył ją otworzyć. Uznałem więc to za łaskawe pozwolenie na przeczytanie listu. Wyciągnąłem biały skrawek papieru, a do moich nozdrzy dotarł zapach starych książek, który od razu zabity został wonią właśnie parzonej przeze mnie kawy. Choć nie przepadałem za gorzkim smakiem, czułem, że bez chociażby miligrama kofeiny skończę na ziemi, pogrążony w głębokim koszmarze, z którego ciężko będzie mi wyjść. Z łatwością rozpoznałem piękne, wręcz kaligraficzne pismo ojca, dające wrażenie wytłoczonego w papierze. Nie zdziwiłem się nawet, kiedy już pierwsze zdania były mniej zachwycające. Czytałem wiadomość, pochłaniając gorzki napój, bardziej skupiając się na tej drugiej czynności. Ojciec nie wspomniał o wszystkim, co wiedziałem, jednak wiadomość o powrocie do domu w najbliższy weekend najbardziej zwróciła moją uwagę. Na drugim miejscu była pocztówka z Mediolanu, którą wyciągnąłem z nadzieją, że ktoś powiesi ją, gdzie będzie się godnie prezentować.
„Najbliższy weekend...” – W głowie zacząłem układać plan tygodnia i przypominać, jaki mamy dzień. – „Za trzy dni” – stwierdziłem, choć nieco niepewny. – „Przy odrobinie szczęścia - za cztery”.
Nie byłem ucieszony. Ani trochę. Ojciec przyjeżdża po ciężkim miesiącu pracy do domu, wita się tylko z najstarszym synem - o ile ten ten ogóle jest w domu! - i odpoczywa w salonie przez następny tydzień, nawet nie zerkając z własnej woli do młodszego syna. I nawet nie miałem nikomu za złe, że nie interesował się mną tak jak inni rodzice swoimi dziećmi. Myślę, że to kwestia przyzwyczajenia...
***
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Jasne liczby, na środku wskazywały na wpół do ósmej.
Zakląłem w myślach. Godzina siódma rano, a ja siedziałem na zewnątrz zamiast grzać dupsko w łóżku i korzystać z pustego domu. Pytałem się w kółko, dlaczego postąpiłem tak rutynowo, aż nie zatrzymałem się nieopodal szkoły. Jasne mury placówki z tej części parku były wyraźnie widoczne zza kwitnących drzew i krzewów. Czekałem tylko na dzień, w którym rośliny zakwitną tak bardzo, że nie będzie widoczny nawet jej centymetr.
Mając jeszcze sporo czasu do pierwszego dzwonka, postanowiłem znaleźć jakieś miejsce i zastanowić się jeszcze, czy aby na pewno nie zwiać z lekcji. Na szczęście nie musiałem długo szukać. Drewniana ławka od razu rzuciła mi się w oczy i została przeze mnie zajęta. Kiedy ułożyłem się wygodnie, zacząłem grzebać w skórzanej torbie w poszukiwaniu niedawno kupionych papierosów. Znalazłszy trochę zmaltretowane przez książki opakowanie, wyciągnąłem jednego ze środka i od razu wsadziłem go między wargi. Choć nie byłem jakoś specjalnie zainteresowany tym, co działo się wokół mnie, bo zanim mogłem zaciągnąć się dymem, musiałem powalczyć chwilę z prawie pustą zapalniczką, to z łatwością zauważałem, jak pojedyncze osoby przechodzące obok mierzyły mnie surowym wzrokiem. Jednym uchem wsłuchiwałem się w ich reakcje - zwłaszcza niepozornie wrednych staruszek, ale ja, jak to ja, już po sekundzie przestałem słuchać kogo i czegokolwiek. W tamtym momencie zamiast marnować energię na wysłuchiwanie nieznajomych, dalej walczyłem z zapalniczką. Na samą myśl o męczeniu się tak jeszcze pięciu minut, podczas kiedy umysł prosi o sen i nikotynę miałem ochotę wybuchnąć szlochem jak naburmuszone dziecko.
„Cholera jasna!” – po raz setny dzisiaj zakląłem w myślach i już miałem rzucić nieprzydatny przedmiot, kiedy coś mignęło mi przed twarzą.
Poniosłem leniwie wzrok na nieznajomego, wyciągającego dłoń w moja stronę. Miałem spytać się, o co chodzi, jednak w porę zauważyłem niewielki przedmiot, który trzymał, a który tak rozpaczliwie potrzebowałem.
– Dzięki – mruknąłem, zaraz po tym, jak wziąłem czarną zapalniczkę, odpaliłem papierosa i oddałem ją blondynowi.
– Dzieciak, a już pali – chłopak prychnął cicho i odebrał to, co jego, prostując się. Jego kolczyki w uchu błysnęły lekko.
– „Dzieciak”… – powtórzyłem pod nosem. Ugryzłem się w język, by zignorować słowa. – „Spokojnie” – mówiłem sobie w duchu. W końcu nie było sensu się denerwować. Blondyn był tylko kolejną osobą, krytykującą mój wiek, którego nawet nie znał. Tylko kolejną, osobą, o której zapomnę.
Toshiro?
Słabe, bo słabe, ale o bogowie, jak ja dawno nic nie pisałam... D:
Paradoksalnie śpiąc tylko godzinę, miałem mniej problemów ze wstaniem niż po dziesięciu. Uciszyłem wydzierający się budzik najszybciej jak się dało, gdyż nie mogłem znieść tej wwiercającej się w mózg muzyczki. Wyszedłem chwiejnie z pokoju i krzyknąłem niemalże na całe gardło, dając znać wszystkim domownikom o moim cudownym i bezproblemowym przebudzeniu. Odpowiedziała mi tylko przewlekła cisza i tego się właśnie spodziewałem. Ojca jak zwykle nie było, a bogowie wiedzą, gdzie szwendał się Izaak. Rzadko kiedy wiedziałem, gdzie tak naprawdę przebywał, co właściwie od dawna działa w obie strony. Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy to się zaczęło. Mógłby być dosłownie wszędzie - w mieście, innym kraju, a nawet w domu, schowany gdzieś w szafie, by tylko przyłapać mnie na czymś, za co mógłby mnie uderzyć. Och, jakże uwielbiał wisieć nade mną i obdarowywać kopniakami w żebra!
Powoli przetwarzając fakt, że byłem zupełnie sam, ruszyłem się z miejsca, a słabe nogi poniosły mnie aż do salonu i właściwie gdyby nie one, nie zauważyłbym żółtawej koperty leżącej na stole, zaadresowanej w pierwszej kolejności do starszego brata, później do mnie. Z niechęcią podniosłem korespondencję, zauważając, że jeden z adresatów już zdążył ją otworzyć. Uznałem więc to za łaskawe pozwolenie na przeczytanie listu. Wyciągnąłem biały skrawek papieru, a do moich nozdrzy dotarł zapach starych książek, który od razu zabity został wonią właśnie parzonej przeze mnie kawy. Choć nie przepadałem za gorzkim smakiem, czułem, że bez chociażby miligrama kofeiny skończę na ziemi, pogrążony w głębokim koszmarze, z którego ciężko będzie mi wyjść. Z łatwością rozpoznałem piękne, wręcz kaligraficzne pismo ojca, dające wrażenie wytłoczonego w papierze. Nie zdziwiłem się nawet, kiedy już pierwsze zdania były mniej zachwycające. Czytałem wiadomość, pochłaniając gorzki napój, bardziej skupiając się na tej drugiej czynności. Ojciec nie wspomniał o wszystkim, co wiedziałem, jednak wiadomość o powrocie do domu w najbliższy weekend najbardziej zwróciła moją uwagę. Na drugim miejscu była pocztówka z Mediolanu, którą wyciągnąłem z nadzieją, że ktoś powiesi ją, gdzie będzie się godnie prezentować.
„Najbliższy weekend...” – W głowie zacząłem układać plan tygodnia i przypominać, jaki mamy dzień. – „Za trzy dni” – stwierdziłem, choć nieco niepewny. – „Przy odrobinie szczęścia - za cztery”.
Nie byłem ucieszony. Ani trochę. Ojciec przyjeżdża po ciężkim miesiącu pracy do domu, wita się tylko z najstarszym synem - o ile ten ten ogóle jest w domu! - i odpoczywa w salonie przez następny tydzień, nawet nie zerkając z własnej woli do młodszego syna. I nawet nie miałem nikomu za złe, że nie interesował się mną tak jak inni rodzice swoimi dziećmi. Myślę, że to kwestia przyzwyczajenia...
***
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Jasne liczby, na środku wskazywały na wpół do ósmej.
Zakląłem w myślach. Godzina siódma rano, a ja siedziałem na zewnątrz zamiast grzać dupsko w łóżku i korzystać z pustego domu. Pytałem się w kółko, dlaczego postąpiłem tak rutynowo, aż nie zatrzymałem się nieopodal szkoły. Jasne mury placówki z tej części parku były wyraźnie widoczne zza kwitnących drzew i krzewów. Czekałem tylko na dzień, w którym rośliny zakwitną tak bardzo, że nie będzie widoczny nawet jej centymetr.
Mając jeszcze sporo czasu do pierwszego dzwonka, postanowiłem znaleźć jakieś miejsce i zastanowić się jeszcze, czy aby na pewno nie zwiać z lekcji. Na szczęście nie musiałem długo szukać. Drewniana ławka od razu rzuciła mi się w oczy i została przeze mnie zajęta. Kiedy ułożyłem się wygodnie, zacząłem grzebać w skórzanej torbie w poszukiwaniu niedawno kupionych papierosów. Znalazłszy trochę zmaltretowane przez książki opakowanie, wyciągnąłem jednego ze środka i od razu wsadziłem go między wargi. Choć nie byłem jakoś specjalnie zainteresowany tym, co działo się wokół mnie, bo zanim mogłem zaciągnąć się dymem, musiałem powalczyć chwilę z prawie pustą zapalniczką, to z łatwością zauważałem, jak pojedyncze osoby przechodzące obok mierzyły mnie surowym wzrokiem. Jednym uchem wsłuchiwałem się w ich reakcje - zwłaszcza niepozornie wrednych staruszek, ale ja, jak to ja, już po sekundzie przestałem słuchać kogo i czegokolwiek. W tamtym momencie zamiast marnować energię na wysłuchiwanie nieznajomych, dalej walczyłem z zapalniczką. Na samą myśl o męczeniu się tak jeszcze pięciu minut, podczas kiedy umysł prosi o sen i nikotynę miałem ochotę wybuchnąć szlochem jak naburmuszone dziecko.
„Cholera jasna!” – po raz setny dzisiaj zakląłem w myślach i już miałem rzucić nieprzydatny przedmiot, kiedy coś mignęło mi przed twarzą.
Poniosłem leniwie wzrok na nieznajomego, wyciągającego dłoń w moja stronę. Miałem spytać się, o co chodzi, jednak w porę zauważyłem niewielki przedmiot, który trzymał, a który tak rozpaczliwie potrzebowałem.
– Dzięki – mruknąłem, zaraz po tym, jak wziąłem czarną zapalniczkę, odpaliłem papierosa i oddałem ją blondynowi.
– Dzieciak, a już pali – chłopak prychnął cicho i odebrał to, co jego, prostując się. Jego kolczyki w uchu błysnęły lekko.
– „Dzieciak”… – powtórzyłem pod nosem. Ugryzłem się w język, by zignorować słowa. – „Spokojnie” – mówiłem sobie w duchu. W końcu nie było sensu się denerwować. Blondyn był tylko kolejną osobą, krytykującą mój wiek, którego nawet nie znał. Tylko kolejną, osobą, o której zapomnę.
Toshiro?
Słabe, bo słabe, ale o bogowie, jak ja dawno nic nie pisałam... D:
Nowy uczeń!
Kaito Havilliard
Ksywka: Kai, Ptaszyna a nawet Kicia - z czego dwa ostatnie słyszy głównie od klas trzecich i czwartych.
Wiek: 18 lat
Wiek: 18 lat
Klasa: IIB
Subskrybuj:
Posty (Atom)
